Gdyby wpuszczono ten rajd do Polski, skończyłoby się awanturą. Skoro już dostali wizy, to było jedyne rozsądne wyjście. Szkoda natomiast, że nie mamy na
tyle dobrego rozeznania w ukraińskich układach, żeby zorientować się od razu, że uzasadnienie wniosków wizowych, jakie przedstawili organizatorzy rajdu, jest najprawdopodobniej fałszywe.
Na pewno niezwykle trudne. Po pierwsze są rachunki krzywd. Ludobójstwo na Wołyniu jest faktem, a Ukraińcy nie chcą o nim pamiętać. Nowoczesny nacjonalizm ukraiński kształtował się na
początku XX wieku, w czasie gdy nacjonalizmy były w ogóle dosyć straszne. Zwłaszcza w naszym regionie. Wystarczy szersze spojrzenie na nacjonalizm rumuński, litewski, słowacki –
który zaowocował ostatecznie księdzem Tiso. To były niedobre czasy, czasy darwinizmu narodowego. Uważano, że w walce o narodową niezawisłość można sięgać po wszelkie metody. A
jednocześnie to właśnie wtedy te narody obudziły się do życia.
Z polskiej perspektywy bardziej do przyjęcia w tym charakterze byłby na przykład Semen Petlura, sojusznik Piłsudskiego w wojnie 1920 r. Na Ukrainie pamięta mu się jednak przede wszystkim, że w
zamian za sojusz przeciw Sowietom chciał oddać Polsce wschodnią Galicję. Kto pozostaje? Dla Ukraińców bezdyskusyjnie Bohdan Chmielnicki, ale to zamierzchłe czasy. Zresztą on, jak wiadomo,
też się Polakom nie podoba.
Mamy zupełnie różne świadomości, jeśli chodzi o historię. Z jednej strony mamy w Polsce pamięć o ludobójstwie Polaków na Wołyniu i potwornym, bratobójczym konflikcie polsko-ukraińskim,
ale z drugiej – co nie jest w żaden sposób czynnikiem równoważącym, ale co trzeba brać pod uwagę – mamy niepamięć prostych historycznych faktów. Do dziś, kiedy mówimy
o tzw. historycznych Kresach, zapominamy o tym, że ktoś tam jednak mieszkał poza Polakami. Że w większości regionów, które dziś należą do Ukrainy lub Białorusi, jak Polaków było 15
proc., to było dużo. W wielu było ich zresztą tylko 2 proc.Jako piętnastolatka rozmawiałam z zasłużonym dla sprawy polskiej opozycji mecenasem, wówczas już wiekowym. Czekając na spotkanie
z moimi rodzicami, opowiadał mi o spływie Dniestrem i wycieczkach na karpackie połoniny. „A o czym żeście tak gawędzili z panem mecenasem?” – zapytała
zaciekawiona mama po powrocie do domu. „Mecenas opowiadał mi o Kresach i o tym, że Huculi to takie miłe zwierzęta domowe” – odpaliłam bez namysłu. Niewiele o tym
wiedziałam, ale coś w sielskiej opowieści wydało mi się podejrzane – stosunek do obcoplemieńców. Do naszej świadomości istnienie innych ludzi w krainie naszej przeszłości słabo
się przebija. Jak mówimy o Drohobyczu czy Borysławiu, to myślimy o polskich przedsiębiorcach, inżynierach, polskich wczasowiczach w Truskawcu, a nie o ukraińskich chłopach, którzy mieszkali
wokół.
To prawda. W Polsce też byłabym przeciwna, gdy wzorcem patrioty był dajmy na to Bury – bohaterski żołnierz podziemia, ale przy tym morderca białoruskich chłopów (tzw. sprawa
furmanów). Albo gdybyśmy czcili jako bohaterów członków organizacji postoenerowskich. Gdyby głównym naszym autorytetem był Bolesław Piasecki.
Generalnie tak, choć czasem bywało różnie. Chodziło mi o pokrewieństwo ideologiczne. A Ukraińcom trzeba – delikatnie, ale stanowczo – tłumaczyć: że choć Banderze
zależało na ukraińskiej niepodległości, nie jest on materiałem na bohatera narodowego. Trzeba przy tym podkreślać, że jego metody były niedopuszczalne. Samą polityczną kolaborację z
Hitlerem – w sytuacji, w której niepodległa Ukraina nie mogła liczyć na niczyją przychylność – dałoby się jeszcze od biedy pojąć. Ale zbrodni nie można
usprawiedliwiać. Wydaje mi się, że u młodych gloryfikujących Banderę zadziałała także przekora wobec sowieckiej propagandy. Wróg, hitlerowiec? A właśnie, że nie.
Poparcie dla prezydenta Juszczenki oscyluje wokół 4 proc.
