Dla Rosji wariantem idealnym byłaby Białoruś bez Łukaszenki, za to z pozytywnie nastawioną do Moskwy nomenklaturą, która bez protestów wpuszczałaby rosyjski kapitał do podstawowych gałęzi gospodarki - pisze w DZIENNIKU białoruski politolog Jarosław Romańczuk.
Białorusko-rosyjskie referendum konstytucyjne powołujące państwo związkowe w 2007 r., wspólna polityka obronna, wpólny budżet, cena gazu dla Białorusi podniesiona
do 140 dolarów za 1000 m sześc., no i oczywiście dopuszczenie rosyjskich firm na białoruski rynek – to tylko niektóre z warunków, które wczoraj Rosja postawiła Aleksandrowi
Łukaszence.
Opublikowany w gazecie „Wriemia” w czwartek wywiad z rosyjskim ambasadorem na Białorusi Aleksandrem Surikowem wywołał z Mińsku szok. Niewiele osób spodziewało się tak jasnego postawienia sprawy, chociaż wiele wskazywało, że Moskwa ma już dość niepokornego „białoruskiego baćki”. Najwyraźniej rozpoczął się ostatni etap gry między Putinem a Łukaszenką. Białoruski prezydent na razie milczy, czasu na odpowiedź ma jednak niewiele.
Zaciskanie się pętli
Aleksandrowi Łukaszence powoli puszczają nerwy. Podobno krzyczy na swoich współpracowników i w ogóle zachowywuje się coraz bardziej nerwowo. Nic dziwnego, nieusuwalny dotąd prezydent walczy o przetrwanie. Wymienione przez rosyjskiego ambasadora punkty, nawet jeżeli potraktować je jako warunki wstępne mających się rozpocząć twardych negocjacji, pokazują, że Moskwa nie żartuje. Skończyły się propozycje: tanie surowce w zamian za dostęp do białoruskich rurociągów i przetwórni. Teraz Kreml chce i jednego, i drugiego. Co więcej, uważa, że 80 proc. zysków pochodzących ze sprzedaży przetworzonych w białoruskich zakładach rosyjskich surowców powinno lądować w rosyjskim budżecie. To zaś oznacza 15-procentowy spadek przewidzianych już na przyszły rok dochodów białoruskiego państwa. Białoruska mucha żerująca na rosyjskim kotlecie – jak to kiedyś barwnie określił Putin – wkrótce znajdzie się w ekonomicznej pułapce.
Moskwie trudno się dziwić. Na dotychczasowej dwustronnej współpracy Łukaszenka korzystał dużo, a dawał stosunkowo mało. W dodatku sojusz z „ostatnim europejskim dyktatorem” zaczynał być dla Kremla kompromitujący. Oczywiście, dzięki niemu Rosja ma bezpłatne bazy wojskowe pod Baranowiczami i praktycznie wspólną politykę obronną, ale w sprawach gospodarczych obecny bialoruski prezydent broni swoich interesów jak niepodległości.
Dla Rosji wariantem idealnym byłaby więc Białoruś bez Łukasznki, za to z pozytywnie nastawioną do Moskwy nomenklaturą, która bez protestów wpuszczałaby rosyjski kapitał do podstawowych gałęzi białoruskiej gospodarki. Problem w tym, że białoruska nomenklatura popiera Łukaszenkę właśnie dlatego, że prezydent pozwala jej działać w praktycznie bezkonkurencyjnej przestrzeni. W dodatku naciskany teraz przez Moskwę białoruski prezydent kupuje przychylność otoczenia dodatkowymi koncesjami. Po co go w tej sytuacji zdradzać? Nomenklaturę Łukaszenka ma więc za sobą. Pozostaje jeszcze opozycja.
Przez długi czas przez Moskwę ignorowana, w ostatnim roku stała się jednym z narzędzi walki z niechcianym sojusznikiem, podmiotem, w którym Kreml upatrywał alternatywnego rozwiązania wobec Łukaszenki. Właśnie w tych kategoriach należy oceniać ostatnie rozmowy w
Rydze między niedawnym opozycyjnym kandydatem na prezydenta Białorusi Alaksandrem Milinkiewiczem a Siergiejem Karaganowem, ekspertem związanym z Kremlem. Nie było to zresztą pierwsze spotkanie. Podobne rozmowy odbywały się w Moskwie przed marcowymi wyborami prezydenckimi. Sam w nich uczestniczyłem i dlatego nie przywiązuję wielkiej wagi do ich politycznego znaczenia. Karaganow zdaje sobie doskonale sprawę ze słabnącej pozycji Milinkiewicza – z tego, że przestał być liderem całego obozu opozycyjnego. Spotkanie z nim było więc przed wszystkim jeszcze jedną okazją, by postraszyć obecnego prezydenta.
