"Wiele spośród argumentów, jakimi się nas atakuje – i nie mówię tylko o mediach – to chwyty wprost z szafy Lesiaka. Dlatego w żadnym razie nie mogę traktować wyniku wyborów jako oceny rządu" - mówi "Faktowi" premier Jarosław Kaczyński.
Łukasz Warzecha: Jaki miał pan nastrój, gdy ogłoszono wyniki wyborcze?
Jarosław Kaczyński: Byłby lepszy, gdybyśmy wygrali w Warszawie. Ale wynik i tak jest zupełnie niezły. Nie widzę powodu, żeby się szczególnie przejmować, choć prywatnie przykro mi z powodu Kazimierza Marcinkiewicza.
Zawiódł się pan na Marcinkiewiczu?
Nie – robił, co mógł. To była siła wyższa. Od piątku ze względu na żałobę nie mgł odpowiedzieć na wsparcie, jakiego Hannie Gronkiewicz-Waltz udzielił Aleksander Kwaśniewski. To ono było rozstrzygające.
Otwarte wsparcie lewicy dla Hanny Gronkiewicz-Waltz było dla pana zaskoczeniem?
Sądziliśmy, iż tak jawny sojusz Platformy z lewicą jednak nie będzie miał miejsca. Gdyby nie to, myślę, że Kazimierz Marcinkiewicz nieznacznie, ale jednak by wygrał.
Lech Kaczyński przegrał wybory na prezydenta RP w stolicy, teraz PiS przegrał z PO w Radzie Warszawy, a Marcinkiewicz przegrał z Gronkiewicz-Waltz. Czy to nie sygnał, że warszawiacy odrzucają pana partię?
Ja tego tak nie odbieram. Trzeba pamiętać, że przeciętny obywatel nie jest w stanie obserwować całej rzeczywistości bezpośrednio – czyni to poprzez media. Tymczasem mamy za sobą klika lat kampanii przeciw Lechowi Kaczyńskiemu jako prezydentowi Warszawy, kampanii całkowicie kłamliwej i kilkanaście miesięcy kampanii nieustannych pomówień ze strony opozycji, oczywistych nieprawd, absurdalnych lamentów, że zagrożona jest demokracja, bezkrytycznie powtarzanych przez środki masowego przekazu. Symbolem tej kampanii jest dla mnie sprawa Huberta H. Parokrotnie karany przestępca stał się niemal bohaterem dla znacznej części mediów. Ktoś ze społecznego dna wulgarnie obraża prezydenta państwa i nie tylko nie jest z tego powodu potępiany, ale przeciwnie – to państwo jest potępiane za to, że go z tego powodu chce ukarać. Ten przypadek może być interesującym studium obecnej sytuacji w mediach, która ma ogromne znaczenie także dla wyników wyborczych. Biorąc to wszystko pod uwagę, myślę, że rezultat w Warszawie jest naprawdę niezły.
Czy to oznacza, że wyników wyborów w dużych miastach nie odbiera pan jako recenzji roku rządów PiS?
To może być najwyżej recenzja skuteczności działalności propagandowej, skierowanej przeciwko nam. I w takim wypadku będzie to recenzja pozytywna.
Może to nie propaganda, ale krytyka?
Trudno to nazwać krytyką, gdyż krytyka odwołuje się do faktów, a tu mamy do czynienia z niebywałym wręcz natężeniem kłamstwa. Kłam, kłam, kłam – coś z tego zostanie – to jest główne założenie tej propagandy.
PiS jest bezbłędny?
Oczywiście, że nie. Popełnialiśmy błędy, ale na pewno nie takie, jakie się nam przypisuje. Nas bardzo niepokoi, że w opisie rzeczywistości polskie media mogą tak kompletnie odejść od faktów. Zresztą wiele spośród argumentów, jakimi się nas atakuje – i nie mówię tylko o mediach – to chwyty wprost z szafy Lesiaka. Dlatego w żadnym razie nie mogę traktować wyniku wyborów jako oceny rządu. Jest on skutkiem niezwykle ostrej kampanii przeciw nam, trudnych sojuszów i dopiero na ostatnim miejscu naszych niedociągnięć. Biorąc jednak to wszystko pod uwagę, powtarzam, wynik jest niezły, a droga do wielkomiejskiego elektoratu nie jest zamknięta. Tym zaś, którzy w sojuszu z Hubertem H. obrażają prezydenta, warto przypomnieć twórczość Janusza Szpotańskiego. Przyjdzie dzień, gdy ktoś równie utalentowany jak zmarły poeta napisze kiedyś o ich sojuszach, tak jak on pisał o wydarzeniach z lat 40. i 50.
Widać jednak wyraźnie, że PiS nie jest popularny wśród lepiej zarabiających, lepiej wykształconych mieszkańców większych miast. Czy ma pan plan, jak ich do Prawa i Sprawiedliwości przekonać?
Kiedy spotykamy się bezpośrednio na przykład ze środowiskami akademickimi, jesteśmy w stanie się porozumieć i dostajemy potem sygnały, że te spotkania są dobrze odbierane. Warunkiem jest, żebyśmy nie byli widziani poprzez krzywe zwierciadło mediów. I to musimy wykorzystywać. Musimy też pokazywać, że tak naprawdę to PiS jest formacją nastawioną na kształcenie społeczeństwa, na inteligencję sensu stricto i na większą grupę ludzi wykształconych. Traktowanie Platformy jako partii inteligencji to kompletne nieporozumienie.
Komentując wynik wyborów w Warszawie, powiedział an, że „wraca stare”. Co pan miał na myśli?
Aleksander Kwaśniewski przyjechał specjalnie z USA, żeby poprzeć kandydatkę PO. Marek Borowski zmienił zdanie tuż przed wyborami i także udzielił jej poparcia. Widocznie tym ludziom bardzo zależało na jej sukcesie, a to znaczy, że mają w tym jakiś interes. Nic dziwnego, skoro PO przesunęła się już zdecydowanie na pozycję obrońców III Rzeczypospolitej. Mówiąc, że wraca stare, miałem na myśli sojusz obrony dawnych stosunków i układów. Przy czym, aby to zadziałało, musi nastąpić powrót do stanu sprzed afery Rywina, bo po niej system nie był już w stanie sprawnie działać, stracił swoją wewnętrzną logikę.
Ale gdyby lewica zaczęła odzyskiwać siły, być może mogłaby stać się wspólnym wrogiem Platformy i PiS-u. Czy to jeszcze możliwe?
Kieruje pan swoje pytanie pod niewłaściwy adres. Moje wypowiedzi dotyczące Platformy traktuje pan jako świadectwo ostatecznego zerwania. Tak nie jest. Ale po tym wszystkim, co nam urządzili przez ostatnich kilkanaście miesięcy, to oni muszą się zmienić. Jeśli tak zrobią, to nie będziemy się obrażać. Choć oczywiście nasze stosunki już nigdy nie będą takie jak kiedyś.
Powiedział pan wiele cierpkich słów o opozycji. Do najbliższych wyborów być może aż trzy lata. Czy w tym czasie konflikt polityczny nieco przygaśnie?
To znowu nie jest pytanie do mnie. Jeżeli przestaną nas atakować Platforma i media, to sytuacja się uspokoi. Jeśli nie – to cóż ja mogę na to poradzić? Ze zdumieniem słucham wciąż, że to ja jestem agresorem.
Musi pan przyznać, że wiele razy występował pan bardzo ostro przeciw opozycji.
Gdyby spojrzeć obiektywnie, w ciągu ostatniego roku można znaleźć kilka moich pojedynczych ostrych sformułowań, bo nawet nie całych przemówień.
A przemówienie o łże-elitach?
To nie było przemówienie o łże-elitach, ale podsumowanie ostatniego siedemnastolecia, na co nikt specjalnie nie zwrócił uwagi. Z jednego wypowiedzianego wtedy słowa zrobiono na mnie kij.
A ZOMO?
To było specyficzne, wiecowe przemówienie, na dodatek całkiem przekręcone. Powiedziałem: „Ci, którzy na nas plują, stoją tam, gdzie stało ZOMO”, czyli bronią III Rzeczypospolitej, tak jak tamci bronili PRL-u. Ostatnio przeczytałem w „Gazecie Wyborczej”, że Adam Michnik czuje się spoliczkowany nawet określeniem „front obrony przestępców”, używanym w dyskusji publicznej od dziesięciu lat. Żąda się więc od nas, żebyśmy w ogóle nie opisywali rzeczywistości albo żebyśmy przyjęli opis drugiej strony, choć on jest całkowicie fałszywy.
A może wystarczyłoby opisywać rzeczywistość w łagodniejszych sformułowaniach?
