Dziennik Gazeta Prawana logo

Długi marsz po władzę Donalda Tuska

12 października 2007, 14:16
Ten tekst przeczytasz w 8 minut
W sobotę o Donaldzie Tusku było zaskakująco cicho. "Przewodniczący zjadł rodzinny obiad z mamą, wyciszył się. Odpoczywał i zastanawiał, co dalej" – zdradza DZIENNIKOWI jeden ze sztabowców PO. O planach Tuska pisze Michał Karnowski.

Pytanie „co dalej jest dla lidera Platformy nawet ważniejsze niż sam wynik wyborów samorządowych. Z jego punktu widzenia wraz z ogłoszeniem wyników nic się nie kończy. Nie będzie miał, jak premier Kaczyński, chwili oddechu. Opozycyjność będzie trwała dalej, przeciwnik pozostaje taki sam, najprawdopodobniej równie mocny jak dotychczas. A przyjęta przez PO strategia utrzymywania wysokiej temperatury politycznego sporu wymusi znalezienie nowych pól starcia.
Zamknięty zostaje kolejny etap starcia z PiS, ale natychmiast rozpoczyna się nowy. Zapewne prowadzony równie twardo jak poprzedni.

"W tej kampanii wyciągnęliśmy wnioski z poprzedniej to częsta opinia w PO. A więc żadnego „przebacz. Żadnych sentymentów. Żadnego zmęczenia. Lodówka z rosnącymi za władzy Prawa i Sprawiedliwości cenami (jak stwierdził sąd część danych była nieprawdziwa), twardy zarzut „oszukali. I walka do końca, o każdy głos. Dla Tuska ta kampania była równie ważna jak ostatnie starcie o parlament i prezydenturę. Potraktował ją jak prawybory prezydenckie przed 2010 r. Ale co ważniejsze" - tak samo potraktowali ją ludzie PO. Nikt tego głośno nie powie, ale w kuluarach często można usłyszeć, że okaże się, czy Tusk ma zdolność sprawowania przywództwa. Czy lider, który minimalnie, ale jednak przegrał dwie wielkie bitwy wyborcze i trzecią o udział we władzy powinien dalej prowadzić swoją formację. Tusk zdaje sobie sprawę z tych pytań, po cichu zadawanych w partyjnych kuluarach.

Dlatego właśnie tym razem nie dopuścił do sytuacji, w której na nim samym i jego najbliższym otoczeniu, tak zwanym „dworze, spoczywa odpowiedzialność za wynik wyborów. Główny sztab wyborczy składa się z prawie 20 osób, w większości posłów. I choć musiał czasami konkurować o prawo podejmowania decyzji z najbliższym otoczeniem Tuska, to nikt dzień po wyborach jeśli wynik nie będzie zadowalający nie będzie mógł wstać i powiedzieć, że to wina lidera, którego trzeba zmienić. Nikt też nie będzie mógł powiedzieć, że lider partii się nie udzielał, że nie dał z siebie wszystkiego. To raczej on będzie mógł rozliczać, wskazując na własne zaangażowanie i pytając kto zrobił więcej niż ja? Czy Rokita, Biernacki, Komorowski też walczyli jak lwy?

Ostatnie dwa dni przed 12 listopada przewodniczący PO spędził na Dolnym Śląsku. Przejechał ponad pół tysiąca kilometrów, odwiedził dziewięć miast (Jelenia Góra, Lwówek Śląski, Legnica, Wrocław, Zgorzelec, Bogatynia, Lubań, Bolesławiec i Lubin), uścisnął setki dłoni potencjalnych wyborców i lokalnych działaczy. Mówił o sprawach lokalnych, zachwalał kandydatów PO. Ale najważniejsze były tezy, jakie stawiał, gdy oceniał ogólną sytuację polityczną. Jesteśmy przekonani, że niedziela będzie dniem o podwójnym znaczeniu: Polacy nie tylko będą wybierali swoją lokalną władzę samorządową, ale ocenią też rok rządów PiS, Samoobrony i LPR. Na całym świecie wybory samorządowe to także refleksja nad działaniami rządu centralnego. Jestem przekonany, że dla zdecydowanej części opinii publicznej ten rok zapisze się nie najlepiej w pamięci przekonywał Tusk na Dolnym Śląsku na kilkadziesiąt godzin przed otwarciem urn.

Trudno się nie zgodzić, że w opinii wielu Polaków ostatnie miesiące to czas katastrofy. W oczach wielu innych wielki sukces i miesiące satysfakcji. Problem w tym i to jest właśnie jedna z głównych osi sporu którzy przeważają. Na pewno nie można powiedzieć, by jednych było zdecydowanie więcej niż innych. A do tej właśnie tezy PO próbowała w tej kampanii przekonać Polaków.

Próba uczynienia z wyborów samorządowych plebiscytu „za lub „przeciw nie przyniosła przewidywanego sukcesu. Nie zmiażdżyła PiS. Nie zbudowała atmosfery grozy i nie uruchomiła ulicy. Tych „za było jednak sporo. Ale tak naprawdę nie tylko o to chodziło. Nas cieszy sam fakt, iż w oczach Polaków pozostajemy jedyną siłą alternatywną wobec koalicji rządzącej, a Tusk jest niepodważalnym liderem niezadowolonych z rządów Kaczyńskiego mówi sztabowiec PO.

A więc mimo iż wraz ze zbliżaniem się dnia wyborów sondaże pokazywały zbliżanie się wykresów z poparciem dla PiS i Platformy, to lider PO jednak osiągnął swoje podstawowe cele. Platforma w coraz większym stopniu jest formacją Tuska, z malejącym znaczeniem pozostałych liderów, z coraz większą władzą partyjnej centrali. Jak wskazują ludzie znający szefa PO, on sam powoli wychodzi z psychicznego dołka, w jaki wpadł wraz z przegraną walki o prezydenturę. Zrozumiał, że czeka go długi marsz, że władzy nie przejmie przez najbliższe lata. Ale też, że ma ogromną szansę w kolejnym rozdaniu, pod warunkiem, iż nie pozwoli, by ktokolwiek konkurenci z partii czy lewica przejął przywództwo opozycji. Stał się twardy, użyłbym nawet słowa bezwzględny opowiada jeden z polityków PO. Otacza się ludźmi lojalnymi ponad wszystko, wygasza wewnętrzną dyskusję. PO ma być maszyną wyborczą, pracującą bez przerwy na sukces Tuska. Bez żadnych niepewnych regionów, jakim kiedyś była Warszawa Piskorskiego, bez malkontentów w centrali. Dlatego twardo kalkuluje, czy na przykład opłaca mu się powierzać przewodnictwo klubu parlamentarnego PO Janowi Rokicie. Wychodzi, że krótkoterminowo tak, ale w dalszej perspektywie rodzi to ryzyko ponownego wzrostu znaczenia krakowskiego polityka, któremu też może się zamarzyć przywództwo. A więc na razie, kolejny już miesiąc, Rokita musi czekać. Odwrotnie niż Grzegorz Schetyna, sekretarz generalny PO, kojarzony z brutalnymi metodami sprawowania władzy w partii, ale bezwzględnie wierny Tuskowi. On swoje stanowisko dostał bardzo szybko.
Z tych wyborów i Tusk, i PO wychodzą zdolni do długotrwałej walki z PiS. Przekonani, że kiedyś osiągną sukces, który przyćmi triumfy Prawa i Sprawiedliwości. Ale ta siła koncentrująca się na oczekiwaniu przede wszystkim skuteczności może stać się zagrożeniem. Liderzy PO bardzo mocno uwierzyli we własne tezy propagandowe. Kto wie, czy nie za bardzo. Coraz trudniej powiedzieć im, że ta władza potrafi też zrobić coś dobrego. Coraz łatwiej przechodzą zarzuty w stylu totalnej opozycji Millera z 2000 r. Nawet powieka im nie drgnie, gdy mówią, że za aferę z zabójczymi lekami odpowiada osobiście Jarosław Kaczyński. Kreślą jednoznacznie czarny obraz miała być Polska solidarna, a jest jeszcze bardziej rozgoryczona tym, że najmniej zamożni codziennie widzą w sklepach wyższe, a nie niższe ceny. Polityka miała być przyzwoita, do władzy mieli dojść ludzie uczciwi, a ostatnie miesiące obfitowały w skandale, z tym największym z tak zwanymi taśmami prawdy wyliczał Tusk w czasie swojego ostatniego przed wyborami objazdu kraju.

Czy jest pewien, że tajne nagrania to broń skuteczna tylko w jedną stronę? Czy pamięta jeszcze ten swój lekko sceptyczny wobec wszelkich dogmatów ton sprzed lat? To już jest inny Tusk. Przekonany, że nigdy nie należy przepraszać choćby za skandaliczne obelgi wobec dziennikarzy w tak zwanym raporcie medialnym bo w polityce oznacza to pokazanie słabości. Świadomy swojej siły, pragnący zwycięstwa, ale i spięty, straszliwie skupiony na celu. I na Kaczyńskich.
W niedzielę zagłosował w rodzinnym Sopocie. Może nawet przejechał ulicą obok kamienicy, gdzie ma mieszkanie Lech Kaczyński. To zaledwie kilkaset metrów od domu Tuska, w tej samej pięknej i willowej dzielnicy.

Potem przyleciał do Warszawy, by spędzić wieczór wyborczy w towarzystwie Hanny Gronkiewicz-Waltz, którą bardzo mocno wspierał w walce o prezydenturę stolicy.
To kolejna okazja, by powtórzyć tezy długiego marszu. Tezy o złej władzy, która zabiera ludziom wolność, nic w zamian nie dając. Która jest tak zła, że nie da się z nią normalnie polemizować. Tak będzie przez kolejne miesiące. Koniec kampanii samorządowej nic tu nie zmienia. Ale jeden zarzut nie padnie na pewno że ten rząd władzy nie używa. Ale niestety wątpliwe, by Tusk dodał w tym kontekście zdanie wypowiedziane w jednym z wywiadów piętnaście lat temu, że „władza nieużywana rdzewieje i rozsypuje się. To czas totalnej opozycji. Czas twardego Tuska. Bo także przywództwo opozycji, jeśli jest nieużywane, może zardzewieć. Ale to Tuskowi raczej nie grozi.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj