Janina Paradowska
publicystka „Polityki”
Jan Rokita popierając kandydaturę Ryszarda Terleckiego na prezydenta Krakowa, nie miał żadnego konkretnego planu politycznego. Rozgrywa po prostu swoją grę wewnątrz Platformy. Jego pozycja
wewnątrzpartyjna jest bardzo słaba, nie stoi nawet na czele klubu parlamentarnego. Nie chce tego Donald Tusk, który obawia się, że Rokita usunąłby go w cień, stając się twarzą
Platformy.
Wywołując konflikt w Platformie, Rokita stworzył wymarzoną sytaucję, żeby przeciwnicy PO uderzyli. Platforma została wzięta w dwa ognie. Z jednej strony PiS, z drugiej lewica toczą walkę o
centrum i miejsce po PO na scenie politycznej.
Napięcie w PO uaktywniło te partie. Każda z nich próbuje wykorzystać sytaucję, żeby Platformie dołożyć i jeszcze bardziej ją osłabić. Nie ma tu jednak żadnego konkretnego planu
politycznego. Braciom Kaczyńskim jest bardzo na rękę skłócona Platforma. Stąd dziwne zachowanie premiera, który zaprasza Rokitę do rządu, mimo że wcześniej nazwał go zbrodniarzem.
Skądinąd dla PiS byłoby to szansą na pozbycie się Giertycha, bo wraz z Rokitą przyszliby jeszcze jacyś inni parlamentarzyści PO. LPR zaś jest niewygodna, gdyż wypycha PiS za bardzo na
prawo. Z drugiej strony trudno traktować propozcyje premiera poważnie – bardzo często zmienia on zdanie. Może więc to tylko sprytna taktyka, żeby podzielić PO. Rozbijanie partii jest
główną metodą działania Prawa i Sprawiedliwości.
Mówiło się także o wspólnym froncie Rokity z Marcinkiewiczem. Do zrealizowania tego planu potrzebny był stołeczny Ratusz. Dlatego – wydaje mi się – Rokita trzymał kciuki
w wyścigu na prezydenta Warszawy za Marcinkiewicza. Jednak w obliczu zwycięstwa Gronkiewicz-Waltz plan połączenia sił Rokity i Marcinkiewicza upadł.
Wreszcie kolejny gracz sceny politycznej, czyli lewica. Celem lewicy jest oczywiście skomplikowanie sytuacji Platformy. Kiedy PO będzie miała kłopoty, wtedy Lewica i Demokraci będą mogli
budować swoją tożsamość. Przyłapanie więc Rokity na kłamstwie, kiedy lider PO najpierw publicznie zachwalał kandydata PiS na prezydenta Krakowa, a potem w kuluarach mówił, że nie nadaje
się on do rządzenia, jest dla lewicy bardzo korzystne.
Nie tylko osłabienie PO ucieszyłoby lewicę. Ich marzeniem byłaby sytaucja, w której PO ma poważne kłopoty albo zawiera sojusz z PiS. Wtedy zmarginalizowana Platforma zostawia całe centrum
sceny politycznej, które lewica może zacząć zagospodarowywać. Trudno jednak przewidzieć, jak się ta cała awantura skończy.
Tomasz Sakiewicz
redaktor naczelny „Gazety Polskiej”
Skoncentrowany na osobie Jana Rokity konflikt w PO rozgrywa się w dwóch obszarach – politycznym i, by tak rzec, osobowościowym. Jeśli chodzi o ten pierwszy obszar, PO znajduje się
teraz w trudnej sytuacji, w której to PiS zagospodarowało antykomunistyczną część sceny politycznej, czyli tę część, którą tworzą ludzie dążący do rozbicia układów zapoczątkowanych
jeszcze w czasach PRL. PO zatem, chcąc nie chcąc, musi przesuwać się w tę stronę sceny politycznej, która jest wobec zmian układów sceptyczna. Dla ludzi takich jak Jan Rokita ten nowy
kierunek PO to bardzo poważny problem – Rokita i jemu podobni szli przecież do polityki z wyraźnym zamiarem przeprowadzania zmian. Z tego powodu Rokita nie czuje się już w PO jak u
siebie.
