Pod koniec 1977 roku w Moskwie miało dojść do bezprecedensowego wydarzenia. Starzejący się i schorowany przywódca Związku Sowieckiego miał po raz pierwszy w życiu udzielić wywiadu
japońskiemu dziennikowi konserwatywnemu. Oto jaka scena rozegrała się w Moskwie. W listopadowe południe z hotelu nieopodal Kremla do luksusowej czajki na kremlowskich rejestracjach wsiadał sam
wydawca i redaktor naczelny z towarzyszącym mu tłumaczem. Za bramą Kremla w samochodzie odezwał się radiotelefon.
- Towarzysz pierwszy sekretarz przeprasza. Rozmowa zostaje przełożona na jutro - mówił głos. Do wywiadu nigdy nie doszło. Jednak wydawca był tak zadowolony z przyjęcia, jakie zgotowali mu
Sowieci, że dziennik opublikował wiele ciepłych słów pod adresem pierwszego sekretarza. Breżniew nigdy już nie odzyskał takiej formy, żeby swobodnie odpowiadać na pytania dziennikarza. A
Moskwa do końca ukrywała prawdę o jego stanie zdrowia.
Jak to się stało jednak, że przywódca Związku Sowieckiego zdecydował się na rozmowę z konserwatywną, krytykującą system komunistyczny gazetą? To był sukces jednej z większych operacji
KGB wymierzonej w wolne media w Japonii.
Pozyskałem felietonistę
Zwerbowałem w tej gazecie stałego felietonistę, który cieszył się wielkim zaufaniem redaktora naczelnego. Nie musiałem przekonywać go, że obiektywizm wymaga, żeby gazeta o innych poglądach
mogła porozmawiać z wrogiem demokracji. On od dłuższego czasu już tak myślał. W porozumieniu z wydziałem propagandy KC i naszymi ludźmi przygotowaliśmy wizytę wydawcy i naczelnego
redaktora. Ten początkowo się wahał. Choć do rozmowy nie doszło, to felietonista otrzymał wysokie stanowisko w redakcji. Odtąd KGB kiedy chciał, mógł poprzez tych ludzi przeprowadzać akcje
dezinformacyjne. Na czym one polegały? Na przykład na przesadzie, czyli wyolbrzymianiu rzeczywistego błędu polityki USA w stosunku do Ameryki Łacińskiej. We wpływowych kręgach Japonii sprawa
partyzantek marksistowskich była bardzo żywo omawiana. Nagłaśnialiśmy to, że jest to forma samoobrony przed imperializmem USA. Konserwatywne media krytykowały właśnie wszelkie przejawy
imperializmu Ameryki, a pomijały problem sowieckich wojen zastępczych prowadzonych właśnie za pośrednictwem Kuby w Salwadorze czy innych krajach Ameryki Południowej.
Był to więc subtelny sposób wpływu na opinię publiczną, a jednocześnie dla Moskwy bardzo skuteczny. Zdarzały się też przypadki jawnej dezinformacji. Jedną z nich było fałszywe
oskarżenie pewnego polityka o oszustwa podatkowe. Zanim zorientowano się, że zarzuty są chybione, niewygodny nam polityk musiał zejść ze sceny politycznej. Przy tej operacji KGB pomagali tajni
współpracownicy. To oni cytowali się wzajemnie i debatowali na łamach swoich mediów. Cel został osiągnięty. Ludzie przez wiele lat powtarzali te fałszywe oskarżenia. Poprzez Tokio agenci
sowieccy zdobywali wpływ na opinię publiczną nie tylko w demokratycznych krajach Azji, ale również na Zachodnim Wybrzeżu Stanów Zjednoczonych, jak i w Kanadzie. Narzędziem tej operacji byli
dziennikarze zwłaszcza dzienników i czasopism konserwatywnych.
Funkcjonariusze KGB od 1949 roku prowadzili nasiloną akcję rekrutacyjną wśród dziennikarzy japońskich, a poprzez nich docierali do polityków. Wszyscy ci funkcjonariusze pracowali pod
przykrywką dziennikarzy. Zwykle korespondentów zagranicznych.
Operacje wpływu
Wszyscy należeli do „agentury”, na czele której stał „rezydent”. Najczęściej Rosjanin, choć bywało, że mógł być obywatelem innego państwa. Rezydent
nadzorował działania czterech wydziałów. Były to: wydział PR (politiczieskaja razwiedka) do spraw politycznych i medialnych, wydział X do spraw technicznych ze szpiegami gospodarczymi
wykradającymi wynalazki techniczne, KR, czyli kontrwywiad oraz N – tak zwany wydział nielegałów. Nielegał to agenci, którzy otrzymali tożsamość innej osoby, by zwiększyć swoją
wiarygodność w danym kraju. Na przykład wywiad PRL wysyłał swoich nielegałów do Austrii i Niemiec. Jednak jednym z najważniejszych wydziałów rezydentury był PR, czyli inaczej wywiad
polityczny. Zajmował się on zbieraniem jawnych i tajnych informacji na temat sytuacji politycznej danego kraju. Pracujący w nim funkcjonariusze przeprowadzali „operacje
wpływu”, takie jak zaaranżowanie wywiadu z Breżniewem dla japońskiego dziennika konserwatywnego w 1977 roku. Wydział ten przeprowadzał też operacje z użyciem „środków
aktywnych”, takich jak prowokacje, fałszowanie dokumentów wysokiej rangi czy akcje sabotażowe. Funkcjonariusze tego wydziału werbowali przede wszystkim ludzi mediów. Pod koniec 1970
roku ponad 40 procent pracowników i współpracowników KGB stanowili właśnie dziennikarze.
