To historia tak przerysowana, że gdyby ktoś zrobił na jej podstawie film, to uznano by, że to niemożliwe. A wydarzyło się naprawdę.

Reklama

Konrad T. - drobny biznesmen i aferzysta, jak go opisuje DZIENNIK - przyjechał robić karierę w stolicy. Niczym Nikodem Dyzma z Łyskowa. Nie miał fraka, ale miał wolę mocy. Założył stadninę, ale zbankrutował. Potem firmę brokerską, gdzie kradł pieniądze. Wpadł, więc wziął adwokata. Obaj panowie przypadli sobie do gustu: "przez swojego obrońcę wszedł w świat warszawskiej palestry" - czytamy w tym samym artykule.

>>> Jachowicz: Prokuraturze – przekup Rywina!

Dyzmowy frak w jego przypadku byłby nadmierną przesadą. Jak z kolei pisze "Gazeta Wyborcza" Konrad T. był "straszną" postacią. Tak go teraz opisują znający go adwokaci. Był "odrażający" pod względem wyglądu, niedbałego ubioru, sposobu zachowania. Bytowanie z nim nie było też intelektualną przygodą. Konrad T. jest absolwentem jakiejś rolniczej zawodówki. Ale któż wie? Pozory mylą, więc może mecenas D. i prokurator W. odkryli w nim konesera win, miłośnika włoskiej opery i partnera do najbardziej wyrafinowanych dyskusji.

W każdym razie kariera Konrada T. była błyskawiczna. Jego wizytówka z napisem "asystent adwokata" otwierała drzwi na salony. A może wręcz na Salon. Załatwiał zwolnienia ludziom ze społecznych wyżyn. Za duże pieniądze.
Wpadł, a razem z nim ludzie, o których nie da się powiedzieć, że są "straszni". Przeciwnie - wykształceni, obyci, dbali o ubiór i sposób zachowania. Ale to Konrad T. spadł na cztery łapy, bo został świadkiem koronnym. A jego subtelni partnerzy zostaną osądzeni znacznie surowiej.

>>> Luiza Zalewska: Tajemnice Lwa Rywina

Nie jest to bynajmniej opowieść o wyższości ludowego sprytu nad ogłupiałymi od dobrobytu burżujami. Wania-Duraczok też przecież pójdzie siedzieć. Tyle, że z innych paragrafów. Jego zleceniodawcy, znając kruczki prawne, mogą uzyskać złagodzenie wyroków, więc jeszcze może zrównać się liczba latek za kratami.
Inny jest morał z tej historii. Taki, że trzeba łapać się za portfel, gdy ktoś w Polsce zaczyna opowiadać o elitarności swojego środowiska zawodowego. Bo z pewnością taka opowieść nie jest opisem rzeczywistości, tylko ściemą służącą zachowaniu przywilejów i ukryciu patologii. Prawnicy nie są tu jedyną czarną owcą. Kilka dobrych rzeczy zrobili dla oczyszczenia własnego środowiska - np. adwokaci jako jedyni dobrowolnie się zlustrowali. Ciągle jednak widać, jak różne kasty gadaniem o troskliwie strzeżonym etosie zawodowym przykrywają swoją codzienną pazerność. A mentalność Nikodema Dyzmy - ta z braniem życia za grzywę i waleniem w pysk - występuje we wszystkich, od dołu do góry, warstwach społecznych.