Dziennik Gazeta Prawana logo

"Polowanie na "

12 października 2007, 11:27
Ten tekst przeczytasz w 8 minut
Aby uniknąć rzucania cienia podejrzenia na wszystkie osoby, historyk powinien (o ile uważa, że są do tego podstawy) zdemaskować konfidenta bądź zrezygnować z tego tematu. Od tego czasu na podstawie archiwaliów zgromadzonych w IPN ukazało się wiele książek i artykułów, a ich autorzy w przytłaczającej większości przypadków starali się przestrzegać tej dość oczywistej zasady, która nie dotyczy zresztą wyłącznie agentów SB.

Kiedy przed trzema laty historycy rozpoczynali badania nad teczkami bezpieki przejętymi przez IPN, napisałem wraz z kolegą artykuł o niebezpieczeństwach, jakie się z tym wiążą. W pierwszej kolejności omówiliśmy problemy związane z konsekwencjami ujawniania bądź też nie ujawniania personaliów agentury SB. W tym ostatnim przypadku ostrzegaliśmy przed pisaniem, że w niewielkiej i ściśle określonej grupie ludzi działał informator bezpieki, bez podawania jego nazwiska.
Nikt rozsądny nie napisze przecież, że w Urzędzie Miasta Warszawy pracuje złodziej czy seryjny morderca, który jest lekko łysiejącym mężczyzną, bo ludzi odpowiadających tego rodzaju rysopisowi może być tam sporo. Dlatego kiedy przed tygodniem przeczytałem w „Rzeczpospolitej artykuł o informatorze SB o pseudonimie „Delegat, nie mogłem wyjść ze zdumienia, jak poważna gazeta mogła popełnić tego rodzaju błąd.
Od tygodnia przez media przetacza się fala spekulacji, kto z 18 uczestników delegacji „Solidarności, która w 1981 r. odwiedziła papieża Jana Pawła II, był agentem bezpieki. Poszczególni jej uczestnicy dziś należący do skonfliktowanych od dawna środowisk starają się rzucić podejrzenia na kogoś z przeciwnego obozu. Mnożą się oskarżenia i nie można dziś wykluczyć ich sądowego finału. To, co się stało, przed laty w żargonie SB określano mianem dezintegracji. Jedną z jej metod było bowiem sianie nieufności i skłócanie ludzi.
Komu jest to dziś na rękę? Wszystkim tym, którzy od lat wmawiają Polakom, że akta bezpieki to tylko źródło kłamstw oraz zarzewie konfliktów. I głoszą ten pogląd wbrew setkom książek i tysiącom artykułów, które powstały już dzięki częściowemu otwarciu archiwów IPN, poszerzając znacząco nasz stan wiedzy o historii najnowszej Polski. Co ciekawe, artykuły te ukazują się również na łamach tych pism, które jak „Gazeta Wyborcza zaciekle zwalczają ideę otwarcia archiwów SB. Burza jest też na rękę samemu „Delegatowi. Wszak najłatwiej będzie się mu ukryć w powstającym właśnie tumulcie.
Do awantury rozpętanej wokół „Delegata próbuje się też wciągnąć IPN, postulując, by to on rozstrzygnął, o kogo chodzi. Instytut ma zatem odegrać rolę strażaka gaszącego pożar wywołany wskutek braku roztropności dziennikarzy „Rzeczpospolitej. Problem jednak w tym, że w archiwach IPN jest jeszcze bardzo wiele dokumentów, które mogą powodować podobne spekulacje i domysły, jak w przypadku „Delegata. Czy IPN ma je kolejno przecinać pod dyktando mediów? Mam nadzieję, że tak się nie stanie.
IPN już raz, za sprawą niefortunnego zachowania byłego prezesa, został zmuszony do ogłoszenia informacji o przeszłości o. Konrada Hejmy na konferencji prasowej. Trudno wyobrazić sobie gorsze rozwiązanie. Nie znaczy to, że Instytut nie będzie demaskował agentów bezpieki. Czyni to już od kilku lat zarówno w publikacjach naukowych swoich pracowników, jak i w notach, które otrzymują osoby uznane za pokrzywdzone.
Jeśli któryś z historyków IPN ustali w trakcie swoich badań, kim był „Delegat, z pewnością o tym napisze. Aby tak się stało, potrzebna jest m.in. szybka nowelizacja ustawy o IPN, która niezależnie od tego, kogo ostatecznie obciąży obowiązkiem prowadzenia lustracji powinna doprowadzić do szerszego niż dotąd otwarcia archiwów.
Na razie jednak piłka jest po stronie dziennikarzy „Rzeczpospolitej, którzy rozpętali burzę. To oni stwierdzili, że mają 90 proc. pewności, kim jest „Delegat. Jeśli nie chcą pozostawić pozostałych 17 uczestników spotkania z papieżem w mało komfortowym położeniu osób podejrzanych, powinni znaleźć jakieś wyjście z sytuacji, którą sprowokowali. Bo w to, że „Delegat ujawni się sam o co apelowali w zakończeniu swego artykułu nikt już chyba nie wierzy.
Z teczkami bezpieki jest jak z nożem czy samochodem. Te przedmioty zwykle służą nam do racjonalnych i pożytecznych działań. Jednak niewłaściwie użyte mogą się zamienić w narzędzia zbrodni. Skoro liczne wypadki samochodowe nie skłaniają nas do rezygnacji z używania pojazdów mechanicznych, to dlaczego w imię wątpliwego komfortu niewiedzy mamy zrezygnować z poznania ciemniejszej strony naszej historii najnowszej? Ważne jednak, by uczyć się na błędach. Czy lekcja, jakiej udzieliła nam wszystkim sprawa „Delegata, zostanie zapamiętana, przekonamy się już wkrótce.

-------------------------------------------------
Dr hab. Antoni Dudek (40 l.), doradca prezesa IPN, autor wielu publikacji na temat najnowszej historii Polski

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj