Przez jednych uwielbiany, przez innych znienawidzony. Jest pakistańskim Janusem. Z jednej strony zasiada w senacie i przewodzi legalnej partii politycznej, z drugiej - stał się natchnieniem dla
wrogów państwa walczących z nim zbrojnie.
Al-Haq przez długie lata prowadził medresę Haqqanija pod Peszawarem założoną przez jego ojca. To w niej pobierali nauki talibscy przywódcy rządzący w latach 90. Afganistanem. Wychowywał i
kształcił członków szury kandaharskiej - głównego ośrodka władzy, ministrów talibskiego rządu w Kabulu, komendantów polowych. Był dla nich niczym ojciec. Kiedy na froncie nie powodziło
się najlepiej, kiedy Sojusz Północny z impetem nacierał na talibskie pozycje, wystarczyło jedno słowo Haqa, by z jego medresy i innych islamskich uczelni Pakistanu ruszyło przez granicę osiem
tysięcy studentów. Ich pomoc była nieocenionym wkładem w zwycięstwo Talibanu. Sami od kilka lat nie domaga. Dziś to schorowany siedemdziesięciolatek. Choć zachował duchowy wpływ na swoich
uczniów, rzeczywistym administratorem Haqqaniji został jego syn syn Rashid.
. Jest ostrożny. Ani razu nie powiedział, że
popiera talibską rebelię. Z drugiej jednak strony nawet słowem się od niej nie odciął. - Jesteśmy po stronie zwykłych ludzi, a wojna na terytoriach pasztuńskich wybuchła, z powodu fatalnej
polityki rządu - mówił. Jedno jest pewne, Haqqanija nie popiera wojennych nowinek - zamachów na niewinnych cywili i ataków samobójczych. Zdaniem lidera madrasy są to czyny niezgodne z islamem.
A odcinanie głów zakładnikom? W takich wypadkach Haq zasłania się religijną naturą pobieranej u niego nauki. Tego w medresie nie uczą, czemu zatem miałby czuć się odpowiedzialny za krwawy
mord?
Pewnie miał rację. Wzrok wielu studentów nie świadczył o ciepłych uczuciach,
choć inni witali się z uśmiechem na ustach. Długie czarne włosy, pociągłe twarze, zimne oczy. Rasowi Pasztuni. Wielu z nich zasiliło szeregi rebeliantów. Medresa nie uczy jednak przemocy,
jak zaznacza Rashid. - My wykładamy im tylko zasady religii, oni sami wybierają swoją przyszłość - mówi. Dla niektórych jest to walka. Wśród studentów byli także Pasztuni z Darra Adam
Khel, gdzie zginął Polak. Kto wie, może nawet jego mordercy.
Niezwykle trudno wskazać, gdzie przebiega granica między opozycją wobec
władz, a konspiracją. Rodzina Haq kieruje główną gałęzią wpływowego Towarzystwa Islamskich Ulemów (Jamiat Ulema-e-Islam), oficjalną partią biorąca udział w wyborach, która ma
reprezentantów w parlamencie. Jej bazą jest sieć szkół koranicznych powstających jak grzyby po deszczu bez jakiejkolwiek kontroli rządu. Zdaniem pisarza pakistańskiego Ahmeda Rashida,
największego znawcy ruchu talibów, właśnie w nich studenci są kształceni w kulcie przemocy. Wpaja się im umiłowanie dżihadu, jako drogi do naprawy grzesznego świata. Tak dzieje się do
dziś. Partyjne medresy, a przynajmniej niektóre z nich, są wylęgarnią rebeliantów i ochotników na wojnę afgańską. Hartują się tam także charaktery bojowników, którzy strzelają do
polskich żołnierzy w Afganistanie.
- Jeśli chcemy pokonać rebelię, trzeba przejąć kontrolę nad programem nauczania w medresach - przekonywał pisarz w swoim wypchanym po sufit książkami gabinecie w Lahore. - A najlepiej
rozwinąć edukację świecką. To najlepsza zapora przed Talibanem.
Takie poglądy godzą w samo serce islamistów, ponieważ postawili oni właśnie na edukację, jako narzędzie do zdobycia rządu dusz. Walka zbrojna, czy konspiracja polityczna stoi na drugim
miejscu. Dlatego dom Rashida przypomina twierdzę. Wysoka metalowa brama, mur, strażnicy. Każdy gość jest rewidowany. Za progiem czai się śmierć.
Nieistotne, że obecni rebelianci na pograniczu nie odwołują się już
wprost do Haqqaniji i niewiele obchodzą ich politycy w Islamabadzie, nawet ci o islamistycznych przekonaniach. Madrasa zawsze będzie dla nich matką, która ich zrodziła. Także morderców
Polaka.