W 1960 roku wielki socjolog amerykański Daniel Bell opublikował sławną książkę „Koniec wieku ideologii”. Była to równocześnie diagnoza i prognoza. Bell uważał, że nadszedł już kres wielkich partii ideologicznych, które chciały zasadniczo zmieniać świat, że wszystkie poważne partie skupiły się wokół centrum, czy to nieco na lewo od centrum czy też nieco na prawo i że partie radykalne (prawicowe i lewicowe) nie będą już odgrywały istotnej roli w polityce. Bell natychmiast uzyskał wsparcie Raymonda Arona, wybitnego francuskiego socjologa i politologa, bliskiego prawicy i generała de Gaulle’a. Na ówczesnej scenie politycznej krajów demokratycznych istniała tylko jedna partia radykalna, czyli komuniści wspierani przez Moskwę. Jednak stopniowo ich siła słabła i obecnie praktycznie, jeżeli nawet gdzieś występują partie komunistyczne, to z dawnym stalinowskim komunizmem nie mają one nic wspólnego.
Dlaczego diagnoza i prognoza Bella okazała się trafna? Przede wszystkim z racji gospodarczych. Wszystkie kraje demokratyczne uznały, że gospodarka wolnorynkowa (w rozmaitych wariantach) stanowi najlepsze rozwiązanie. Ponadto wszystkie zaakceptowały podstawowy pakiet praw człowieka i wszystkie (znowu w rozmaitych wersjach) uznały opiekę społeczną za obowiązek państwa. I tak stopniowo partie radykalnej prawicy i radykalnej lewicy zniknęły w zachodniej Europie ze struktur władzy. Nie znaczy to, że zniknęły całkowicie. Istnieją we wszystkich krajach i czasem stanowią niemal humorystyczny margines, a czasem – ostatnio zwłaszcza z powodu problemów z imigrantami – pewną siłę, jednak nie są włączane do struktur władzy. Dzieje się tak nawet we Francji, gdzie partia Le Pena uzyskuje stosunkowo dobre wyniki wyborcze. Był jeden wyjątek, na który cały demokratyczny świat natychmiast negatywnie zareagował (może nawet przesadnie ostro), a mianowicie udział Partii Wolności Juergena Haidera w koalicji rządowej. Austriacy szybko wyciągnęli wnioski – obecnie powrót, mocno zresztą osłabionej, partii Haidera do rządu wydaje się bardzo mało prawdopodobny.

Demokracja eliminuje skrajności
Z czego wynika to ogólnoeuropejskie odrzucenie partii skrajnych? Po pierwsze, z doświadczenia okresu międzywojennego, kiedy to odgrywały one istotną i fatalną rolę. Po drugie, z demokratycznej „poprawności politycznej”, która nie dopuszcza żadnych form „mowy nienawiści”. I chociaż polityczna poprawność nie zawsze ma sens, to w tej kwestii ma go na pewno. I po trzecie wreszcie, schyłek radykałów wynika ze stabilnej sytuacji politycznej świata zachodniego, w którym naturalnie toczą się spory między partiami, spory na przykład o sens i kształt państwa opiekuńczego, o systemy podatkowe czy o alianse międzynarodowe, ale nie o samą demokrację i nie o jej – w gruncie rzeczy – liberalne podstawy w zakresie wolności indywidualnej. Dlatego Francis Fukuyama mógł napisać książkę „Koniec historii”, bo istotnie obecny system ustrojowy i system władzy wydaje się bardzo dobry i trudno sobie wyobrazić praktycznie lepszy, a narażony jest jedynie na zewnętrzne zagrożenia, nie zaś na wewnętrzne ze strony radykałów wszelkiej maści.
Dlatego też, czego w Polsce ciągle się do końca nie rozumie, udział Ligi Polskich Rodzin w strukturach władzy jest nieżyczliwie komentowany w krajach zachodnich. Polska, czy raczej Prawo i Sprawiedliwość, popełnia wykroczenie względem najważniejszego celu demokracji – a mianowicie jej stabilności i przewidywalności. Nie chodzi przede wszystkim o to, że LPR lub inne partie tego typu mogą narazić Polskę na „faszyzację” czy inne tego typu niebezpieczeństwa, bo to mało prawdopodobne, lecz o to, że niepisana międzynarodowa umowa świata demokratycznego opiera się na umiarkowaniu politycznym i zasadach przyjaźni między narodami, co nie znaczy naturalnie, że znikły wszystkie kwestie sporne. Spory jednak dotyczyć mogą i muszą konkurencji gospodarczej, ale nie kwestii ideologicznych czy moralnych. Kiedy w ostatnich wyborach prezydenckich w Ameryce kwestie moralne stały się pierwszoplanowe, wszyscy znani komentatorzy uznali to za poważne zagrożenie dla demokracji i już w ostatnich wyborach do Kongresu sytuacja uległa zmianie.

LPR straciła legitymizację
Chodzi przecież o to, by w demokracji można było zawierać kompromisy. Demokracja istnieje między innymi po to, żeby zawierać kompromisy, zamiast prowadzić wojny domowe. A z partiami radykalnymi kompromisów zawierać się nie da lub zawierać nie powinno. Dlatego sądzę, że po klęsce Ligi Polskich Rodzin w ostatnich wyborach samorządowych, pokazujących dojrzałość polskiego społeczeństwa, które generalnie odrzuciło partie radykalne (także „Samoobronę”, ta jednak nie ma obecnie tak wyraźnie radykalnego oblicza), nadszedł czas, by partia taka jak LPR została wyeliminowana ze struktur władzy. Uważam również, że byłoby to korzystne nie tylko dla samego Prawa i Sprawiedliwości, które uzyskałoby silniejszą legitymizację demokratyczną, ale także dla całej Polski, której zupełnie niepotrzebne są spory wewnętrzne czy też „zimne” wojny wewnętrzne wzniecane przez Romana Giertycha i LPR.
Nie jest to w żadnym sensie wezwanie do usunięcia LPR ze sceny politycznej. Dopóki partia ta uzyskuje taką liczbę głosów, która uprawnia ją do zasiadania w parlamencie – chociaż wszystko wskazuje na to, że w następnych wyborach już odpowiedniej liczby głosów nie uzyska – to zgodnie z regułami demokracji ma prawo do zasiadania w parlamencie, chociaż gdyby w Polsce wprowadzić zamiast ordynacji proporcjonalnej, ordynację większościowo-proporcjonalną, to LPR przepadłby z kretesem. Natomiast doprawdy nie powinien LPR uczestniczyć w strukturach władzy wykonawczej i premier Jarosław Kaczyński ma obecnie doskonałą okazję, by z tym skończyć.
Istnieją też dodatkowe argumenty przemawiające za jak najszybszym odsunięciem radykałów z LPR od udziału w rządzie,
o których jeszcze w Polsce nie myślimy, a należałoby już zacząć myśleć. Otóż na razie problem imigracji do Polski ludzi spoza cywilizacji zachodniej jest minimalny, ale to tylko początek. Nieuchronnie problem ten będzie narastał, gdyż inne europejskie kraje coraz ściślej zamykają swoje granice, a liczba ludzi z Azji i Afryki, którzy za wszelką cenę chcą dostać się do zachodniego „raju” będzie wzrastała. Spowoduje to nieuniknione napięcia społeczne – w takiej sytuacji w rządzie jest zupełnie niepotrzebna radykalna prawica, bo jej głos będzie tylko te napięcia zwiększał.

LPR i (nie)przyzwoitość
Wreszcie trzeba powiedzieć o czymś, co jest w znacznej mierze nieuchwytne, ale co jest podstawą wszelkiej dobrej polityki, bez względu na to, kto rządzi. Otóż istnieje pojęcie „przyzwoitości”, które oczywiście nie ma wymiaru prawnego ani konstytucyjnego, ale które odgrywa wielką rolę w demokracji. Kiedy we Francji zdarzyły się jawnie antysemickie wystąpienia, uznano to za nieprzyzwoitość. Kiedy rząd Niemiec porozumiewa się z Rosją poza naszymi plecami, uważamy to nie tylko za niebezpieczne, ale i za niezbyt przyzwoite. Obecność radykalnych partii politycznych w strukturach władzy jest także nieprzyzwoitością. Nie ma obecnie żadnej potrzeby narażać Polski na wewnętrzną nieprzyzwoitość. Wiem, że chodzi o większość parlamentarną, ale nie za wszelką cenę i to w dodatku, kiedy wiele ważnych dla Prawa i Sprawiedliwości spraw zostało już załatwionych. Byłoby zatem dobrze, gdybyśmy dbali o przestrzeganie przyzwoitości, której sam PiS, przyznaję to mimo mojego krytycznego stosunku do tej partii, w zasadzie nie przekracza.
Polacy ponadto mają zapewne już dość tego nieustannego spektaklu medialnego i tych nieustających awantur, których znaczną część powoduje czy sam Roman Giertych swoimi nieprzemyślanymi lub przemyślanymi, ale niemądrymi, posunięciami w swoim resorcie, czy też inni członkowie LPR. Czy nie jest po prostu głupotą mówienie, że Gombrowicza należy zastąpić Sienkiewiczem? Czy nie jest tak, że nauczyciele mogliby o tym decydować sami, zamiast przysłuchiwać się wywoływanym przez LPR edukacyjnym sporom, polemikom, które powodują marnowanie czasu wszystkich, od czytelników gazet i widzów telewizji po polityków i poważnych komentatorów? Czy zakaz wychodzenia w nocy na ulicę ludzi niepełnoletnich jest zgodny z jakimkolwiek sensownym pojmowaniem praw jednostki i po co nam ten kolejny ryzykowny i bezproduktywny spór? Otóż jestem przekonany, że obecność LPR w strukturach władzy po prostu powoduje liczne zbędne konflikty, które ugrupowaniu rządzącemu nie są do niczego potrzebne, a ogółowi społeczeństwa po prostu zawracają głowę (chociaż sprawy są często niepoważne). W kraju, który ma się nieźle gospodarczo, w którym zmniejsza się bezrobocie, nie ma ideologicznej racji bytu dla LPR w strukturach władzy. Najwyższy czas, by premier i jego partia zachowali się po męsku i pożegnali z kolegami z Ligi Polskich Rodzin.

Marcin Król, filozof i historyk idei, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, redaktor naczelny pisma „Res Publica Nowa”, felietonista „Tygodnika Powszechnego”, stały współpracownik „Dziennika”