Prezydent Aleksander Kwaśniewski przyznał otwarcie, że zdrady Danuty Huebner i Włodzimierza Cimoszewicza to szok dla SLD. Ale zaraz potem ogłosił: ten szok długo nie potrwa. Zdaniem byłego prezydenta lewica się podniesie, otrząśnie i znów będzie dobrze.

Reklama

Dobrze? To znaczy jak? Pal sześć, że Kwaśniewski po raz kolejny, zgodnie z wieloletnią tradycją, mówiąc „lewica”, ma na myśli wyłącznie SLD. Tak długo i konsekwentnie strategia ta była stosowana przez jego środowisko, że rzeczywiście innej lewicy zostało w Polsce jak na lekarstwo. Ważniejsze jest to, że były prezydent nie dostrzega, jak bardzo źle jest z ową SLD-owską lewicą. To prawda, że Cimoszewicz i Huebner szyldu partyjnego ze sobą do Platformy nie zabiorą, bo ani go nie chcą, ani specjalnie mocno go w dłoniach ostatnio nie dzierżyli, żeby tak się przywiązywać. Ale problem jest: przy tak niskim poparciu SLD nie może sobie pozwalać na jakiekolwiek straty na wizerunku. A przecież dobrze oceniana komisarz europejska i jedyny polityk lewicy z I ligi, cieszący się jakąkolwiek popularnością i liczący się w wyścigu do prezydentury, to bardzo wymierne straty, właśnie wizerunkowe.

Badania popularności i rozpoznawalności polityków pokazują, że nazwiska są dla SLD ważniejsze niż szyld. Właśnie dlatego Leszek Miller wciąż jest popularny i utożsamiany z ta partią. Dlatego też na SLD-owskich salonach wciąż pokazuje się Józef Oleksy, który zgrzeszył przecież wobec kolegów fatalnie, mówiąc Gudzowatemu, co o nich naprawdę myśli i dając się nagrać. Wszystkie winy mogą być teraz odpuszczone. Dlaczego? Właśnie dlatego, że kadrowa ławka Sojuszu jest tak dramatycznie krótka. A elektorat cierpi na głód liderów, charyzmatycznych postaci i wyrazistych osobowości, choćby nie za pachnąco się kojarzyły i w ogóle były raczej drugiej świeżości.

Aleksander Kwaśniewski dobrze powinien o tym wiedzieć. Sam bowiem znalazł się w sytuacji partyjnego klasyka, którym wszyscy się chwalą jak starym orderem, ale nikt go już nie traktuje podmiotowo. Współpracownikom Grzegorza Napieralskiego udało się nawet przemycić do mediów wiadomość, że były prezydent jest kuszony startem do europarlamentu z pierwszego miejsca w Warszawie. Otoczenie Kwaśniewskiego zawyło. "To bzdura" - mówili jego przyjaciele. Skąd te nerwy? Z prostej kalkulacji: to, co podnosi prestiż SLD, niekoniecznie robi dobrze prezydentowi, dla którego start w zwykłych wyborach w charakterze może i pierwszego, ale jednak jednego z wielu kandydatów jest degradacją, a nie zaszczytem. Wyszło więc na to, że Napieralski się Kwaśniewskim po prostu posłużył, by choć przez chwilę pogrzać się w cieniu jego wciąż solidnej popularności.

Nie ma więc wątpliwości: SLD nie odnalazł jeszcze żadnej trampoliny, która mogłaby wybić tę partię w górę. Nie stał się nią kryzys, nie staną się nią eurowybory. Nic dziwnego, że materia się pruje, a politycy, którzy liczą jeszcze na jakąś karierę, uciekają z okrętu. Ich zachowanie nie będzie przyczyną zatonięcia. Jest tylko dobitnym znakiem, że katastrofa już się stała.