Na pewno wielu zależałoby na pogorszeniu tych relacji. To są trudne relacje zarówno ze względu na przeszłość, jak i teraźniejszość. Państwo polskie działa średnio, a jak spoglądamy na
Ukrainę, to widzimy karykaturę tego naszego „średniego” państwa. W Polsce prezydent z premierem, dokopując sobie nawzajem, są w stanie nieźle rozchybotać nasza państwową
łódkę. Na Ukrainie ich prezydent i premier są w stanie w ferworze walki ją po prostu wywrócić do góry dnem. Wszystko do kwadratu. W związku z tym, a także ze względu na niewątpliwe
rosyjskie intrygi porozumienie między Polską a Ukrainą jest niezwykle trudne.
Na miejscu Ukraińców bardzo uważnie bym się przyjrzała, kto tych młodych ludzi zachęca do takich akcji.
Absolutnie nie. Ono nie jest papierowe. Wystarczy zobaczyć, ilu Ukraińców pracuje w Polsce, ilu Polaków, także byłych Kresowian i ich potomków, jeździ na Ukrainę, jakie było w Polsce
poparcie dla pomarańczowej rewolucji. Pojednanie jest realne, tyle tylko że niedoskonałe. Inną kwestią jest, czy my umiemy je wykorzystać politycznie.
Nadzwyczajnym osiągnięciem było otwarcie cmentarza Orląt Lwowskich. To sytuacja bezprecedensowa, że na Ukrainie, w jej zachodniej, bardziej nacjonalistycznie nastawionej części, otwarty
został cmentarz wojenny narodu, z którym toczyła się wojna. Mało tego: w mieście, o które z nim walczyli. Bardzo trudna sprawa, ale dzięki wysiłkom i Andrzeja Przewoźnika, i wielu innych
ostatecznie się udało. Nie byłoby to możliwe bez dobrej woli z drugiej strony.
Powinno się na pewno zapobiegać incydentom takim jak ten – dlatego uczestnicy rajdu nie powinni byli dostać wiz i dlatego potrzebna jest dobra znajomość różnych środowisk na
Ukrainie – wtedy wiadomo, kogo wspierać, komu na pojednaniu faktycznie zależy. Potrzebujemy działań upartych i długofalowych. Do tej pory Polska za dużo mówiła, a za mało
działała. Niektórzy utrzymują, że jesteśmy za biedni, żeby pomagać. Tymczasem nasza „bieda” powinna nas skłaniać do lokowania środków mądrze. Nie stać nas na
udawanie.
Tak jest. Ja z kolei przyglądałam się ostatnio dyplomacji kulturalnej. Wie pan, ile Ministerstwo Kultury przeznacza na ochronę wszystkich polskich zabytków poza granicami kraju? O ile pamiętam
3 mln zł rocznie. A zabieganie o nasze wspólne przecież dziedzictwo kulturalne na Wschodzie dawałoby ogromne możliwości. Gdy państwo polskie wspiera odnowę obiektów w konkretnych regionach,
nabiera tam realnego – także politycznie – znaczenia. A ropociąg Odessa – Brody? Przecież to farsa. Wie pan co? Nie budowałam nigdy ropociągu i o paliwach mam
mgliste pojęcie, ale podjęłabym się w półtora roku zrobić ze specjalistami studium wykonalności tego projektu i albo powiedzieć, jak to zrobić, albo – zabierajmy zabawki i
zajmijmy się czym innym. Mamy skłonność uznawać, że polityka to jest gadanie. Powiemy, że jesteśmy za Ukrainą, i na tym się kończy. A polityka to są przede wszystkim stosunki gospodarcze,
a poza tym dziesiątki rozmaitych nawet lokalnych działań. Zwłaszcza w przypadku kraju tak niestabilnego. Na to, że sytuacja polityczna jest na Ukrainie taka, jaka jest, nic nie poradzimy. Można
i trzeba natomiast prowadzić wiele stałych działań, które mają jakiś wspólny cel. Są ludzie, którzy próbują pracować w taki sposób, ale nie czyni się tego elementem całościowej
strategii, nie uznaje za politykę, tylko za jakąś zabawę. Bo prawdziwa polityka to rozmowy dostojników państwowych.
Na Ukrainie istnieją też środowiska wręcz polonofilskie. Trzeba ich się pytać, na czym moglibyśmy się wspólnie oprzeć. Lepiej się znają na własnej tradycji. Z punktu widzenia polityki
historycznej czasami wystarczy posłużyć się umiejętnie czymś drobnym, ale symbolicznym, jak dajmy na to kontakty Szewczenki z Mickiewiczem.
*Agnieszka Romaszewska-Guzy, dyrektor TV Biełsat