"Prezydentowi może grozić impeachment" - powiedział DZIENNIKOWI Andrzej Urbański, prezes TVP. Pewien komentator konkurencyjnej wobec DZIENNIKA gazety porównał opowieści
Urbańskiego do rewelacji o podróżującym Wisłą wielorybie, którym raczył nas kiedyś jeden z tabloidów.
Tymczasem niezależnie od tego, czy Urbański widział naprawdę wyborczą analizę PO, czy nagiął rzeczywistość, to dotknął tematu bardziej realnego niż widmowy wieloryb.
"Rzeczpospolita" przypomniała liczne wypowiedzi polityków Platformy, którzy zwłaszcza ostatnio nawoływali do pozbawienia prezydenta urzędu. To świadectwo klimatu politycznej
wojny, ale ona miewa samoistną logikę. Prezes TVP jak rasowy PR-owiec postanowił uprzedzić zdarzenia. Jeśli kiedyś Platforma rzeczywiście będzie chciała wywołać awanturę zmierzającą do
usunięcia Lecha Kaczyńskiego i znajdzie nawet prawne argumenty, będzie można przypomnieć: "to wszystko było od dawna ukartowane". Można też tę sytuację odwrócić: każdą
mocniejszą presję na prezydenta przedstawiać jako wstęp do impeachmentu.
Przez kilka letnich tygodni takich emocji będzie zapewne mniej. Wypowiedź Urbańskiego dobrze oddająca atmosferę polskiej polityki prowokuje jednak do prognoz: co przyniesie nam jesień?
Spór między ośrodkiem prezydenckim i rządowym będzie się toczył o wszystko. O rozmiary i wyposażenie armii, które PO chce redukować, a prezydent powiększać. O kierunki polityki
zagranicznej, ale także o nominacje w policji czy wojsku, czy wreszcie o prestiż (w nowym budżecie państwa z pewnością będzie mniej pieniędzy na utrzymanie prezydenckiego dworu). Nie
zdziwiłbym się, gdyby pojawiły się jeszcze brutalniejsze niż do tej pory zagrywki personalne. Gdyby któregoś dnia poważniejszy od Janusza Palikota polityk PO oznajmił oficjalnie, że
prezydent nie jest zdolny do pełnienia urzędu, bo ma kiepskie zdrowie lub pije za dużo wina. Już dziś ludzie z otoczenia Tuska rozważają taką możliwość. Przekonując zresztą samych
siebie, że z Lechem Kaczyńskim naprawdę coś nie jest w porządku.
Czy przedmiotem najmocniejszego starcia staną się ustawy? Jakieś zapewne tak - może na przykład zalegające wciąż w sejmowych komisjach projekty zdrowotne. Ale nie oszukujmy się: wojna
będzie się toczyć raczej o tytuły niż o konkretne teksty. Dobry przykład stanowi platformerski pakiet decentralizacyjny. Wciąż dopieszczany zdążył zostać oprotestowany przez prezydenta
jako przejaw niedopuszczalnej landyzacji. W rzeczywistości stanie się tematem parlamentarnych obrad za wiele miesięcy. Ale już dziś stanowi dowód na to, że prezydent "zawetuje
wszystko".
To przekonanie - upowszechniane przez samych polityków PiS - jest atutem w rękach Tuska i stanowi - obok przewag wizerunkowych uśmiechniętego premiera nad naburmuszonym prezydentem - główny
powód, dla którego Lech Kaczyński jest w sondażowym dołku. Powinien się on wręcz modlić, aby dostał do ręki ustawę, którą mógłby poprzeć. A tak naprawdę rozważyć szerszy
scenariusz: usunięcia się w cień i pozwolenia, aby PO została poddana egzaminowi z rządzenia. Takiego inteligentnego uniku wiecznie zestresowana głowa państwa zapewne jednak nie spróbuje.
Politycy PO będą więc nieustannie balansować na pograniczu impeachmentu.
Na razie to premier, a nie prezydent studiuje różne scenariusze. Po wygranej Kaczyńskiego skutecznie wetującego ustawę medialną w otoczeniu Tuska rozważano serio przyśpieszenie wyborów. Ten
pomysł odłożono do szuflady, ale wystarczy znów po niego sięgnąć.
Teoretycznie to odpowiedź na brak pełnej kontroli nad sytuacją. Decyzja Grzegorza Napieralskiego, aby poprzeć Lecha Kaczyńskiego, i sugestia, że jest to sytuacja do powtórzenia przy okazji
kolejnych prób ustawodawczych, rodzi w szeregach PO poczucie realnej bezsilności.
Zagranie o wyższą pulę i uzyskanie w finale samodzielnej większości dawałoby kilka atutów. Na przykład uniezależnienie od ludowców, którzy w paru sporach (o kształt ustaw
decentralizacyjnych) okazali się sojusznikiem kłopotliwym, stawiającym własne warunki. Którzy stają się dziś na dokładkę tematem skandali quasi-korupcyjnych (zatrudnianie krewnych i
znajomych w instytucjach państwowych). I którzy są w stanie zablokować dalekosiężne ustrojowe plany PO. Likwidacja budżetowych dopłat do partii politycznych zwiększyłaby przewagę Platformy
nad jej konkurentami. Ale przy sprzeciwie PSL nie dało się tego przeprowadzić.
Świeży wyborczy mandat Platformy wprowadziłby dodatkowy zamęt w szeregi opozycyjnego PiS i jeszcze bardziej osłabił pozycję spierającego się z rządem prezydenta. Jeden z ostatnich sondaży
dawał partii Tuska trzy piąte głosów wystarczające do przełamania weta. Lider PO studiuje uważnie lekcję Jarosława Kaczyńskiego, który nie zdecydował się na szybkie wybory w kilka
miesięcy po pierwszym, niepełnym zwycięstwie - i zapłacił za to w niespełna dwa lata później utratą władzy.
Ale czy chodzi tylko o możliwość przeforsowania własnych ustaw? A może na odwrót? Wyborczy ruch w interesie zamiast sprawdzianu z reform to korzyść dla Tuska jako przyszłego kandydata do
prezydentury. Mniej pozostaje czasu na zgranie się, na wykazanie, że wygrywająca kolejne wybory Platforma ma w gruncie rzeczy szafy puste, a nie pełne sensownych pomysłów. Pustka programowa da
się łatwiej ukryć w wyborczym zgiełku.
Z tego punktu widzenia jesień byłaby dla PO dobrym momentem na podjęcie takich dramatycznych decyzji, być może finalizowanych przyszłą wiosną. Tym, co hamuje Tuska, jest przekonanie, że
poddając swój rząd, przegrałby test na skuteczność. - Nie poradzili sobie z rządzeniem - wołaliby politycy PiS. Jak zaś sami wyborcy przyjęliby partię, która po roku od wyborczego
zwycięstwa dochodzi do wniosku, że nie jest ono dostatecznie komfortowe? Nie wiadomo - Polacy bywają kapryśni.
Na razie PO prawie na pewno nie dogada się z Amerykanami w sprawie instalacji w Polsce tarczy antyrakietowej, To akurat nie tyle zaniedbanie, co efekt nastawienia samego Tuska i większości jego
doradców, którzy postrzegają fiasko rokowań z USA jako sukces - tyleż PR-owski, co merytoryczny. Z niezbyt miłej telefonicznej rozmowy z wiceprezydentem Dickiem Cheneyem polski premier
wyniósł przekonanie, że amerykańskiej arogancji lepiej się przeciwstawić, niż jej ulegać. Będą go w tym przekonaniu utwierdzać ci jego współpracownicy, którzy, jak Radosław Sikorski,
już dawno przedkładają europejski kierunek polityki nad amerykański.
Rozejście się polskiego rządu z Amerykanami daje niepowtarzalną okazję prawicowej opozycji. Po raz pierwszy polityka zagraniczna może stać się tematem dzielącym Polaków na dwa wielkie
obozy.
W teorii PiS ma niewielkie szanse na wygraną w tym sporze wobec nastrojów większości. A jednak ostatnie sondaże ujawniły przesuwanie się sympatii na stronę zwolenników tarczy, zwłaszcza
wśród ludzi wykształconych. Stanowisko ekipy Tuska - uwikłane w wahania i w logikę negocjacyjnego blefu - łatwiej przedstawić jako oportunistyczne igranie polskim bezpieczeństwem. Aby
wytrącić te argumenty, Tusk będzie musiał szybko wpędzić prezydenta i liderów PiS w schemat impulsywnych nieudaczników. Można się więc spodziewać wielkiej PR-owskiej kampanii. No i
szybkiego sięgnięcia po tematykę europejską, na przykład niepodpisanego wciąż traktatu lizbońskiego. Bo na tym polu to Kaczyńscy są mniej przekonujący, uwikłani w sprzeczności.