Istnieje również osobowościowy, ludzki wymiar konfliktu. Jan Rokita jest politykiem wielkiego formatu. Ma spore ambicje, a tymczasem został odstawiony w kąt przez polityków gabinetowych,
którym brakuje charyzmy i osobowości – takich jak Tusk czy Schetyna. W tej sytuacji Rokita czuje się źle, bo widzi, że jego potencjał jest niewykorzystany. Chciałby działać, robić
coś istotnego, a przede wszystkim brać udział we władzy. Tego jednak nie przewidują plany polityczne Tuska i Schetyny na najbliższe kilka lat – oni wolą czekać, aż obecna koalicja
rządowa się rozleci i skompromituje.
Bardzo stresujący jest dla Rokity również sam sposób traktowania go przez Platformę. Musi się on bowiem godzić na najgorszą z możliwych ról – rolę drugoplanowego polityka w
partii opozycyjnej. Tymczasem ma on w PO sporą grupę zwolenników i obrońców. W „Sygnałach Dnia” Julia Pitera mówiła, że nie wyobraża sobie Platformy bez Jana Rokity.
Wielu członków parlamentarnego klubu PO uważa bowiem, tak jak i Rokita, że ich partia powinna być bliżej centrum i prawej strony, a w żadnym wypadku nie może przesuwać się ku SLD. Ci ludzie
są w tej kwestii tak zdeterminowani, że postawią na szali nawet swoje kariery polityczne, byle nie zgodzić się na sojusz z SLD. Dla nich ten sojusz to hańba – i w tym właśnie sensie
są oni ludźmi Rokity.
Natomiast dla postkomunistów ścisły sojusz z PO jest warunkiem przetrwania. Właśnie dlatego SLD tak bardzo chce, by Platforma pozbyła się Rokity. Ten polityk jest dziś największą
przeszkodą w kontaktach PO z SLD. Rokita jest bowiem sumieniem PO wciąż powtarzając, że posłowie Platformy nie po to szli do polityki, by teraz zawierać porozumienia z tymi, którzy tak
skandalicznie jeszcze niedawno rządzili Polską. Mówiąc obrazowo: Rokita trzyma teraz linę i ciągnie PO w kierunku centrum, zaś drugi koniec tej liny dzierżą Schetyna z Tuskiem, którym
zależy na fuzji PO z SLD.
Dorota Gawryluk
dziennikarka TVP
Platforma Obywatelska znajduje się w kryzysie i przesyła bardzo niedobre sygnały swojemu elektoratowi. Jan Rokita, jedna z najinteligentniejszych osób w tej partii, stał się nagle czarnym
ludem. Próba jego usunięcia z PO to rozgrywka platformowej lewicy.
Donald Tusk i jego otoczenie pragnie przesunięcia Platformy na lewo i bliższego przymierza z SLD i PD, nawet jeśli otwarcie się do tego nie przyznają. Dowodzą tego wypowiedzi nie tylko lidera
PO, ale także jego prawej ręki Grzegorza Schetyny, który nagle przypomniał sobie, że Rokita przegrał wybory w Krakowie. W ten sposób Schetyna sugeruje, iż to Rokita jest winny wszystkich
problemów PO i to on rozbija partię. Nagle w Platformie wyciąga się wszystkie błędy i pomyłki Rokity oraz pojawiają się zarzuty, że Rokita tak naprawdę nic nie osiągnął.
W sukurs idzie lewicowym platformersom oczywiście część LiD, który także pragnie takiej koalicji. Rokita stoi bowiem na drodze temu sojuszowi. To człowiek, który myśli o PO jako o partii,
która mogłaby utrzymać swoją silną pozycję jeszcze przez długi czas. Zdaje on sobie sprawę, że gdyby PO skręciła na lewo, jej przekaz by się rozmył, stałaby się tylko słabą
liberalną przybudówką lewicy, całkowicie przez nią zdominowaną. Wie, że PO drepcze w miejscu i nie ma pomysłu na swoje miejsce na scenie politycznej.
Sprawy zaszły już bardzo daleko. Rokita dobrze wyczuwa polityczne wiatry i zawsze odchodził z ugrupowań, którym groziła marginalizacja – podobnie miała się przecież sprawa z AWS.
Za Rokitą poszłaby część członków Platformy zorientowanych bardziej na prawo. Jednocześnie PiS chciałby przyciągnąć Rokitę do rządu, choć ten zgodziłby się prawdopodobnie jedynie pod
warunkiem objęcia stanowiska premiera. Wydaje się to bardzo trudne, ale moim zdaniem nie jest wykluczone. Premier Jarosław Kaczyński może ustąpić na rzecz Rokity, choć raczej nie zdarzy się
to w najbliższym czasie.
Obecny moment jest przełomowy dla polskiej sceny politycznej. Na dłuższą metę nie do przyjęcia jest bowiem sytuacja, w której po prawej stronie politycznej istnieją dwie silne partie, a
lewica pozostaje tak słaba. To etap przejściowy. PiS najprawdopodobniej utrzyma dominację na prawej stronie, natomiast przyszły kształt lewicy nie jest jeszcze jasny. Wiele zależy właśnie od
postawy PO i dalszych losów Jana Rokity.
Tomasz Lis
publicysta Polsatu
Jan Rokita nie raz i nie dwa padał ofiarą swego indywidualizmu i swej inteligencji, której siostrą jest w jego wypadku arogancja. Choć mam wrażenie, że akurat teraz mamy do czynienia z jego
całkowicie przemyślaną dezynwolturą. Tak czy owak, jeśli za chwilę Platforma Obywatelska okaże się dla niego za wąska, będzie to wskazywało bardziej na felery PO niż na wady Rokity.
W pewnym sensie Rokita osiągnął właśnie spory sukces. Znowu wszedł do politycznej gry i jest w centrum wydarzeń – wielka odmiana w zestawieniu z ostatnimi miesiącami, gdy otoczenie
Donalda Tuska i sam przewodniczący zrobili wiele, by sprowadzić go do roli komentatora politycznych wydarzeń. Tusk mógł uważać, że Rokita nie powinien zostać szefem parlamentarnego klubu PO,
ale jeśli tak było, należało to wprost powiedzieć. Tymczasem jak małego, niesfornego Jasia traktowano polityka, który kilka lat temu dzięki komisji śledczej badającej aferę Rywina
reanimował partię usychającą pod batutą Tuska – zero programu i zero pomysłu, jak przebić sufit w postaci 15-proc. sondażowego poparcia. Wdzięczność jest w polityce towarem
rzadkim, ale Rokita zasłużył przynajmniej na przyzwoitość. Jeśli więc poparł kandydata PiS na prezydenta Krakowa, to z pełną świadomością, że wywoła burzę, która być może zmyje go
z pokładu. Wolał jednak jasne rozstrzygnięcia niż dogorywanie na mieliźnie.
Dziś wszyscy mają problem z Rokitą. PO, bo szef tej partii nie lubi tych, którzy nie potrafią pełnić roli jego bezkrytycznych klakierów. PiS, bo Rokita w PO to dla Jarosława Kaczyńskiego
bariera na drodze do politycznego centrum. SLD, bo PO z Rokitą to przeszkoda na drodze do sojuszu lewicy z PO, który mógłby sprowadzić Platformę do dawnego KLD, a tym samym ułatwić ekspansję
centrolewu.
Rokita na marginesie? Cóż, był na nim po upadku rządu Hanny Suchockiej, był na nim w AWS, był na nim cztery lata temu po przegranych z kretesem wyborach prezydenta Krakowa. Dzięki Lwu Rywinowi
i sobie wyszedł z opresji. Pytanie, czy cud się powtórzy. Problem Rokity polega na tym, że jest za słaby, by zdominować jakąkolwiek strukturę, ale wystarczająco mocny, by każdemu liderowi
zafundować ból głowy. Powód? Jest świetnym, ale solistą. Nie ma swojej drużyny. Nie ma ani politycznych przyjaciół, ani wiernych pretorianów, egzekwuje dyscyplinę, ale nie umie generować
sympatii i tworzyć emocjonalnych więzi. Podobny polityk był w Wielkiej Brytanii i nazywał się Winston Churchill. Też uważano go za politycznego enfant terrible i pewnie pozostałby nim, gdyby
nie wojna. Cóż, wojna się na szczęście nie kroi, Rokita może więc takim enfant terrible pozostać. Mądrym, ale zawsze nieznośnym i niestrawnym dla tych, bez których sukcesu w polityce
odnieść nie można.