W jakich łagodniejszych? Co jest mało łagodnego na przykład w pojęciu „front obrony przestępców”? Jest grupa publicystów, prawników, polityków, którzy uważają, że przestępcy powinni być bardzo łagodnie traktowani. Czy to nie jest obrona? Jest. Używam tego pojęcia od 1994 r. i to skutecznie, bo „front” bardzo osłabł. A poza tym mamy do czynienia z sytuacją cokolwiek zabawną. „Gazeta Wyborcza” przecież bez przerwy obraża w swych tekstach i może tylko na łamach „NIE”, „Trybuny” czy „Faktów i Mitów” żale naczelnego redaktora byłyby jeszcze zabawniejsze.
Wracam do pytania o poziom konfliktu w przyszłości. Czy między pana partią a partią Donalda Tuska może nastąpić uspokojenie?
Protestuję przeciwko ustanawianiu tu jakiejś symetrii. Tu jest jedna strona niesłychanie agresywna, nieustannie atakująca, nieustannie obrażająca, a często wręcz wulgarna. I druga strona, my, która się broni, stosując o wiele łagodniejsze metody.
Zapytam więc inaczej: znając Donalda Tuska, przewiduje pan, że z jego strony nastąpi uspokojenie?
Takiego Tuska nie znałem. Nie wiedziałem, że jest zdolny do tak niebywałej agresji. W walce o władzę nie liczy się z niczym i nikim. Nie zważa na interes społeczny czy narodowy, bo inaczej byłaby koalicja PO z PiS-em. Prezentuje także sposób myślenia charakterystyczny dla tej części świeżo wzbogaconej grupy społecznej, która ma słabe korzenie kulturowe, czy to z powodów obiektywnych, czy też ze względu na swoiste społeczne wyobcowanie – pustkę aksjologiczną, w której żyje. Platforma pod wodzą Tuska, Schetyny, Komorowskiego, Drzewickiego czy Grupińskiego reprezentuje tamtą grupę społeczną, ale co to ma wspólnego z inteligencją? Nic. Choć oczywiście są tam inteligenci, nie bardzo wiadomo, co tam robią.
Czy widzi pan możliwość zawiązania lokalnych koalicji PO z PiS?
Nie ma zakazu tworzenia koalicji z Platformą Obywatelską. Niestety, zakazy sprzymierzania się z PiS wydawała PO. Potem się w z nich wycofała, ale teraz znów je wydaje na poziomie sejmików wojewódzkich.
Spróbujmy sobie wyobrazić, jak może wyglądać polska scena polityczna za dwa lata.
PO w wyborach parlamentarnych będzie się zapewne trzymała bloku z PSL, bo to dla tej partii rozwiązanie najlepsze. Sojusz z lewicą nastąpił już de facto, ale jeszcze nie formalnie. Nie twierdzę, że to budzi entuzjazm Donalda Tuska, choć na pewno dopuszcza taką możliwość. Taki sojusz jest natomiast bardzo chętnie widziany na przykład przez Bronisława Komorowskiego czy panią Gronkiewicz-Waltz. Myślę, że PO podejdzie do tego pragmatycznie: jak się uda, to idziemy z PSL, jak się nie uda, to z SLD.
A PiS nadal z Samoobroną i LPR, czy też przystawki zostaną ostatecznie skonsumowane?
Nie zostały i dlaczego miałyby zostać? Ze strony PO słyszę nieraz taki zarzut: „Z nikim nie potrafią współpracować, wszystkich niszczą”. Czy ja mógłbym zrobić dla LPR coś więcej niż ich lidera mianować wicepremierem i ministrem ważnego resortu?
Sami się niszczą?
Nie mnie to teraz oceniać. Ale na pewno nikt nie może powiedzieć, że to my ich niszczymy.
Co się stanie z Janem Rokitą?
Wymaga pan ode mnie zdolności profetycznych, których nie mam. Mogę tylko powiedzieć, że nie rozumiem do końca postawy Jana Rokity. Człowiek tak mocno bity i upokarzany powinien w pewnym momencie zdecydować: wóz albo przewóz. Ale to oczywiście jego sprawa.
Ma pan jakieś propozycje dla Kazimierza Marcinkiewicza? Chciałby pan, żeby został w polityce?
To oczywiste, że zostanie. Jest przecież najpopularniejszym polskim politykiem. Na pewno dostanie jakąś propozycję rządową.
Minister spraw zagranicznych?
To nietrafione przypuszczenie, choćby dlatego że jestem bardzo zadowolony z minister Fotygi.
Minister skarbu?
Jest kilka możliwości, ale niekoniecznie ten resort, bo jestem zadowolony z pracy ministra Jasińskiego. Mogę powiedzieć tyle, że zaczynamy nowy przegląd resortów. Ocena ich pracy będzie być moe związana z weryfikacją składu rządu.
Jarosław Kaczyński: Byłby lepszy, gdybyśmy wygrali w Warszawie. Ale wynik i tak jest zupełnie niezły. Nie widzę powodu, żeby się szczególnie przejmować, choć prywatnie przykro mi z powodu Kazimierza Marcinkiewicza.
Zawiódł się pan na Marcinkiewiczu?
Nie – robił, co mógł. To była siła wyższa. Od piątku ze względu na żałobę nie mgł odpowiedzieć na wsparcie, jakiego Hannie Gronkiewicz-Waltz udzielił Aleksander Kwaśniewski. To ono było rozstrzygające.
Otwarte wsparcie lewicy dla Hanny Gronkiewicz-Waltz było dla pana zaskoczeniem?
Sądziliśmy, iż tak jawny sojusz Platformy z lewicą jednak nie będzie miał miejsca. Gdyby nie to, myślę, że Kazimierz Marcinkiewicz nieznacznie, ale jednak by wygrał.
Lech Kaczyński przegrał wybory na prezydenta RP w stolicy, teraz PiS przegrał z PO w Radzie Warszawy, a Marcinkiewicz przegrał z Gronkiewicz-Waltz. Czy to nie sygnał, że warszawiacy odrzucają pana partię?
Ja tego tak nie odbieram. Trzeba pamiętać, że przeciętny obywatel nie jest w stanie obserwować całej rzeczywistości bezpośrednio – czyni to poprzez media. Tymczasem mamy za sobą klika lat kampanii przeciw Lechowi Kaczyńskiemu jako prezydentowi Warszawy, kampanii całkowicie kłamliwej i kilkanaście miesięcy kampanii nieustannych pomówień ze strony opozycji, oczywistych nieprawd, absurdalnych lamentów, że zagrożona jest demokracja, bezkrytycznie powtarzanych przez środki masowego przekazu. Symbolem tej kampanii jest dla mnie sprawa Huberta H. Parokrotnie karany przestępca stał się niemal bohaterem dla znacznej części mediów. Ktoś ze społecznego dna wulgarnie obraża prezydenta państwa i nie tylko nie jest z tego powodu potępiany, ale przeciwnie – to państwo jest potępiane za to, że go z tego powodu chce ukarać. Ten przypadek może być interesującym studium obecnej sytuacji w mediach, która ma ogromne znaczenie także dla wyników wyborczych. Biorąc to wszystko pod uwagę, myślę, że rezultat w Warszawie jest naprawdę niezły.
Czy to oznacza, że wyników wyborów w dużych miastach nie odbiera pan jako recenzji roku rządów PiS?
To może być najwyżej recenzja skuteczności działalności propagandowej, skierowanej przeciwko nam. I w takim wypadku będzie to recenzja pozytywna.
Może to nie propaganda, ale krytyka?
Trudno to nazwać krytyką, gdyż krytyka odwołuje się do faktów, a tu mamy do czynienia z niebywałym wręcz natężeniem kłamstwa. Kłam, kłam, kłam – coś z tego zostanie – to jest główne założenie tej propagandy.
PiS jest bezbłędny?
Oczywiście, że nie. Popełnialiśmy błędy, ale na pewno nie takie, jakie się nam przypisuje. Nas bardzo niepokoi, że w opisie rzeczywistości polskie media mogą tak kompletnie odejść od faktów. Zresztą wiele spośród argumentów, jakimi się nas atakuje – i nie mówię tylko o mediach – to chwyty wprost z szafy Lesiaka. Dlatego w żadnym razie nie mogę traktować wyniku wyborów jako oceny rządu. Jest on skutkiem niezwykle ostrej kampanii przeciw nam, trudnych sojuszów i dopiero na ostatnim miejscu naszych niedociągnięć. Biorąc jednak to wszystko pod uwagę, powtarzam, wynik jest niezły, a droga do wielkomiejskiego elektoratu nie jest zamknięta. Tym zaś, którzy w sojuszu z Hubertem H. obrażają prezydenta, warto przypomnieć twórczość Janusza Szpotańskiego. Przyjdzie dzień, gdy ktoś równie utalentowany jak zmarły poeta napisze kiedyś o ich sojuszach, tak jak on pisał o wydarzeniach z lat 40. i 50.
Widać jednak wyraźnie, że PiS nie jest popularny wśród lepiej zarabiających, lepiej wykształconych mieszkańców większych miast. Czy ma pan plan, jak ich do Prawa i Sprawiedliwości przekonać?
Kiedy spotykamy się bezpośrednio na przykład ze środowiskami akademickimi, jesteśmy w stanie się porozumieć i dostajemy potem sygnały, że te spotkania są dobrze odbierane. Warunkiem jest, żebyśmy nie byli widziani poprzez krzywe zwierciadło mediów. I to musimy wykorzystywać. Musimy też pokazywać, że tak naprawdę to PiS jest formacją nastawioną na kształcenie społeczeństwa, na inteligencję sensu stricto i na większą grupę ludzi wykształconych. Traktowanie Platformy jako partii inteligencji to kompletne nieporozumienie.
Komentując wynik wyborów w Warszawie, powiedział an, że „wraca stare”. Co pan miał na myśli?
Aleksander Kwaśniewski przyjechał specjalnie z USA, żeby poprzeć kandydatkę PO. Marek Borowski zmienił zdanie tuż przed wyborami i także udzielił jej poparcia. Widocznie tym ludziom bardzo zależało na jej sukcesie, a to znaczy, że mają w tym jakiś interes. Nic dziwnego, skoro PO przesunęła się już zdecydowanie na pozycję obrońców III Rzeczypospolitej. Mówiąc, że wraca stare, miałem na myśli sojusz obrony dawnych stosunków i układów. Przy czym, aby to zadziałało, musi nastąpić powrót do stanu sprzed afery Rywina, bo po niej system nie był już w stanie sprawnie działać, stracił swoją wewnętrzną logikę.
Ale gdyby lewica zaczęła odzyskiwać siły, być może mogłaby stać się wspólnym wrogiem Platformy i PiS-u. Czy to jeszcze możliwe?
Kieruje pan swoje pytanie pod niewłaściwy adres. Moje wypowiedzi dotyczące Platformy traktuje pan jako świadectwo ostatecznego zerwania. Tak nie jest. Ale po tym wszystkim, co nam urządzili przez ostatnich kilkanaście miesięcy, to oni muszą się zmienić. Jeśli tak zrobią, to nie będziemy się obrażać. Choć oczywiście nasze stosunki już nigdy nie będą takie jak kiedyś.
Powiedział pan wiele cierpkich słów o opozycji. Do najbliższych wyborów być może aż trzy lata. Czy w tym czasie konflikt polityczny nieco przygaśnie?
To znowu nie jest pytanie do mnie. Jeżeli przestaną nas atakować Platforma i media, to sytuacja się uspokoi. Jeśli nie – to cóż ja mogę na to poradzić? Ze zdumieniem słucham wciąż, że to ja jestem agresorem.
Musi pan przyznać, że wiele razy występował pan bardzo ostro przeciw opozycji.
Gdyby spojrzeć obiektywnie, w ciągu ostatniego roku można znaleźć kilka moich pojedynczych ostrych sformułowań, bo nawet nie całych przemówień.
A przemówienie o łże-elitach?
To nie było przemówienie o łże-elitach, ale podsumowanie ostatniego siedemnastolecia, na co nikt specjalnie nie zwrócił uwagi. Z jednego wypowiedzianego wtedy słowa zrobiono na mnie kij.
A ZOMO?
To było specyficzne, wiecowe przemówienie, na dodatek całkiem przekręcone. Powiedziałem: „Ci, którzy na nas plują, stoją tam, gdzie stało ZOMO”, czyli bronią III Rzeczypospolitej, tak jak tamci bronili PRL-u. Ostatnio przeczytałem w „Gazecie Wyborczej”, że Adam Michnik czuje się spoliczkowany nawet określeniem „front obrony przestępców”, używanym w dyskusji publicznej od dziesięciu lat. Żąda się więc od nas, żebyśmy w ogóle nie opisywali rzeczywistości albo żebyśmy przyjęli opis drugiej strony, choć on jest całkowicie fałszywy.
A może wystarczyłoby opisywać rzeczywistość w łagodniejszych sformułowaniach?
W jakich łagodniejszych? Co jest mało łagodnego na przykład w pojęciu „front obrony przestępców”? Jest grupa publicystów, prawników, polityków, którzy uważają, że przestępcy powinni być bardzo łagodnie traktowani. Czy to nie jest obrona? Jest. Używam tego pojęcia od 1994 r. i to skutecznie, bo „front” bardzo osłabł. A poza tym mamy do czynienia z sytuacją cokolwiek zabawną. „Gazeta Wyborcza” przecież bez przerwy obraża w swych tekstach i może tylko na łamach „NIE”, „Trybuny” czy „Faktów i Mitów” żale naczelnego redaktora byłyby jeszcze zabawniejsze.
