"Tusk to na zewnątrz postać spięta, zestresowana, skoncentrowana na walce o przetrwanie. Eliminacja kolejnego rywala z pewnością wzmocni ten stereotyp" - pisze w DZIENNIKU Piotr Zaremba.
Donald Tusk i Jan Rokita uwielbiali przesiadywać nad szklaneczką whisky lub kieliszkiem wina i gawędzić. Często o historii – którą studiował Tusk, a
pasjonował się Rokita. Erudycyjnym popisom nie było końca. Tego dnia debatowali o takich momentach w dziejach rzymskiej republiki, w których trójka potężnych wodzów uzgadniała wspólne
rządy. Takie porozumienia nazywano triumwiratami. Nigdy nie trwały długo. Ze spółki Cezara, Pompejusza i Krassusa na placu boju został Cezar. Z koalicji Oktawiana, Antoniusza i Lepidusa
– Oktawian, który zyskał w końcu pozycję jedynowładcy.
Triumwiraty źle się kończyły – żartowali obaj panowie, autoironicznie prowokując się nawzajem, jak to ludzie inteligentni. Te żarty nie były przypadkowe. Platformą Obywatelską rządził triumwirat Tusk – Rokita – Gilowska. Na partyjnej konwencji Gilowska zwróciła się kiedyś do Tuska: „bracie”. Niedługo potem, na skutek błahego oskarżenia, zmuszono ją do odejścia z partii. Zostali Tusk z Rokitą. Ten ostatni – już osłabiony odejściem Gilowskiej, bliższej ideowo jemu niż zwartemu środowisku dawnych liberałów otaczających Tuska. A potem przyszły kolejne zdarzenia. Za wiedzą Tuska sekretarz generalny partii Grzegorz Schetyna poskreślał lub poprzesuwał na listach wyborczych ludzi Rokity.
Przeczołgiwanie Rokity
Mimo wszystko dziwne zjawisko pół symbiozy, pół rywalizacji między obydwoma liderami trwało nadal. Kończy się teraz nieprzyjemną groteską. Ważnym „politycznym” sygnałem mającym złamać Rokitę stało się wyrzucenie z pracy w klubie PO jego asystenta. Aby zdecydować o czymś tak przyziemnym, Tusk przeprowadził w Gdańsku całą naradę. Oczywiście jest możliwe, że Rokita zniecierpliwiony półrocznym „trzymaniem w lodówce” sam sprowokował to przesilenie. Jego finałem stało się jednak coś, co bliski mu polityk nazywa „przeczołgiwaniem”.
Gdy szukamy motywów tego „przeczołgiwania”, słyszymy od ludzi Platformy o dwóch możliwych scenariuszach. Pierwszy jest „zewnętrzny”, związany z wizerunkiem partii. Tusk chce mieć wolną rękę wobec lewicy. Zwłaszcza w obliczu kolejnych wyborów prezydenckich, którym podporządkował wszystko. Wierzy, że znajdzie się w drugiej turze z kandydatem PiS i – jak teraz Hannie Gronkiewicz-Waltz w Warszawie – będą mu potrzebne lewicowe głosy. Rokita, który już poprzednią kampanię Tuska recenzował jako zbyt nachyloną w lewo, może w ich zebraniu przeszkadzać. Zresztą nawet gdyby nie przeszkadzał, jest żywym symbolem porzucanej właśnie przez PO antykomunistycznej retoryki.
Drugi scenariusz, niesprzeczny zresztą z pierwszym, można nazwać „wewnętrznym”. Tusk uwierzył – głównie podczas starcia wyborczego z Kaczyńskimi w 2005 roku – że receptą na skuteczne uprawianie polityki jest ugrupowanie nieomal wodzowskie. Indywidualista Rokita, jedyny, który zachował – coraz bardziej prawem tradycji niż formalnych gwarancji – status współlidera – zawadza. Ta interpretacja ma dwie „podwersje”: soft i hard. W tej miękkiej Tusk to ofiara najbliższego otoczenia, „dworu”. Takich ludzi jak Grzegorz Schetyna, Mirosław Drzewiecki, Słamowir Nowak. – Wmawiają mu, że jest wielki i że powinien to pokazać, nie pobłażając Rokicie – opowiada dawny sztabowiec PO. W wersji twardej Tusk prowadzi systematyczną, rozłożoną na lata politykę eksterminacji kolejnych postaci, które wybiły się na platformerską niepodległość. Tnie po skrzydłach, a przyszłe potencjalne ofiary bywają sojusznikami w poprzednich łowach. Trach – i nie ma Olechowskiego! Bach – Płażyński zmuszony do odejścia. Bum – Gilowska leży! Na samym końcu trzeba armaty, a nie dwururki, żeby zapolować na najgrubszego zwierza, czyli Rokitę.
Nieufność Tuska
Ten rodzaj taktyki przypominałby metodę czystek personalnych stosowaną wobec otoczenia przez... Stalina. Nie zapędzajmy się jednak. To mógł być splot przypadków – zwłaszcza że wypadanie kolejnych postaci na zakrętach wiązało się przeważnie z kolejnymi wyborami strategii całej Platformy. Zresztą gdy spojrzymy na konflikty Tuska i Rokity przez pryzmat ludzki, nie zobaczymy wojny potwora z biedną ofiarą. I to nawet nie dlatego, że przewodniczący Platformy bywał doprowadzany do szewskiej pasji, gdy jego partner spóźniał się na spotkania o trzy godziny. Były poważniejsze powody do wzajemnej nieufności. Choćby sytuacja przed kongresem wiosną tego roku. Pojawiła się wówczas sugestia, że przeciw dotychczasowemu przywódcy stanie Bronisław Komorowski wsparty przez wracającego z brukselskiego wygnania Pawła Piskorskiego. Co robi Rokita? Napomyka, że sam może kandydować. Ale też chwali Piskorskiego, którego wcześniej najmocniej potępiał. Krążą plotki o ich porozumieniu – egzotycznym, zważywszy na biografie i poglądy – przeciw Tuskowi. Ostatecznie sprawa kończy się wymuszonym porozumieniem, a Piskorski wkrótce wylatuje z partii. Jednak czy Tusk zapomniał tę trudną dla niego chwilę? I czy te parę gestów Rokity za dużo to był bardziej akt samoobrony czy raczej samoistna gra ambicji?
Kłopoty z Dyziem
Tusk ma więcej kwalifikacji do prowadzenia Platformy niż Rokita. „On oddycha płucami partii” – powiedział kiedyś o szefie PO jeden z jego potencjalnych rywali. Umiał grzecznie i cierpliwie pozyskiwać ludzi. Nawet jego wady – zwłaszcza zwyczaj przytakiwania ostatniemu rozmówcy – mogły być w warunkach dużej, skomplikowanej partii zaletami. Na tym tle najeżdżający na ludzi z góry, zaskakujący partię samodzielnymi inicjatywami – jak wtedy, gdy proklamował nagle świętą wojnę z Samoobroną – Rokita wydawał się genialnym enfant terrible. Kłopotliwym swawolnym Dyziem z rękami w kieszeniach. Nawet gdy miał ważne motywy, nie umiał do nich przekonać. W zeszłym roku obraził się na Tuska za eliminację swoich ludzi z list, ale sztabowcy lidera PO potrafili to z łatwością przedstawić działaczom jako kaprys gwiazdora, ktry wolał nagły wyjazd do Anglii od żmudnej pomocy w kampanii.
To wszystko prawda – ale przecież rozważania o grzechach Rokity nie tłumaczą decyzji o jego wielomiesięcznym marginalizowaniu i wreszcie poniżeniu, skoro PO, jak wszystkie partie, cierpi na chroniczny kłopot krótkiej ławki. Gdy autor niniejszego tekstu spytał jednego z liderów, dlaczego Platforma upierała się przy kandydaturze Komorowskiego na marszałka Sejmu, wiedząc, jak to podrażni PiS, ten odpowiedział: „A ilu mamy ludzi, którzy się na taki urząd nadają?”. Przywódcom Powstania Warszawskiego zarzucano, że wysyłając na śmierć kwiat młodzieży, strzelają z brylantów. Tusk może przejść do historii jako partyjny lider, który, ot tak, mimochodem, wyrzuca brylant na śmietnik.
Jest zaś i inny, mniej personalny wymiar tego konfliktu. Tak naprawdę antypisowscy do białości Rokita i Tusk nie różnili się ostatnio – wyjąwszy feralny spór o Kraków – polityczną taktyką. Ale Rokita zaczął się różnić coraz bardziej od znacznej części swojej partii, w tym wielu członków dworu Tuska, poglądami. I tu nie chodzi o jakieś mityczne konserwatywne skrzydło. Antyaborcyjna Gronkiewicz-Waltz czy Komorowski z łatwością mogliby je markować. Chodzi o to, że pozostając w ostrym sporze z Kaczyńskimi, niedoszły premier z Krakowa przywiązywał wciąż ogromną wagę do programu naprawy państwa. Do pomysłów, które często wymagają starcia – z ludźmi dawnych służb specjalnych, patologicznymi układami, z korporacyjnymi interesami wielu środowisk. Także do własnej wizji polityki zagranicznej, sprzecznej ze stereotypami skrajnych euroentuzjastów. A Platforma od tego wszystkiego zaczęła się oddalać. – Wrobił nas w lustrację, w likwidację WSI, w hasło „Nicea albo śmierć” – te słowa jednego z ważnych polityków PO można by zadedykować Tuskowi, bo on też był za tym wszystkim, choć zwykle bardziej niż Rokita letnio...
Rokita na zakręcie
Czy ewentualna eliminacja Rokity odbierze Platformie część zwolenników przywiązanych właśnie do niego? Współtwórca strategii politycznej PiS bagatelizuje problem: – Decyduje tak naprawdę rywalizacja liderów, a nie jakieś skrzydła, niuanse. Tak jest dziś na całym świecie – mowi. Ale politolog Marek Migalski częściowo to prostuje: – W Polsce wciąż decydują oblicza kilku liderów tej samej partii występujących przed kamerami. Oni mogą się uzupełniać, a mogą sobie przeszkadzać. W PO długi czas mieliśmy do czynienia z tą pierwszą sytuacją. Teraz – z tą drugą.
Ważniejsze jest pytanie, jaka będzie twarz PO po zepchnięciu Rokity na boczny tor. W sensie ludzkim – będzie to twarz Tuska. To już nie jest polityk, o którym socjolog Ryszard Pieńkowski mówił na początku zeszłorocznej kampanii parlamentarnej: – Typ miłego faceta, którego każdy Polak chciałby mieć za sąsiada.
Dziś nie wiadomo, ile w nim zostało ducha koncyliacji. Na zewnątrz to postać spięta, zestresowana, skoncentrowana na walce o przetrwanie. Eliminacja kolejnego rywala z pewnością wzmocni ten stereotyp. Może wizerunkowo uzupełni go jowialny, bardziej wyluzowany Komorowski, o którym coraz częściej mówi się jako o przyszłym kandydacie PO na premiera. Tyle że i w wymiarze ideowym – poza mechanicznym zaprzeczaniem pisowskiemu rządowi – trudno przypisać dziś Tuskowi klarowne przesłanie. Takiemu liderowi i takiej partii może się przydarzyć porażka z centrolewicą – tu niebezpieczny jest nadmiar podobieństw. PO może też zostać wchłonięta przez większą układankę – może z Olejniczakiem, może z Kwaśniewskim, może z Olechowskim. W każdym z tych przypadków Tusk będzie się musiał co najmniej posunąć, tak jak dziś zręcznie przesuwa innych.
A Rokita? Dziś nie ma dla niego dobrego rozwiązania. Wykonuje gesty w różne strony, ale nie na jego miarę. Spotkał się z Maciejem Płażyńskim, emigrantem z szeregów PO, czeka go spotkanie z Kazimierzem Marcinkiewiczem, ale to za mało, by założył z nimi nową partię. Mówi odrobinę łagodniej o Kaczyńskim, ale to nie wystarczy, by te dwie nieznoszące sprzeciwu postaci mogły się zejść. I nadal powtarza, że chce pozostać w Platformie. Choć z coraz mniejszym przekonaniem.
Wypadnie mu chyba czekać na nową aferę Rywina...
Triumwiraty źle się kończyły – żartowali obaj panowie, autoironicznie prowokując się nawzajem, jak to ludzie inteligentni. Te żarty nie były przypadkowe. Platformą Obywatelską rządził triumwirat Tusk – Rokita – Gilowska. Na partyjnej konwencji Gilowska zwróciła się kiedyś do Tuska: „bracie”. Niedługo potem, na skutek błahego oskarżenia, zmuszono ją do odejścia z partii. Zostali Tusk z Rokitą. Ten ostatni – już osłabiony odejściem Gilowskiej, bliższej ideowo jemu niż zwartemu środowisku dawnych liberałów otaczających Tuska. A potem przyszły kolejne zdarzenia. Za wiedzą Tuska sekretarz generalny partii Grzegorz Schetyna poskreślał lub poprzesuwał na listach wyborczych ludzi Rokity.
Przeczołgiwanie Rokity
Mimo wszystko dziwne zjawisko pół symbiozy, pół rywalizacji między obydwoma liderami trwało nadal. Kończy się teraz nieprzyjemną groteską. Ważnym „politycznym” sygnałem mającym złamać Rokitę stało się wyrzucenie z pracy w klubie PO jego asystenta. Aby zdecydować o czymś tak przyziemnym, Tusk przeprowadził w Gdańsku całą naradę. Oczywiście jest możliwe, że Rokita zniecierpliwiony półrocznym „trzymaniem w lodówce” sam sprowokował to przesilenie. Jego finałem stało się jednak coś, co bliski mu polityk nazywa „przeczołgiwaniem”.
Gdy szukamy motywów tego „przeczołgiwania”, słyszymy od ludzi Platformy o dwóch możliwych scenariuszach. Pierwszy jest „zewnętrzny”, związany z wizerunkiem partii. Tusk chce mieć wolną rękę wobec lewicy. Zwłaszcza w obliczu kolejnych wyborów prezydenckich, którym podporządkował wszystko. Wierzy, że znajdzie się w drugiej turze z kandydatem PiS i – jak teraz Hannie Gronkiewicz-Waltz w Warszawie – będą mu potrzebne lewicowe głosy. Rokita, który już poprzednią kampanię Tuska recenzował jako zbyt nachyloną w lewo, może w ich zebraniu przeszkadzać. Zresztą nawet gdyby nie przeszkadzał, jest żywym symbolem porzucanej właśnie przez PO antykomunistycznej retoryki.
Drugi scenariusz, niesprzeczny zresztą z pierwszym, można nazwać „wewnętrznym”. Tusk uwierzył – głównie podczas starcia wyborczego z Kaczyńskimi w 2005 roku – że receptą na skuteczne uprawianie polityki jest ugrupowanie nieomal wodzowskie. Indywidualista Rokita, jedyny, który zachował – coraz bardziej prawem tradycji niż formalnych gwarancji – status współlidera – zawadza. Ta interpretacja ma dwie „podwersje”: soft i hard. W tej miękkiej Tusk to ofiara najbliższego otoczenia, „dworu”. Takich ludzi jak Grzegorz Schetyna, Mirosław Drzewiecki, Słamowir Nowak. – Wmawiają mu, że jest wielki i że powinien to pokazać, nie pobłażając Rokicie – opowiada dawny sztabowiec PO. W wersji twardej Tusk prowadzi systematyczną, rozłożoną na lata politykę eksterminacji kolejnych postaci, które wybiły się na platformerską niepodległość. Tnie po skrzydłach, a przyszłe potencjalne ofiary bywają sojusznikami w poprzednich łowach. Trach – i nie ma Olechowskiego! Bach – Płażyński zmuszony do odejścia. Bum – Gilowska leży! Na samym końcu trzeba armaty, a nie dwururki, żeby zapolować na najgrubszego zwierza, czyli Rokitę.
Nieufność Tuska
Ten rodzaj taktyki przypominałby metodę czystek personalnych stosowaną wobec otoczenia przez... Stalina. Nie zapędzajmy się jednak. To mógł być splot przypadków – zwłaszcza że wypadanie kolejnych postaci na zakrętach wiązało się przeważnie z kolejnymi wyborami strategii całej Platformy. Zresztą gdy spojrzymy na konflikty Tuska i Rokity przez pryzmat ludzki, nie zobaczymy wojny potwora z biedną ofiarą. I to nawet nie dlatego, że przewodniczący Platformy bywał doprowadzany do szewskiej pasji, gdy jego partner spóźniał się na spotkania o trzy godziny. Były poważniejsze powody do wzajemnej nieufności. Choćby sytuacja przed kongresem wiosną tego roku. Pojawiła się wówczas sugestia, że przeciw dotychczasowemu przywódcy stanie Bronisław Komorowski wsparty przez wracającego z brukselskiego wygnania Pawła Piskorskiego. Co robi Rokita? Napomyka, że sam może kandydować. Ale też chwali Piskorskiego, którego wcześniej najmocniej potępiał. Krążą plotki o ich porozumieniu – egzotycznym, zważywszy na biografie i poglądy – przeciw Tuskowi. Ostatecznie sprawa kończy się wymuszonym porozumieniem, a Piskorski wkrótce wylatuje z partii. Jednak czy Tusk zapomniał tę trudną dla niego chwilę? I czy te parę gestów Rokity za dużo to był bardziej akt samoobrony czy raczej samoistna gra ambicji?
Kłopoty z Dyziem
Tusk ma więcej kwalifikacji do prowadzenia Platformy niż Rokita. „On oddycha płucami partii” – powiedział kiedyś o szefie PO jeden z jego potencjalnych rywali. Umiał grzecznie i cierpliwie pozyskiwać ludzi. Nawet jego wady – zwłaszcza zwyczaj przytakiwania ostatniemu rozmówcy – mogły być w warunkach dużej, skomplikowanej partii zaletami. Na tym tle najeżdżający na ludzi z góry, zaskakujący partię samodzielnymi inicjatywami – jak wtedy, gdy proklamował nagle świętą wojnę z Samoobroną – Rokita wydawał się genialnym enfant terrible. Kłopotliwym swawolnym Dyziem z rękami w kieszeniach. Nawet gdy miał ważne motywy, nie umiał do nich przekonać. W zeszłym roku obraził się na Tuska za eliminację swoich ludzi z list, ale sztabowcy lidera PO potrafili to z łatwością przedstawić działaczom jako kaprys gwiazdora, ktry wolał nagły wyjazd do Anglii od żmudnej pomocy w kampanii.
To wszystko prawda – ale przecież rozważania o grzechach Rokity nie tłumaczą decyzji o jego wielomiesięcznym marginalizowaniu i wreszcie poniżeniu, skoro PO, jak wszystkie partie, cierpi na chroniczny kłopot krótkiej ławki. Gdy autor niniejszego tekstu spytał jednego z liderów, dlaczego Platforma upierała się przy kandydaturze Komorowskiego na marszałka Sejmu, wiedząc, jak to podrażni PiS, ten odpowiedział: „A ilu mamy ludzi, którzy się na taki urząd nadają?”. Przywódcom Powstania Warszawskiego zarzucano, że wysyłając na śmierć kwiat młodzieży, strzelają z brylantów. Tusk może przejść do historii jako partyjny lider, który, ot tak, mimochodem, wyrzuca brylant na śmietnik.
