Dziennik Gazeta Prawana logo

"Koalicja bezruchu"

12 października 2007, 13:55
Ten tekst przeczytasz w 10 minut
24 dni, jakie minęły od odwołania Andrzeja Leppera do jego ponownego powołania, pokazały polską politykę w jej prawdziwym, czyli kabaretowym wymiarze - pisze w DZIENNIKU Tomasz Lis.

Pokazały, jak żałosna jest władza i jak nieudolna jest opozycja. U nas nawet wielki polityczny kryzys kończy się niczym. Napięcie, ostre ciosy, najdalej idące oskarżenia. I co? Nic. Pokręciliśmy się w kółko, temu i owemu zebrało się na wymioty. I tyle.

Przypomnijmy sobie: warchoły, chamy, potem deklaracje, że z warchołami to już nigdy, taśmy prawdy, oskarżenia ze strony Leppera, że to straszna korupcja, i ze strony PiS, że to prowokacja układu oraz WSI, potem wykrycie agenta Suboticia w wersji TVN-owskiej, chorwackiej i serbskiej, potem Pawlak w roli męża stanu, Lepper jako akuszer rządu Zolla, Tusk obmyślający strategiczny plan polityczny na egipskiej plaży, później demonstracje i krzyki, że "tu jest Polska", jakby nie było jej wszędzie dookoła, potem szafy otwierane na wypadek, gdyby rząd miał stworzyć Rokita, potem oskarżenia o prawie mord i o zbrodnię na demokracji, potem przerwa w obradach Sejmu, by genialny strateg mógł się zreflektować, że jednak trzeba iść do ołtarza pod rękę z warchołem.

Prawdziwe spoiwo
Minęły 24 dni. Kurz opadł. Teraz muszą paść proste pytania. Po diabła to było? Co z tego wynika? Coś jednak tak. W kraju coraz większy zaduch. Alienacja polityków rekordowa. Ludzie jeszcze bardziej skłóceni. Resztka dobrego stylu w polityce wyrzucona na śmietnik. Śmierć resztki złudzeń. Tak polityki nie robi się w żadnym cywilizowanym kraju. Tak źle polityka nie wyglądała po 1989 roku nawet w Polsce.
Dalsze rządy PiS et consortes nie będą oznaczały żadnej tragedii. Nie przyniosą też jednak dobra. Ich największy problem będzie polegał na zaniechaniach w sferze realnych, niezbędnych dla kraju działań oraz na chorobliwej nadgorliwości w sferze werbalnej, która już czyni wielkie spustoszenie, a uczyni spustoszenie jeszcze większe.

Największym spoiwem obecnej koalicji oczywiście poza klejem, dzięki któremu przymocowana jest ona do stołków jest absolutna niechęć do realnego reformowania państwa i strach przed podejmowaniem decyzji, które państwo uczyniłyby sprawniejszym i bardziej przyjaznym obywatelom. Reforma finansów państwa, obniżenie podatków, reforma KRUS, tanie państwo niczego takiego nie będzie. Dlaczego? Bo każda racjonalna zmiana pozbawiłaby PiS, Samoobronę i LPR poparcia części elektoratu uważającej, że państwo jest po to, by dawać, a nie po to, by komukolwiek odbierać, nawet jeśli odbieranie jest konieczne i sprawiedliwe. Po co wprowadzać niższe progi podatkowe, skoro biedniejsi byliby źli, że mniej płacić będą także bogatsi. Po co racjonalizować wydatki publiczne, skoro poparcie dla trzech partii będzie trwałe, jeśli nie zostaną one zracjonalizowane. Po co reformować KRUS, jeśli nie będzie się to podobało wielu mieszkańcom wsi, szczególnie tym z nich, którzy zasiadają w Sejmie. Po co weryfikować wyłudzane od państwa renty, skoro większość tych, którzy je dostają, chce na nas głosować. Wszystkie te kroki byłyby oczywiście absolutnie zgodne z ideą solidarnego państwa, ale przecież nikt w obecnej ekipie nie bierze tego hasła na poważnie. To jest co najwyżej oręż propagandowy forma manifestacji tego, jak bardzo władza troszczy się o lud oraz pała na opozycję, czyli na liberałów, którzy chcą, by ludowi było źle. Bezruch tłumaczony jest troską. Brak pomysłu wrażliwością społeczną.

