Kiedy przed trzema laty historycy rozpoczynali badania nad teczkami bezpieki przejętymi przez IPN, napisałem wraz z kolegą artykuł o niebezpieczeństwach, jakie się z tym wiążą. W
pierwszej kolejności omówiliśmy problemy związane z konsekwencjami ujawniania bądź też nie ujawniania personaliów agentury SB. W tym ostatnim przypadku ostrzegaliśmy
przed pisaniem, że w niewielkiej i ściśle określonej grupie ludzi działał informator bezpieki, bez podawania jego nazwiska.
Nikt rozsądny nie napisze przecież, że w Urzędzie Miasta Warszawy pracuje złodziej czy seryjny morderca, który jest lekko łysiejącym mężczyzną, bo ludzi odpowiadających tego
rodzaju rysopisowi może być tam sporo. Dlatego kiedy przed tygodniem przeczytałem w „Rzeczpospolitej” artykuł o informatorze SB o pseudonimie „Delegat”,
nie mogłem wyjść ze zdumienia, jak poważna gazeta mogła popełnić tego rodzaju błąd.
Od tygodnia przez media przetacza się fala spekulacji, kto z 18 uczestników delegacji „Solidarności”, która w 1981 r. odwiedziła papieża Jana Pawła II,
był agentem bezpieki. Poszczególni jej uczestnicy – dziś należący do skonfliktowanych od dawna środowisk – starają się rzucić podejrzenia na kogoś z
przeciwnego obozu. Mnożą się oskarżenia i nie można dziś wykluczyć ich sądowego finału. To, co się stało, przed laty w żargonie SB określano mianem dezintegracji. Jedną z jej metod
było bowiem sianie nieufności i skłócanie ludzi.
Komu jest to dziś na rękę? Wszystkim tym, którzy od lat wmawiają Polakom, że akta bezpieki to tylko źródło kłamstw oraz zarzewie konfliktów. I głoszą ten
pogląd wbrew setkom książek i tysiącom artykułów, które powstały już dzięki częściowemu otwarciu archiwów IPN, poszerzając znacząco nasz stan wiedzy o
historii najnowszej Polski. Co ciekawe, artykuły te ukazują się również na łamach tych pism, które – jak „Gazeta Wyborcza” –
zaciekle zwalczają ideę otwarcia archiwów SB. Burza jest też na rękę samemu „Delegatowi”. Wszak najłatwiej będzie się mu ukryć w powstającym właśnie
tumulcie.
Do awantury rozpętanej wokół „Delegata” próbuje się też wciągnąć IPN, postulując, by to on rozstrzygnął, o kogo chodzi. Instytut ma zatem odegrać
rolę strażaka gaszącego pożar wywołany wskutek braku roztropności dziennikarzy „Rzeczpospolitej”. Problem jednak w tym, że w archiwach IPN jest jeszcze bardzo wiele
dokumentów, które mogą powodować podobne spekulacje i domysły, jak w przypadku „Delegata”. Czy IPN ma je kolejno przecinać pod dyktando
mediów? Mam nadzieję, że tak się nie stanie.
IPN już raz, za sprawą niefortunnego zachowania byłego prezesa, został zmuszony do ogłoszenia informacji o przeszłości o. Konrada Hejmy na konferencji prasowej. Trudno wyobrazić sobie gorsze
rozwiązanie. Nie znaczy to, że Instytut nie będzie demaskował agentów bezpieki. Czyni to już od kilku lat zarówno w publikacjach naukowych swoich pracowników,
jak i w notach, które otrzymują osoby uznane za pokrzywdzone.
Jeśli któryś z historyków IPN ustali w trakcie swoich badań, kim był „Delegat”, z pewnością o tym napisze. Aby tak się stało, potrzebna jest m.in.
szybka nowelizacja ustawy o IPN, która – niezależnie od tego, kogo ostatecznie obciąży obowiązkiem prowadzenia lustracji – powinna doprowadzić do szerszego niż
dotąd otwarcia archiwów.
Na razie jednak piłka jest po stronie dziennikarzy „Rzeczpospolitej”, którzy rozpętali burzę. To oni stwierdzili, że mają 90 proc. pewności, kim jest
„Delegat”. Jeśli nie chcą pozostawić pozostałych 17 uczestników spotkania z papieżem w mało komfortowym położeniu osób podejrzanych, powinni
znaleźć jakieś wyjście z sytuacji, którą sprowokowali. Bo w to, że „Delegat” ujawni się sam – o co apelowali w zakończeniu swego artykułu –
nikt już chyba nie wierzy.
Z teczkami bezpieki jest jak z nożem czy samochodem. Te przedmioty zwykle służą nam do racjonalnych i pożytecznych działań. Jednak niewłaściwie użyte mogą się zamienić w narzędzia
zbrodni. Skoro liczne wypadki samochodowe nie skłaniają nas do rezygnacji z używania pojazdów mechanicznych, to dlaczego – w imię wątpliwego komfortu niewiedzy –
mamy zrezygnować z poznania ciemniejszej strony naszej historii najnowszej? Ważne jednak, by uczyć się na błędach. Czy lekcja, jakiej udzieliła nam wszystkim sprawa
„Delegata”, zostanie zapamiętana, przekonamy się już wkrótce.
-------------------------------------------------
Dr hab. Antoni Dudek (40 l.), doradca prezesa IPN, autor wielu publikacji na temat najnowszej historii Polski