Niewiele wyjdzie też z zapowiedzi obejścia legislacyjnych pułapek zastawianych przez opozycję do spółki z prezydentem. PO może wymachiwać straszakiem zastosowania rozporządzeń zamiast
ustaw. Takie zapowiedzi brzmią dramatycznie, ale są głównie PR-em.
Takiego obejścia ustawowej ścieżki można szukać tylko w konkretnych przypadkach (na przykład komercjalizacji szpitali). Zasadniczo większych zmian bez ustaw przeprowadzić się nie da. Zgodnie
z logiką polskiego ustroju nie zmieni się bez nich systemu podatkowego, nie zrewiduje Karty Nauczyciela, nie zdecentralizuje państwa, nie zwróci majątków dawnym właścicielom. Nie uprości
bezdusznych przepisów - co obiecuje nam Palikot. A tak naprawdę głównym kłopotem PO na drodze do osiągnięcia tych wszystkich celów nie jest jak na razie prezydenckie weto, ale brak własnych
spójnych propozycji. Będziemy mieli nadal rewię przekładanych terminów i zapowiedzi, o których wszyscy zapominają po paru dniach, czekając na nowe.
Prawie na pewno, jeśli wykluczyć jakąś szczególną maestrię platformerskich negocjatorów, nie dojdzie do odbicia jesienią mediów publicznych z rąk pisowskich nominatów. Pomysł radykalnej
przebudowy, właściwie rozbicia, TVP przedstawiony przez ministra Zdrojewskiego jest dla lewicy nieomal równie niepokojący jak dla PiS i utrudnia negocjacje o podziale medialnego tortu. Zwłaszcza
w atmosferze przedwyborczego napięcia, plotek o rozwiązaniu parlamentu. Choć zapewne ta atmosfera wzmoże jeszcze determinację partii Tuska. W takich czasach kontrola nad mediami to szczególna
gratka.
Nie sądzę, aby premier Tusk dokonał nawet późnią jesienią większych zmian we własnym rządzie. Miał na to ochotę pod wpływem pierwszych niepowodzeń swojego rządu, ale szybko
zrezygnował. Dziś ci, którzy najbardziej zasługują na odejście (minister zdrowia Ewa Kopacz), są najmocniej chronieni - dobrymi stosunkami z premierem i tym, że atakuje ich szczególnie mocno
opozycja. Innych ratuje przekonanie szefa rządu, że za plecami obecnych, nawet nie najlepszych ministrów, zieje personalna pustka. Jeśli gdzieś bym się spodziewał personalnych awantur, to
najwyżej w resortach kierowanych przez ludowców. Kto wie, czy rosnący nacisk na zmiany w PSL-owskich ministerstwach nie okaże się wręcz przymiarką do wcześniejszych wyborów.
Co zabawne, nie spodziewam się radykalnych przesunięć w partyjnych sondażach. Politycy PiS żyją mitem dramatycznej jesieni, która ma przynieść wielką zapaść służby zdrowia
(wyczerpywanie sie środków, jakimi dysponuje NFZ) oraz pretensje różnych grup opłacanych z budżetu, że nie dostaną w przyszłym roku tyle, ile by chciały. Jak co roku będą to prognozy na
wyrost. Jeśli nie dojdzie do ekonomicznego krachu na skalę światową, wszystko rozejdzie się w utyskiwaniach i pretensjach. Wprawdzie opozycja będzie łączyła lekarskie roszczenia z brakiem
reform w służbie zdrowia, ale dla zwykłego Polaka nie okaże się to dostatecznym powodem, aby zmieniać polityczne preferencje.
Nawet awantura prowadząca do wcześniejszych wyborów nie zmieni zasadniczo polskiej polityki. Będzie ona - wyjąwszy może fiasko rokowań w sprawie tarczy - taka jak w latach ostatnich. Oparta
raczej na mocnych słowach niż przełomowych zdarzeniach. Chyba że dojdzie do nieprzewidywalnych kataklizmów porównywalnych z aferą Rywina.
W poprzednim Sejmie PiS i PO głosowały wspólnie za fundamentalnymi ustawami, kłócąc się zarazem zaciekle, głównie o kolejne wystąpienia, epitety, wzajemne zarzuty. Teraz tłem dla coraz
mocniejszych słów będzie inercja. Wywoływana wzajemnym blokowaniem się prezydenta i koalicyjnej większości. Ale po części i tym, że rządowe projekty pozostają mglistymi intencjami, które
- jak powiedziałby autor niedawnego tekstu w DZIENNIKU Czesław Bielecki - nigdy nie zostały spisane choćby na kartce A4.