Dziennik Gazeta Prawana logo

"Czy stan wojenny był sexy?"

12 października 2007, 14:31
Ten tekst przeczytasz w 6 minut
W tych czasach zamętu i niepewności jedyną pozytywną i dającą przyjemne poczucie stabilizacji wiadomością jest (wynikła z kuluarów wyborów samorządowych i rozlegle kolportowana) informacja, że Adam Michnik nadal rządzi Polską.
Z takim przytupem miałem zamiar zacząć felietonowy taniec i krok po kroku, figura po figurze, parę ostatnich absurdów chciałem pokazać, ale traf chciał, że ledwo pierwszy gest zrobiłem, wpadł mi w ręce album fotografii Chrisa Niedenthala „13/12 Polska stanu wojennego (wydawnictwo Edipresse). Zacząłem rzecz przeglądać, na samym końcu trafiłem na fotografię stojącego nad grobem ojca Adama Michnika, który na dzień pogrzebu 24 sierpnia 1982 został wypuszczony z internatu; przyjrzałem się temu zdjęciu, jąłem studiować pozostałe i niesporo do tańczenia mi się zrobiło.

Bynajmniej nie dlatego, że jakaś spowodowana mistrzowskimi obrazami Niedenthala powaga czy żałoba mnie ogarnęła, że ciemne kadry z czasów stanu wojennego tragizm przywołały jeśli już, to raczej miałbym do autora uwagę (bo przecież nie pretensję) odwrotną: że za jednolicie ciemną jego książka ma tonację.

Odechciało mi się tańca, ponieważ magia zdjęć Chrisa Niedenthala, fakt, że jest on (niemal) moim rówieśnikiem, że fotografuje Polskę doskonale mi znaną, a widzi ją dokładniej i ostrzej, i czulej wszystko to niezmiennie wpędza mnie w silny dla tego artysty zachwyt. Zachwytowi temu nie pierwszy raz daję wyraz jakby powiedział marszałek Zych: „nie pierwszy raz mi staje. O wydanym dwa lata temu albumie „PRL Rekwizyty pisałem na kolanach, wspominam o tym nie dla rozpamiętywania zasług czy póz uwielbieńczych, wspominam o tym, ponieważ w przypadku Niedenthala, tak jak w przypadku każdego twórcy z prawdziwego zdarzenia, kolejne dzieło wynika z poprzedniego, kolejne dzieło uzupełnia poprzednie, kolejna książka z poprzednią musi być porównywana.
Nic nie ujmując mistrzostwu, wolę książkę poprzednią. Ma się rozumieć, nie znaczy to zdanie, że autor obniżył loty czy coś w tym rodzaju; jeśli już, to raczej odwrotnie: zdjęcia z czasów stanu wojennego to są z natury rzeczy wcześniejsze prace; większość fotografii w dwa lata temu wydanych „Rekwizytach to są z natury rzeczy prace późniejsze od teraz ogłoszonych itd. Niedenthal rozwija się prawidłowo jest coraz lepszy.

Kłopot, jaki mam z albumem „13/12, jest moim kłopotem, moją skazą i wynika z moich subiektywnych zarówno co do obrazu świata, jak i co do predyspozycji fotografika przeświadczeń. A jestem przeświadczony, że Niedenthal jest artystą adoracji nie męczeństwa, artystą pełnym wyrozumienia i współczucia dla świata nie beznamiętnym jego kronikarzem, piewcą ciepła nie lodu. Raczej groteska niż groza jest jego specjalnością, zwłaszcza groteska spod grozy przebijająca.

Oczywiście, są w „13/12 obrazy, które weszły do klasyki, stały się ikonami minionego stulecia, jak choćby sławne zdjęcie czołgu stojącego w grudniu 1981 pod kinem Moskwa, w którym akurat idzie „Czas apokalipsy. Nawiasem: jest to zdjęcie i w pierwszym albumie; teraz autor dał wersję ciemniejszą, z bardziej powiększonym czołgiem (podobnie na innym powtórzonym zdjęciu pociemniona została upiorna przydrożna plansza reklama tamtych czasów? z wizerunkiem auta Polonez). I o to pociemnienie, i zwłaszcza o to powiększenie czołgu mam pewną pretensję. Zbyt prosto rysuje się tu jakaś bo ja wiem? powinność obywatelska? Słuszność ideologiczna? Uległość historycznemu patosowi? Ach, broń Boże, nie idzie mi o jakieś z dystansu ćwierćwiecza łatwe do lekkomyślnego sformułowania tezy, że tamte czołgi były mniejsze niż się wydawało. Mniejsze nie były, ale większe też nie. Obowiązkiem realisty epika, który umie taki dać obraz świata, że widać w tym realizmie metafizyczną poświatę (Niedenthal spełnia te warunki), jest pamięć, że czołg ma zawsze ten sam rozmiar. Nie powiększa się on wbrew pozorom nawet w stanie wojennym. Jest wtedy lepiej widoczny, ale nie jest większy.

Czołgi, zomowcy, patrole, armatki wodne, demonstracje uliczne, puste sklepy, kilometrowe kolejki, krzyże ułożone z kwiatów na betonie albo na śniegu wszystkie te i liczne inne realia, i znaki stanu wojennego doskonale są na fotografiach uwiecznione. To jest obraz tamtych czasów taki, że mucha nie siada. Ale przecież dwa zupełne arcydzieła, dwie umieszczone w zbiorze nad-fotografie są takich rekwizytów pozbawione zupełnie. Co więcej, bohaterami tych obrazów są dzieci. Maluch w niebieskawych portkach patrzący przez okno szarego domu bunkra (wokół przeraźliwsza niż u Hoppera pustka), raczej na dodatek nie wie, że przygląda się rzeczywistości stanu wojennego efekt tym mocniejszy. Podobnie dwaj chłopcy czuwający gdzieś pod Lesznem nad przeniesioną do kuchni hodowlą kurczaków (wokół z kolei smutek jak u Makowskiego) też raczej nie mają pojęcia, że na dworze nie tylko mrozy trzaskają, ale i buciory zomowców tupoczą efekt piorunujący.

Nie mogę nawet napisać: szkoda, że takich pozornie bezinteresownych, a wymowniejszych obrazów Chris Niedenthal nie dał w książce więcej one są w „Rekwizytach. Może trzeba było stamtąd parę powiedzmy mniej jednoznacznie martyrologicznych zdjęć powtórzyć? A może odważyć się i dać te pozornie obrazoburcze? Nie zaglądałem, nie sprawdzałem, nie wiem; osobiście znam autora niezmiernie odlegle i oficjalnie ale przecież jestem pewien, że ma on w tekach prace pokazujące uciechy stanu wojennego, jego bale i karnawały, jego łąki i plaże, jego balangi i jasne strony godziny policyjnej. Nie domagam się na wszelki wypadek i takie zastrzeżenie czynię jakiejś towarzyskiej gloryfikacji tamtego czasu i pokazywania, jaka to sielanka była. To nie była sielanka, to był czas wojenny. Prawda wszakże tego czasu bywała powikłana. Tak bywa z każdym, specjalnie z intensywnym czasem.

W scenie matce filmu polskiego, w scenie palenia spirytusu w szklankach, co stają się zniczami, Zbigniew Cybulski odchyla głowę do tyłu i z zachwytem mówi, że mimo wszystko nigdy nie było tak fajnie, jak wtedy, gdy ginęli ci, pamięci których teraz spirytus płonie.

Nigdy nie było tak fajnie, jak w czasach zagłady? Nigdy nie było tak fajnie, jak w stanie wojennym? Pełna odpowiedź należy do odpowiadającego i być może zależy od tego kiedy, mniej lub bardziej fortunnie, jego młodość przypadała. W czasach pogardy mieliśmy z Niedenthalem koło trzydziestki i zapewne nie stać nas, by twierdzić, że nie była to epoka sexy. Ma się rozumieć, stan wojenny nie był tak sexy jak dzisiejsza Polska; trzydziestka nie jest tak sexy jak pięćdziesiątka, ale bywa. Nieraz powiedziałbym bardzo.

Stan wojenny był sexy nie tylko wiekuistą siłą zmysłów, której człowiekowi żaden ustrój ani stan wyjątkowy nie jest w stanie zabrać; był sexy siłą dzieciństwa, tych, co wtedy byli dziećmi; siłą młodości tych, co wtedy byli młodzi; był sexy siłą dojrzałości tych, co chcieli go przeżyć. Instynkt życia i równie desperacka co radosna siła przetrwania pozwala bowiem przetrzymać wszystko: i okupację, i PRL, i grozę stanu wojennego, i nawet pocieszność IV RP. Chris Niedenthal został przez Boga powołany do fotografowania tego instynktu i tej siły.






Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj