Zbigniew Krzyżanowski: Lech Wałęsa już nie jest członkiem „Solidarności”?
Lech Wałęsa: Ale nie teraz, tylko już dawno temu, w zeszłym roku. Chciałem to utrzymać w tajemnicy, ale ktoś „sypnął” Wałęsę... Nie podawałem tego, bo nie chciałem,
żeby to było jakoś rozgrywane, w związku i poza związkiem.
Co zadecydowało o takim kroku?
Miałem spotkanie z „Solidarnością”, z Komisją Krajową, i tam decydowały się wyborcze poparcia dla PiS i dla Kaczyńskich. Tak zadecydowali. I ostatecznie było widać, jak
się różnimy. To przesądziło o tym, że nasze drogi się rozeszły.
Przez Kaczyńskich pan odszedł?
Nie, było dużo innych spraw, ale wtedy czara się przelała.
W Stoczni Gdańskiej można usłyszeć, że Kaczyńscy obiecali jej pomóc i pomagają, a Wałęsa obiecywał i nic nie zrobił...
Ja optymalnie pomagałem stoczni, gdy były moje czasy. Teraz nie mam takich możliwości - to jasne. Dziś w stoczni można usłyszeć różne rzeczy. Niech ci, co je mówią,
powiedzą, ile zarabiają. W ilu są układach finansowych i niech powiedzą o tym stoczniowcom. Zobaczymy, co wtedy usłyszą. I ja mam w takiej sytuacji i z takim przewodnictwem mieć coś do
czynienia? Niech oni sobie popierają taki układ, ja - nie. I niech pan koniecznie to zdanie napisze: ile zarabia Karol Guzikiewicz? (wiceprzewodniczący „S” Stoczni Gdańskiej -
red.)
Zostawia pan związek?
To nie ja ich zostawiam, tylko oni zostawili mnie. Tłumaczyłem, że gdy nie słuchali mnie, popełniali błędy. I kiedy poparli Kaczyńskich, ja uważałem, że to jest błąd, ale nie dali się
przekonać. I zrobili to z premedytacją - ich sprawa.
Pańskim zdaniem nie ma już „Solidarności”?
Jest, tylko inna. Nie mówię lepsza czy gorsza. Jest inna, z którą nie jest mi po drodze.
Czy to znaczy, że nie będzie pan utrzymywał kontaktów ze związkowcami?
Jak oni będą ze mną, to oczywiście tak. Ale specjalnie to już o to nie dbam.