W 1975 roku, po kilku latach pracy w Zarządzie I KGB, który prowadził akcje za granicą, znalazłem się w Japonii. Przyszedłem na stanowisko redaktora naczelnego sowieckiego czasopisma
„Nowe Czasy”. Od razu zostałem członkiem Japońskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy. Zapoznano mnie z elitą dziennikarską Japonii. Wcześniej pracowałem w jednej z gazet
sowieckich po ukończeniu orientalistyki. Teraz miałem legitymację jednego z konserwatywnych dzienników.
Moim zadaniem było znalezienie człowieka, który mógłby krytykowa w ważnych dla Związku Sowieckiego chwilach politykę Stanów Zjednoczonych i Zachodu. Nie chodziło jednak o krytykę totalną,
lecz właśnie krytykę umiarkowaną. Istota operacji polegała na dozowaniu takich artykułów tak, by stopniowo móc zmieniać nastawienie najpierw zespołu dziennikarskiego, a potem konserwatywnej
części opinii publicznej.
Przez pięć lat miałem na kontakcie dziesięciu tajnych współpracowników, którzy zajmowali stanowiska na średnim szczeblu w redakcjach. Byli to stali felietoniści zaprzyjaźnieni z
redaktorami naczelnymi, trzej doświadczeni dziennikarze oraz jeden zastępca redaktora naczelnego.
Przyjaźń jako metoda
Przekonanie ich do współpracy zajęło średnio dwa lata. Musiałem się upewnić, czy rzeczywiście mają dostęp do interesujących nas informacji oraz czy naprawdę chcą współpracować z
wywiadem. To ostatnie pytanie zadawałem im wprost. W tym czasie funkcjonariusze KGB byli stałymi bywalcami formalnych i, jeśli tylko było to możliwe, nieformalnych spotkań japońskich
dziennikarzy. Jednym ze sposobów werbunku były oczywiście przyjaźnie, w których zdobywało się zaufanie. Był to też dobry sposób na przekonanie się, czy dana osoba chce współpracować za
pieniądze, czy też na przykład za możliwość szybkiego awansu. Jednak jak nas uczono na szkoleniach, tylko pieniądze są cementem takich kontaktów. I nie spotkałem nikogo, kto by mi
odmówił. Musiałem dowiedzieć się, jakimi źródłami dysponuje dziennikarz i sprawdzić jego wiarygodność. Chodziliśmy do barów i drogich restauracji. Musiałem znaleźć ludzi, którym
mogę ufać.
Podobną procedurę KGB stosował na całym świecie. W Polsce również, gdyż polski wywiad znajdował się pod kontrolą Sowietów i reprodukował wszystkie najważniejsze wypracowane w Moskwie procedury. Oto jeden z przykładów. W maju 1958 roku młody dziennikarz Andrzej Grau przyjechał do Nowego Jorku. Nie był komunistą. Ponad rok spędził w sowieckim łagrze w 1940 roku. Po wojnie kilkakrotnie na próżno starał się zdobyć zezwolenie na wyjazd z Polski. W 1955 roku przyszedł do niego przedstawiciel wywiadu PRL. Grau dowiedział się, że będzie mógł opuścić Polskę, jeśli zgodzi się na współpracę z wywiadem. Zdesperowany wyraził zgodę. Od stycznia do września 1956 roku uczestniczył w szkoleniu wywiadowczym. Na kursie miał indywidualny tok nauczania, bo jego nadzorcy nie chcieli, żeby kontaktował się z innymi uczestnikami. Grau opisał później, jak go szkolono: „Śledzenie – na tym kursie uczono mnie metod gubienia ogona i sposobów śledzenia kogoś. Ukrywanie meldunków i demontaż skrzynek kontaktowych – dowiadywałem się, jak ukryć meldunek i jak go podjąć. Szyfrowanie – uczyłem się kodów, i kluczy do nich, które można było stworzyć z wersu jakiejś przez siebie wybranej książki. Mikrofotografia – po tym kursie znałem obsługę mikrofilmu, w jaki sposób go wywołać, ukryć lub zniszczyć”. Na tym polegało przygotowanie szpiega, który pracował wcześniej w mediach i miał dalej w mediach zostać. Jednak kiedy Polak przyjechał do USA, natychmiast powiedział o swoim szkoleniom władzom, choć był uczony, żeby do tego nigdy się nie przyznać.
Byłem świadkiem, jak KGB w latach zimnej wojny szczególnie bezwzględnie infiltrował media. Media pod wpływem, media przekazujące przygotowane dla nich informacje, robiące to w sposób, w jaki tego od nich oczekiwano – takie media były zawsze najskuteczniejszym narzędziem oddziaływania służb.
Stanisław Lewczenko – oficer I Zarządu Głównego KGB, był odpowiedzialny za operacje w Azji, w 1979 roku przeszedł na stronę Zachodu