Te zabiegi wydają się o tyle nieskuteczne, że z ich charakteru oraz ze słabości białoruskiej opozycji świetnie zdaje sobie sprawę prezydent Białorusi. Gdyby było inaczej, Milinkiewicz dawno wylądowałby za kratkami wzorem innych polityków, których Łukaszenka uznał za poważnych przeciwników. Tymczasem władze nękają go co prawda absurdalnymi oskarżeniami i dochodzeniami, ale zamykać najwyraźniej nie mają zamiaru mimo jego spotkań z wysłannikami Kremla.
Słabość opozycji
Kontrkandydatem dla Łukaszenki nie jest także siedzący obecnie w więzieniu Alaksander Kazulin. Wbrew krążącym po Białorusi pogłoskom zabrakło mu poparcia Moskwy. Nie można wykluczyć, iż kremlowscy stratedzy wykorzystali go tylko do osłabienia pozycji Łukaszenki przed wyborami prezydenckimi. Łukaszenka się zdenerwował i na wszelki wypadek rywala zamknął. Najwyraźniej zaś „projekt Kazulin” nie był przyszłościowy, skoro nikt go przed tym uwięzieniem nie uchronił.
Słabość białoruskiej opozycji jest jedną z przyczyn sukcesów Łukaszenki. Tym bardziej że połączeni wyborami prezydenckimi opozycyjni działacze znowu zaczynają się dzielić. Milinkiewicz usiłuje skupić wokół siebie ludzi o prozachodnich zapatrywaniach. Z kolei przywódca lewego skrzydła Siarhiej Kaliakin jest co prawda popularny na lewicy, ale na przewodzenie
całej opozycji nie ma szans. W tej sytuacji Rosjanie mogą spotykać się z poszczególnymi liderami, jednak inwestować w białoruską opozycję raczej nie zamierzają. Także z powodu prozachodnich przekonań jej części.
Ostatnie wydarzenia zdają się potwierdzać, że Moskwa szykuje całkiem inny scenariusz. Alternatywnego wobec Łukaszenki przywódcę chce znaleźć w białoruskim świecie biznesu. W końcu wielu przedsiębiorców na Białorusi utrzymuje bardzo bliskie kontakty z Rosją. Nie można wykluczyć, iż nowa polityka energetyczna wobec Mińska ma na celu sprawdzenie, który z nich, czerpiąc z nowych układów osobiste zyski, będzie chciał ściśle współpracować z Kremlem. Pojawienie się takiego lidera właśnie w środowiskach gospodarczych wydaje się dużo bardziej prawdopodobne niż znalezienie kogoś w obecnych strukturach rządowych czy w opozycji.
Prezydent zdaje sobie z tego sprawę i najprawdopdobniej dlatego tak stanowczo broni się przed oddaniem Rosjanom 50 proc. udziału w Biełtrasgazie, i dlatego też Krem tak stanowczo się tego domaga.
Cena Zachodu
Przedstawione ustami rosyjskiego ambasadora twarde warunki ponownie zwiększyły szanse Białorusi w Unii Europejskiej. Przypomnijmy: Bruksela zaproponowała Mińskowi daleko idącą pomoc pod warunkiem demokratyzacji kraju, czyli przywrócenia wolności mediów, zaprzestania
szykanowania opozycji i organizacji pozarządowych, wypuszczenia więźniów politycznych. Klasyczna metoda kija i marchewki w pierwszym momencie nie podziałała. Łukaszenka najwyraźniej nie był psychicznie zdolny do zaakceptowania warunków, które pozowoliłyby oficjalnie wrócić na scenę polityczną jego przeciwnikom, dopuszczałyby publiczną krytykę dotychczas nietykalnego „baćki”. Cena, jaką Zachód wyznaczył za swoją pomoc, okazała się zbyt wysoka. Przynajmniej do wczoraj, czyli do opublikowania rosyjskich warunków. Teraz sytuacja się zmieniła. Przyjęcie europejskich propozycji musi oczywiście prowadzić do demokratyzacji Białorusi, co w efekcie skończy się odejściem wszechmocnego prezydenta, ale będzie to proces długotrwały. Zaakceptowanie rosyjskich warunków kończy karierę Łukaszenki niemal natychmiast.
Białoruski prezydent od pewnego czasu rozpaczliwie szukał alternatywnych wobec Rosji partnerów, którzy nie zagrażaliby jego autorytarnej władzy. Rozpoczęto intensywne przygotowania do budowy elektrowni atomowej. Trwają rozmowy o sprowadzaniu surowców
energetycznych z Wenezueli, Azerbejdżanu, Iranu. Problem w tym, że wszystkie te projekty są równie realne jak szybkie zrobienie z Aleksandra Milinkiewicza następcy Łukaszenki. Elektrowania atomowa, abstrahując od tego, że będzie kosztowała ok. 4 miliardów dolarów,
powstanie najwcześniej za siedem lat, a wtedy Łukaszenki u władzy już raczej nie będzie. Czyli jest to rodzaj planu kolejnej pięciolatki przyjmowanego przez Gorbaczowa tuż przed rozpadem ZSRR.
Podobnie z przetwórstwem wenezuelskiej ropy, teoretycznie możliwej, tyle że najpierw trzeba by zainwestować weń setki milionów dolarów, których Łukaszanka w budżecie nie ma. Sprzedaż broni do Iranu sytuacji nie uratuje.
Białoruski prezydent miota się więc między Wenezuelą, Azerbejdżanem, Iranem i Chinami, dając dowód, że tak naprawdę nie ma żadnej spójnej koncepcji ratowania swojej pozycji. Chyba że do jej wypracowania zmusi go twarda postawa Rosji.
Możliwe scenariusze
Właściwie należałoby poczekać na reakcję Łukaszenki na rosyjskie ultimatum. Nie można jednak wykluczyć, że Kreml przelicytował i białoruski prezydent uzna, iż najmniej dla niego szkodliwa jest zgoda na podniesienie cen surowców energetycznych. Pytanie, czy będzie się starał sprostać nadchodzącym wyzwaniom sam, czy jednak przyjmie pomoc UE. Drugi wariant byłby dla Białorusi najkorzystniejszy, może się jednak okazać, że Łukaszenka po prostu nie jest psychicznie zdolny do dobrowolnego odstąpienia od części swych uprawnień.
W tej sytuacji pozostaje wariant pierwszy, czyli zachowanie pełni władzy i samotne próby zaradzenia kłopotom. Dla białoruskiej energochłonnej gospodarki oraz korzystającego z wpływów ze sprzedaży ropy i gazu budżetu drastyczne podwyższenie cen surowców będzie szokiem, ale bez skutków natychmiastowych. Nadchodzący rok Białoruś jakoś przeżyje, korzystając z nagromadzonych zapasów. Decydujący okaże się następny. Nie można wykluczyć, że już w 2008 r. Białorusini będą mieli nowego prezydenta. Raczej nie zostanie nim żaden z obecnych liderów opozycji. Być może zjawi się jakaś nowa, trzecia siła. Oczywiście zawsze istnieje prawdopodobieństwo, że ewentulane niepokoje wywołane ekonomicznym kryzysem doprowadzą do chaosu, w opanowaniu którego pomoże Rosja. Ten scenariusz wydaje się jednak mało realny, tym bardziej że białoruska nomenklatura i przedsiębiorcy wcale sobie rosyjskiej zwierzchności nie życzą.
Jest zresztą bardzo prawdopodobne, iż normalne, czyli światowe, ceny rosyjskich surowców energetycznych doprowadzą po prostu do demokratyzacji państwa. Białoruś z obecnego skansenu zmieni się w normalny kraj z normalnym, demokratycznie wybranym przywódcą, mający równie dobre stosunki z Rosją, co z Unią Europejską i pewnie w konsekwencji dążący na Zachód.
W tej sytuacji najmniej szczęśliwym scenariuszem byłaby zgoda Łukaszanki na oddanie Rosjanom kontroli nad białoruskimi przedsiębiorstwami w zamian za niskie ceny surowców. Jak już jednak wspomniałem wcześniej, wiele wskazuje na to, że, proponując obecne twarde warunki, Rosjanie przelicytowali. Stawiając Łukaszenkę pod ścianą, uświadomili białoruskiemu dyktatorowi, że dla niego samego byłby to ślepy zaułek. Jarosław Romańczuk, ekonomista i politolog, szef niezależnego Centrum Analitycznego „Strategia” w Mińsku
Opublikowany w gazecie „Wriemia” w czwartek wywiad z rosyjskim ambasadorem na Białorusi Aleksandrem Surikowem wywołał z Mińsku szok. Niewiele osób spodziewało się tak jasnego postawienia sprawy, chociaż wiele wskazywało, że Moskwa ma już dość niepokornego „białoruskiego baćki”. Najwyraźniej rozpoczął się ostatni etap gry między Putinem a Łukaszenką. Białoruski prezydent na razie milczy, czasu na odpowiedź ma jednak niewiele.
Zaciskanie się pętli
Aleksandrowi Łukaszence powoli puszczają nerwy. Podobno krzyczy na swoich współpracowników i w ogóle zachowywuje się coraz bardziej nerwowo. Nic dziwnego, nieusuwalny dotąd prezydent walczy o przetrwanie. Wymienione przez rosyjskiego ambasadora punkty, nawet jeżeli potraktować je jako warunki wstępne mających się rozpocząć twardych negocjacji, pokazują, że Moskwa nie żartuje. Skończyły się propozycje: tanie surowce w zamian za dostęp do białoruskich rurociągów i przetwórni. Teraz Kreml chce i jednego, i drugiego. Co więcej, uważa, że 80 proc. zysków pochodzących ze sprzedaży przetworzonych w białoruskich zakładach rosyjskich surowców powinno lądować w rosyjskim budżecie. To zaś oznacza 15-procentowy spadek przewidzianych już na przyszły rok dochodów białoruskiego państwa. Białoruska mucha żerująca na rosyjskim kotlecie – jak to kiedyś barwnie określił Putin – wkrótce znajdzie się w ekonomicznej pułapce.
Moskwie trudno się dziwić. Na dotychczasowej dwustronnej współpracy Łukaszenka korzystał dużo, a dawał stosunkowo mało. W dodatku sojusz z „ostatnim europejskim dyktatorem” zaczynał być dla Kremla kompromitujący. Oczywiście, dzięki niemu Rosja ma bezpłatne bazy wojskowe pod Baranowiczami i praktycznie wspólną politykę obronną, ale w sprawach gospodarczych obecny bialoruski prezydent broni swoich interesów jak niepodległości.
Dla Rosji wariantem idealnym byłaby więc Białoruś bez Łukasznki, za to z pozytywnie nastawioną do Moskwy nomenklaturą, która bez protestów wpuszczałaby rosyjski kapitał do podstawowych gałęzi białoruskiej gospodarki. Problem w tym, że białoruska nomenklatura popiera Łukaszenkę właśnie dlatego, że prezydent pozwala jej działać w praktycznie bezkonkurencyjnej przestrzeni. W dodatku naciskany teraz przez Moskwę białoruski prezydent kupuje przychylność otoczenia dodatkowymi koncesjami. Po co go w tej sytuacji zdradzać? Nomenklaturę Łukaszenka ma więc za sobą. Pozostaje jeszcze opozycja.
Przez długi czas przez Moskwę ignorowana, w ostatnim roku stała się jednym z narzędzi walki z niechcianym sojusznikiem, podmiotem, w którym Kreml upatrywał alternatywnego rozwiązania wobec Łukaszenki. Właśnie w tych kategoriach należy oceniać ostatnie rozmowy w
Rydze między niedawnym opozycyjnym kandydatem na prezydenta Białorusi Alaksandrem Milinkiewiczem a Siergiejem Karaganowem, ekspertem związanym z Kremlem. Nie było to zresztą pierwsze spotkanie. Podobne rozmowy odbywały się w Moskwie przed marcowymi wyborami prezydenckimi. Sam w nich uczestniczyłem i dlatego nie przywiązuję wielkiej wagi do ich politycznego znaczenia. Karaganow zdaje sobie doskonale sprawę ze słabnącej pozycji Milinkiewicza – z tego, że przestał być liderem całego obozu opozycyjnego. Spotkanie z nim było więc przed wszystkim jeszcze jedną okazją, by postraszyć obecnego prezydenta.