Jest zaś i inny, mniej personalny wymiar tego konfliktu. Tak naprawdę antypisowscy do białości Rokita i Tusk nie różnili się ostatnio – wyjąwszy feralny spór o Kraków – polityczną taktyką. Ale Rokita zaczął się różnić coraz bardziej od znacznej części swojej partii, w tym wielu członków dworu Tuska, poglądami. I tu nie chodzi o jakieś mityczne konserwatywne skrzydło. Antyaborcyjna Gronkiewicz-Waltz czy Komorowski z łatwością mogliby je markować. Chodzi o to, że pozostając w ostrym sporze z Kaczyńskimi, niedoszły premier z Krakowa przywiązywał wciąż ogromną wagę do programu naprawy państwa. Do pomysłów, które często wymagają starcia – z ludźmi dawnych służb specjalnych, patologicznymi układami, z korporacyjnymi interesami wielu środowisk. Także do własnej wizji polityki zagranicznej, sprzecznej ze stereotypami skrajnych euroentuzjastów. A Platforma od tego wszystkiego zaczęła się oddalać. – Wrobił nas w lustrację, w likwidację WSI, w hasło „Nicea albo śmierć” – te słowa jednego z ważnych polityków PO można by zadedykować Tuskowi, bo on też był za tym wszystkim, choć zwykle bardziej niż Rokita letnio...
Rokita na zakręcie
Czy ewentualna eliminacja Rokity odbierze Platformie część zwolenników przywiązanych właśnie do niego? Współtwórca strategii politycznej PiS bagatelizuje problem: – Decyduje tak naprawdę rywalizacja liderów, a nie jakieś skrzydła, niuanse. Tak jest dziś na całym świecie – mowi. Ale politolog Marek Migalski częściowo to prostuje: – W Polsce wciąż decydują oblicza kilku liderów tej samej partii występujących przed kamerami. Oni mogą się uzupełniać, a mogą sobie przeszkadzać. W PO długi czas mieliśmy do czynienia z tą pierwszą sytuacją. Teraz – z tą drugą.
Ważniejsze jest pytanie, jaka będzie twarz PO po zepchnięciu Rokity na boczny tor. W sensie ludzkim – będzie to twarz Tuska. To już nie jest polityk, o którym socjolog Ryszard Pieńkowski mówił na początku zeszłorocznej kampanii parlamentarnej: – Typ miłego faceta, którego każdy Polak chciałby mieć za sąsiada.
Dziś nie wiadomo, ile w nim zostało ducha koncyliacji. Na zewnątrz to postać spięta, zestresowana, skoncentrowana na walce o przetrwanie. Eliminacja kolejnego rywala z pewnością wzmocni ten stereotyp. Może wizerunkowo uzupełni go jowialny, bardziej wyluzowany Komorowski, o którym coraz częściej mówi się jako o przyszłym kandydacie PO na premiera. Tyle że i w wymiarze ideowym – poza mechanicznym zaprzeczaniem pisowskiemu rządowi – trudno przypisać dziś Tuskowi klarowne przesłanie. Takiemu liderowi i takiej partii może się przydarzyć porażka z centrolewicą – tu niebezpieczny jest nadmiar podobieństw. PO może też zostać wchłonięta przez większą układankę – może z Olejniczakiem, może z Kwaśniewskim, może z Olechowskim. W każdym z tych przypadków Tusk będzie się musiał co najmniej posunąć, tak jak dziś zręcznie przesuwa innych.
A Rokita? Dziś nie ma dla niego dobrego rozwiązania. Wykonuje gesty w różne strony, ale nie na jego miarę. Spotkał się z Maciejem Płażyńskim, emigrantem z szeregów PO, czeka go spotkanie z Kazimierzem Marcinkiewiczem, ale to za mało, by założył z nimi nową partię. Mówi odrobinę łagodniej o Kaczyńskim, ale to nie wystarczy, by te dwie nieznoszące sprzeciwu postaci mogły się zejść. I nadal powtarza, że chce pozostać w Platformie. Choć z coraz mniejszym przekonaniem.
Wypadnie mu chyba czekać na nową aferę Rywina...
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|