Wracam do pytania o poziom konfliktu w przyszłości. Czy między pana partią a partią Donalda Tuska może nastąpić uspokojenie?
Protestuję przeciwko ustanawianiu tu jakiejś symetrii. Tu jest jedna strona niesłychanie agresywna, nieustannie atakująca, nieustannie obrażająca, a często wręcz wulgarna. I druga strona, my, która się broni, stosując o wiele łagodniejsze metody.
Zapytam więc inaczej: znając Donalda Tuska, przewiduje pan, że z jego strony nastąpi uspokojenie?
Takiego Tuska nie znałem. Nie wiedziałem, że jest zdolny do tak niebywałej agresji. W walce o władzę nie liczy się z niczym i nikim. Nie zważa na interes społeczny czy narodowy, bo inaczej byłaby koalicja PO z PiS-em. Prezentuje także sposób myślenia charakterystyczny dla tej części świeżo wzbogaconej grupy społecznej, która ma słabe korzenie kulturowe, czy to z powodów obiektywnych, czy też ze względu na swoiste społeczne wyobcowanie – pustkę aksjologiczną, w której żyje. Platforma pod wodzą Tuska, Schetyny, Komorowskiego, Drzewickiego czy Grupińskiego reprezentuje tamtą grupę społeczną, ale co to ma wspólnego z inteligencją? Nic. Choć oczywiście są tam inteligenci, nie bardzo wiadomo, co tam robią.
Czy widzi pan możliwość zawiązania lokalnych koalicji PO z PiS?
Nie ma zakazu tworzenia koalicji z Platformą Obywatelską. Niestety, zakazy sprzymierzania się z PiS wydawała PO. Potem się w z nich wycofała, ale teraz znów je wydaje na poziomie sejmików wojewódzkich.
Spróbujmy sobie wyobrazić, jak może wyglądać polska scena polityczna za dwa lata.
PO w wyborach parlamentarnych będzie się zapewne trzymała bloku z PSL, bo to dla tej partii rozwiązanie najlepsze. Sojusz z lewicą nastąpił już de facto, ale jeszcze nie formalnie. Nie twierdzę, że to budzi entuzjazm Donalda Tuska, choć na pewno dopuszcza taką możliwość. Taki sojusz jest natomiast bardzo chętnie widziany na przykład przez Bronisława Komorowskiego czy panią Gronkiewicz-Waltz. Myślę, że PO podejdzie do tego pragmatycznie: jak się uda, to idziemy z PSL, jak się nie uda, to z SLD.
A PiS nadal z Samoobroną i LPR, czy też przystawki zostaną ostatecznie skonsumowane?
Nie zostały i dlaczego miałyby zostać? Ze strony PO słyszę nieraz taki zarzut: „Z nikim nie potrafią współpracować, wszystkich niszczą”. Czy ja mógłbym zrobić dla LPR coś więcej niż ich lidera mianować wicepremierem i ministrem ważnego resortu?
Sami się niszczą?
Nie mnie to teraz oceniać. Ale na pewno nikt nie może powiedzieć, że to my ich niszczymy.
Co się stanie z Janem Rokitą?
Wymaga pan ode mnie zdolności profetycznych, których nie mam. Mogę tylko powiedzieć, że nie rozumiem do końca postawy Jana Rokity. Człowiek tak mocno bity i upokarzany powinien w pewnym momencie zdecydować: wóz albo przewóz. Ale to oczywiście jego sprawa.
Ma pan jakieś propozycje dla Kazimierza Marcinkiewicza? Chciałby pan, żeby został w polityce?
To oczywiste, że zostanie. Jest przecież najpopularniejszym polskim politykiem. Na pewno dostanie jakąś propozycję rządową.
Minister spraw zagranicznych?
To nietrafione przypuszczenie, choćby dlatego że jestem bardzo zadowolony z minister Fotygi.
Minister skarbu?
Jest kilka możliwości, ale niekoniecznie ten resort, bo jestem zadowolony z pracy ministra Jasińskiego. Mogę powiedzieć tyle, że zaczynamy nowy przegląd resortów. Ocena ich pracy będzie być moe związana z weryfikacją składu rządu.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|