Te zabiegi wydają się o tyle nieskuteczne, że z ich charakteru oraz ze słabości białoruskiej opozycji świetnie zdaje sobie sprawę prezydent Białorusi. Gdyby było inaczej, Milinkiewicz dawno wylądowałby za kratkami wzorem innych polityków, których Łukaszenka uznał za poważnych przeciwników. Tymczasem władze nękają go co prawda absurdalnymi oskarżeniami i dochodzeniami, ale zamykać najwyraźniej nie mają zamiaru mimo jego spotkań z wysłannikami Kremla.
Słabość opozycji
Kontrkandydatem dla Łukaszenki nie jest także siedzący obecnie w więzieniu Alaksander Kazulin. Wbrew krążącym po Białorusi pogłoskom zabrakło mu poparcia Moskwy. Nie można wykluczyć, iż kremlowscy stratedzy wykorzystali go tylko do osłabienia pozycji Łukaszenki przed wyborami prezydenckimi. Łukaszenka się zdenerwował i na wszelki wypadek rywala zamknął. Najwyraźniej zaś „projekt Kazulin” nie był przyszłościowy, skoro nikt go przed tym uwięzieniem nie uchronił.
Słabość białoruskiej opozycji jest jedną z przyczyn sukcesów Łukaszenki. Tym bardziej że połączeni wyborami prezydenckimi opozycyjni działacze znowu zaczynają się dzielić. Milinkiewicz usiłuje skupić wokół siebie ludzi o prozachodnich zapatrywaniach. Z kolei przywódca lewego skrzydła Siarhiej Kaliakin jest co prawda popularny na lewicy, ale na przewodzenie
całej opozycji nie ma szans. W tej sytuacji Rosjanie mogą spotykać się z poszczególnymi liderami, jednak inwestować w białoruską opozycję raczej nie zamierzają. Także z powodu prozachodnich przekonań jej części.
Ostatnie wydarzenia zdają się potwierdzać, że Moskwa szykuje całkiem inny scenariusz. Alternatywnego wobec Łukaszenki przywódcę chce znaleźć w białoruskim świecie biznesu. W końcu wielu przedsiębiorców na Białorusi utrzymuje bardzo bliskie kontakty z Rosją. Nie można wykluczyć, iż nowa polityka energetyczna wobec Mińska ma na celu sprawdzenie, który z nich, czerpiąc z nowych układów osobiste zyski, będzie chciał ściśle współpracować z Kremlem. Pojawienie się takiego lidera właśnie w środowiskach gospodarczych wydaje się dużo bardziej prawdopodobne niż znalezienie kogoś w obecnych strukturach rządowych czy w opozycji.
Prezydent zdaje sobie z tego sprawę i najprawdopdobniej dlatego tak stanowczo broni się przed oddaniem Rosjanom 50 proc. udziału w Biełtrasgazie, i dlatego też Krem tak stanowczo się tego domaga.
Cena Zachodu
Przedstawione ustami rosyjskiego ambasadora twarde warunki ponownie zwiększyły szanse Białorusi w Unii Europejskiej. Przypomnijmy: Bruksela zaproponowała Mińskowi daleko idącą pomoc pod warunkiem demokratyzacji kraju, czyli przywrócenia wolności mediów, zaprzestania
szykanowania opozycji i organizacji pozarządowych, wypuszczenia więźniów politycznych. Klasyczna metoda kija i marchewki w pierwszym momencie nie podziałała. Łukaszenka najwyraźniej nie był psychicznie zdolny do zaakceptowania warunków, które pozowoliłyby oficjalnie wrócić na scenę polityczną jego przeciwnikom, dopuszczałyby publiczną krytykę dotychczas nietykalnego „baćki”. Cena, jaką Zachód wyznaczył za swoją pomoc, okazała się zbyt wysoka. Przynajmniej do wczoraj, czyli do opublikowania rosyjskich warunków. Teraz sytuacja się zmieniła. Przyjęcie europejskich propozycji musi oczywiście prowadzić do demokratyzacji Białorusi, co w efekcie skończy się odejściem wszechmocnego prezydenta, ale będzie to proces długotrwały. Zaakceptowanie rosyjskich warunków kończy karierę Łukaszenki niemal natychmiast.