I dalej. Po co ograniczać wydatki państwa, skoro władza lubi duże państwo, a nawet państwo wszechwładne. Po co upraszczać procedury, skoro uniezależniłoby to obywatela od państwa. Po co wprowadzać wielki program narodowej edukacji, skoro można się skoncentrować na patriotycznym (czytaj: nacjonalistycznym) wychowaniu młodzieży i na dzieleniu nauczycieli na lepszych i gorszych. Po co prywatyzować, skoro w sprywatyzowanych firmach nie można by umieszczać swych ludzi. Po co prowadzić racjonalną politykę zagraniczną, skoro można się awanturować. Mamy więc koalicję strachu przed utratą władzy, która jest koalicją stagnacji. Państwo ma być scentralizowane i omnipotentne. Kto się będzie przejmował tym, że taka wizja państwa jest w dzisiejszym świecie zupełnie anachroniczna.

Emocjonalny szantaż
Ale mamy i coś więcej. Mamy koalicję, która pod sztandarami naprawy państwa psuje państwo, gwałtownie obniżając standardy życia publicznego. Na dobre unicestwiono ducha kompromisu, bez którego polityka wygląda jak burda wszczęta przez stadionowych oprychów. Tylko czy chce jakiegokolwiek kompromisu, jakiejkolwiek debaty człowiek wyzywający swych oponentów od zomowców? „Słowo musi mieć swą miarę, mówił w sejmowej debacie nad samorozwiązaniem Sejmu wicepremier Dorn. Naprawdę, panie premierze? Łże-elity, wykształciuchy, mord, zbrodnia, hańba oto słowa z politycznego słownika liderów PiS. Na jaką miarę są te słowa? Wydawało się, że Andrzej Lepper, w swym poprzednim, „przedcywilizacyjnym wcieleniu pobił wszelkie rekordy politycznej brutalności, gdy Leszka Balcerowicza nazywał zbrodniarzem i kanalią. Jego obecni współkoalicjanci postanowili go jednak jak mawiał w innym kontekście Nikita Chruszczow daganit’ i pierieganit’. Ktoś powie: to tylko słowa. Niestety nie. Właśnie słowami podzielono ostatnio Polskę. PiS uczyniło to cynicznie, by wzmocnić swój twardy elektorat. Taka mało subtelna forma emocjonalnego szantażu. Ponieważ elektorat ten w miarę słabnięcia poparcia dla władzy trzeba będzie umacniać jeszcze bardziej, będą padały coraz mocniejsze słowa. Spustoszenie będzie coraz większe. Podziały coraz mocniejsze. Urazy nie do pokonania.

A jednak mimo poczucia absmaku i wbrew sondażom wskazującym, że większość Polaków chce nowych wyborów (na które poszłaby oczywiście mniejszość), uważam, że koalicja powinna trwać. Choćby dlatego, że jest to politycznie i estetycznie najbardziej spójny sojusz, jaki można dziś w naszej polityce zbudować. Ma on za mało wyobraźni i za mało odwagi, by zmierzyć się z prawdziwymi wyzwaniami stojącymi przed Polską, ale jest teraz wystarczająco silny, by nawet po przegranych wyborach sparaliżować każdą następną ekipę. Kaczyński, Lepper i Giertych skoczyliby do gardła następcom, a w kleszcze wzięliby ich razem z gorliwie korzystającym z prawa weta prezydentem Kaczyńskim. Rządzenie stałoby się szybko niemożliwe, tym bardziej że wierne teraz rządzącym tak zwane media publiczne (czyli opłacane przez ludzi) z dnia na dzień stałyby się narzędziem w rękach opozycji. Spolegliwe wobec jednej władzy zaczęłyby być totalnie krytyczne wobec innej. Nie idzie o to, że trzeba czekać, by jak mówi Donald Tusk PiS się wykrwawiło. Idzie raczej o to, by nie organizować dogrywki, wiedząc, że nie przyniesie ona zmiany sytuacji albo jeszcze ją pogorszy, zapewniając paraliż także następnej władzy i przedłużając na kolejne lata okres marazmu. Dlatego agonia, z którą mamy do czynienia, musi potrwać. Dlatego kabaret, jaki oglądamy, musi istnieć. Gdyby nagle istnieć przestał, przez lata słyszelibyśmy, że mieli w zanadrzu jakiś fantastyczny, zadziwiający numer, skecz dekady, który zupełnie zmieniłby jego oblicze. Czy koalicja PiS Samoobrona LPR będzie trwała? A kto to wie? Może nie, a może się rozpadnie jeszcze siedem razy, po czym siedem razy będzie sklejana. Ponieważ koalicjanci całkowicie zatracili poczucie wstydu, możliwe jest wszystko. Zresztą nie ma znaczenia, jak długo to potrwa. Ważne jest to, że w finale i tak będziemy mieli do czynienia z totalną degrengoladą polityczną i moralną.