Białoruski prezydent od pewnego czasu rozpaczliwie szukał alternatywnych wobec Rosji partnerów, którzy nie zagrażaliby jego autorytarnej władzy. Rozpoczęto intensywne przygotowania do budowy elektrowni atomowej. Trwają rozmowy o sprowadzaniu surowców
energetycznych z Wenezueli, Azerbejdżanu, Iranu. Problem w tym, że wszystkie te projekty są równie realne jak szybkie zrobienie z Aleksandra Milinkiewicza następcy Łukaszenki. Elektrowania atomowa, abstrahując od tego, że będzie kosztowała ok. 4 miliardów dolarów,
powstanie najwcześniej za siedem lat, a wtedy Łukaszenki u władzy już raczej nie będzie. Czyli jest to rodzaj planu kolejnej pięciolatki przyjmowanego przez Gorbaczowa tuż przed rozpadem ZSRR.
Podobnie z przetwórstwem wenezuelskiej ropy, teoretycznie możliwej, tyle że najpierw trzeba by zainwestować weń setki milionów dolarów, których Łukaszanka w budżecie nie ma. Sprzedaż broni do Iranu sytuacji nie uratuje.
Białoruski prezydent miota się więc między Wenezuelą, Azerbejdżanem, Iranem i Chinami, dając dowód, że tak naprawdę nie ma żadnej spójnej koncepcji ratowania swojej pozycji. Chyba że do jej wypracowania zmusi go twarda postawa Rosji.
Możliwe scenariusze
Właściwie należałoby poczekać na reakcję Łukaszenki na rosyjskie ultimatum. Nie można jednak wykluczyć, że Kreml przelicytował i białoruski prezydent uzna, iż najmniej dla niego szkodliwa jest zgoda na podniesienie cen surowców energetycznych. Pytanie, czy będzie się starał sprostać nadchodzącym wyzwaniom sam, czy jednak przyjmie pomoc UE. Drugi wariant byłby dla Białorusi najkorzystniejszy, może się jednak okazać, że Łukaszenka po prostu nie jest psychicznie zdolny do dobrowolnego odstąpienia od części swych uprawnień.
W tej sytuacji pozostaje wariant pierwszy, czyli zachowanie pełni władzy i samotne próby zaradzenia kłopotom. Dla białoruskiej energochłonnej gospodarki oraz korzystającego z wpływów ze sprzedaży ropy i gazu budżetu drastyczne podwyższenie cen surowców będzie szokiem, ale bez skutków natychmiastowych. Nadchodzący rok Białoruś jakoś przeżyje, korzystając z nagromadzonych zapasów. Decydujący okaże się następny. Nie można wykluczyć, że już w 2008 r. Białorusini będą mieli nowego prezydenta. Raczej nie zostanie nim żaden z obecnych liderów opozycji. Być może zjawi się jakaś nowa, trzecia siła. Oczywiście zawsze istnieje prawdopodobieństwo, że ewentulane niepokoje wywołane ekonomicznym kryzysem doprowadzą do chaosu, w opanowaniu którego pomoże Rosja. Ten scenariusz wydaje się jednak mało realny, tym bardziej że białoruska nomenklatura i przedsiębiorcy wcale sobie rosyjskiej zwierzchności nie życzą.
Jest zresztą bardzo prawdopodobne, iż normalne, czyli światowe, ceny rosyjskich surowców energetycznych doprowadzą po prostu do demokratyzacji państwa. Białoruś z obecnego skansenu zmieni się w normalny kraj z normalnym, demokratycznie wybranym przywódcą, mający równie dobre stosunki z Rosją, co z Unią Europejską i pewnie w konsekwencji dążący na Zachód.
W tej sytuacji najmniej szczęśliwym scenariuszem byłaby zgoda Łukaszanki na oddanie Rosjanom kontroli nad białoruskimi przedsiębiorstwami w zamian za niskie ceny surowców. Jak już jednak wspomniałem wcześniej, wiele wskazuje na to, że, proponując obecne twarde warunki, Rosjanie przelicytowali. Stawiając Łukaszenkę pod ścianą, uświadomili białoruskiemu dyktatorowi, że dla niego samego byłby to ślepy zaułek. Jarosław Romańczuk, ekonomista i politolog, szef niezależnego Centrum Analitycznego „Strategia” w Mińsku
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|