PO niegotowa do rządzenia
Jest jeszcze coś. W trudnym momencie Platforma Obywatelska jeszcze raz pokazała, że do przejęcia władzy absolutnie nie jest gotowa. Lider głównej partii opozycyjnej zamiast szukać aliantów i przeciągać ich na swoją stronę, wyjechał na wczasy. Kandydat (chyba wciąż) PO na premiera zajął się wpychaniem potencjalnych aliantów w objęcia wrogów Platformy. Zamiast konsekwentnej, trwającej dzień i noc politycznej roboty mieliśmy do czynienia z manifestacjami arogancji, jakby liderzy Platformy wierzyli, że jej przeznaczeniem jest sprawowanie władzy, a obowiązkiem historii jest sprostowanie błędu, jaki popełniła, powierzając ją w zeszłym roku PiS. Przez rok widzieliśmy opozycję zawsze spóźnioną, zawsze o pół kroku z tyłu, zawsze niezdolną do pełnego wczucia się w nastrój jej potencjalnych zwolenników, pozbawioną prawdziwego przywództwa i woli walki. Do tego unikającą przedstawienia alternatywnego programu dla Polski. Bo nie jest poważne, gdy mówi się Polakom, że PO może realizować podatkowy program PiS, który rok temu Platforma uważała za zły. Gdy wreszcie wskutek opublikowania nagrań zarejestrowanych w pokoju pani Beger Tusk i jego ludzie dostali szansę przejęcia politycznej inicjatywy, koncertowo ją zmarnowali. Jan Rokita mówił w jednym z wywiadów, że czuje zbliżającą się władzę. To tyle, jeśli idzie o politycznego nosa. Tę fuszerkę też warto dostrzec, bo mówimy o ludziach, którzy uważają, że są w stanie już jutro rządzić. Jaka byłaby gwarancja, że znowu nie dadzą się ograć jak dzieci? Szczerze? Żadna.

Groteskowy wymiar polskiej polityki najlepiej podkreśla historia Renaty Beger i taśm prawdy. Osoba skazana za fałszerstwo, którą niemal wykreowano na bohaterkę, już grzecznie głosuje za tymi, których próbowała skompromitować. Z kolei taśmy prawdy, które miały obalić rząd, najwyraźniej pozwoliły odtworzyć koalicję. Bez nich PiS prawdopodobnie udałoby się rozbić Samoobronę i rząd dalej by się słaniał, ale ze słabszym zapleczem i z krótszym oddechem.
IV RP zostanie na papierze. A jeśli powstanie, to nie zbudują jej bracia Kaczyńscy. To raczej upadek, a nie zwycięstwo obecnej ekipy będzie wyznaczał koniec III RP. Pewna generacja polityków pokazuje nam każdego dnia, że nie rozumie, w jakim miejscu na mapie Europy i w jakich czasach żyjemy. Dalej będą się karmić swymi urazami, kompleksami, obsesjami i nie zorientują się nawet, że odeszli w przeszłość. Na politycznej emeryturze będą mogli sobie poczytać „W poszukiwaniu straconego czasu Prousta.

Tomasz Lis, dziennikarz telewizyjny, twórca programów informacyjnych "TVN Fakty" i "Wydarzenia". Członek zarządu ds. programowych Telewizji Polsat. Prowadzi w Polsacie program "Co z tą Polską?". Ostatnio opublikował "Polska, głupcze" (2006). Dziennikarz Roku w 1999 r., laureat pięciu "Wiktorów".
Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj