Pierwszy na pomysł rozwiązania ZSRR wpadł ówczesny rosyjski sekretarz stanu Gienadij Burbulis. Idea ta w ciągu jednej nocy przybrała postać 18-punktowej umowy, którą następnego dnia podpisano - mówi DZIENNIKOWI Stanisław Szuszkiewicz, były przewodniczący białoruskiego parlamentu.
MARIA PRZEŁOMIEC: 15 lat temu, ósmego grudnia, w białoruskiej części Puszczy Białowieskiej ówcześni przewodniczący Rad Najwyższych Białorusi –
Stanisław Szuszkiewicz, Ukrainy – Leonid Krawczuk oraz prezydent Rosji Borys Jelcyn podpisali dokument pieczętujący rozpad ZSRR. Panie prezydencie, skąd wziął się pomysł tego
spotkania w Wiskulach? Czy planowaliście panowie rozwiązanie Związku Radzieckiego?
STANISŁAW SZUSZKIEWICZ: Niczego nie planowaliśmy. Wszystko stało się przez ekonomię. ZSRR istniał, ale w Rosji właśnie zaczynała wchodzić w życie reforma Jegora Gajdara wprowadzająca zasady gospodarki rynkowej. Musieliśmy z Rosjanami omówić sprawę dostaw na Białoruś ropy naftowej i gazu, a pieniędzy nie mieliśmy. Więc nasz premier Wiaczesław Kiebicz poprosił mnie, żebym zaprosił na Białoruś Borysa Jelcyna i jakoś się z nim dogadał. 24 października my wszyscy – czyli członkowie Rady Najwyższej ZSRR – spotkaliśmy się w rezydencji Nowo Ogariewo pod Moskwą. Gorbaczow przedstawił nam projekt umowy przedłużającej na nowych zasadach istnienie Związku Radzieckiego. Obaj z Jelcynem skrytykowaliśmy te propozycje na tyle ostro, że obrażony Gorbaczow wyszedł z sali. Pozostali uczestnicy spotkania uznali, że skoro to my dwaj wywołaliśmy gniew prezydenta, to powinniśmy go ułagodzić. Poszliśmy do niego i po drodze zaprosiłem Jelcyna do nas do Puszczy Białowieskiej. Opowiedziałem Jelcynowi, jak tam pięknie i obiecałem polowanie. Zgodził się. Potem ustaliliśmy, że spotkanie odbędzie się siódmego grudnia. Zanim do niego doszło, już pierwszego grudnia w ogólnonarodowym referendum ponad 90 proc. Ukraińców opowiedziało się za istnieniem wolnej, niepodległej Ukrainy. W tej sytuacji dołączenie do listy gości Krawczuka było logiczne – Kijów czekały bowiem takie same surowcowe problemy, jak Białoruś.
A nie podejrzewał pan, że to spotkanie może zakończyć istnienie ZSRR?
Nic podobnego. Wiedziałem tylko, że bez rozwiązania problemów politycznych nie będzie możliwa dyskusja o współpracy ekonomicznej, ale koniec Związku Radzieckiego nie mieścił mi się w głowie.
Czyli nie było żadnych tajnych planów? Wstępnych nieformalnych białorusko-ukraińskich spotkań? Czających się pod łóżkiem agentów KGB?
Proszę pani, życie nie jest powieścią szpiegowską. Przyjechaliśmy do Wiskuli zupełnie oficjalnie. Wszyscy – z Gorbaczowem włącznie – o tym wiedzieli.
W takim razie, jak to się stało, że rozmowy o dostawie surowców energetycznych zakończyły się rozwiązaniem Związku Radzieckiego?
Po prostu – w czasie poprzednich kilkunastu miesięcy niemal każda z republik radzieckich ogłosiła deklarację suwerenności. Zaczęło się od republik nadbałtyckich, a potem się posypało – efekt domina. Trzeba było wyjaśnić, jak ta suwerenność ma wyglądać. Tylko Litwa, Łotwa i Estonia stanowczo chciały powrotu na Zachód. Inni raczej opowiadali się za pozostawieniem jakichś regionalnych więzi. Przy czym zabawna była jedna rzecz – nam nie przeszkadzało, że na czele sojuszu stoi Gorbaczow. Jedyną osobą, która nie mogła tego znieść, był Jelcyn. Jednym słowem Borys Nikołajewicz nie chciał mieć nikogo nad sobą, a my z Krawczukiem chcieliśmy mieć niepodległe państwa. Wykorzystaliśmy tę zbieżność interesów.
No dobrze, ale kto był autorem projektu porozumienia rozwiązującego ZSRR?
Pierwszy o tym, że ZSRR może przestać istnieć jako podmiot prawa międzynarodowego i struktura polityczna, mówił jeszcze 7 grudnia wieczorem ówczesny rosyjski sekretarz stanu – druga po Jelcynie osoba w państwie – Gienadij Burbulis. Bardzo nam się ten pomysł spodobał i od razu zaczęliśmy dyskutować o tym, jak to stwierdzenie ubrać w formę prawną. W końcu zleciliśmy to zadanie towarzyszącym nam ekspertom. Pracowali całą noc i ósmego grudnia rano przedstawili nam 18-punktową umowę. Ten dokument stał się podstawą do dalszej dyskusji. Rozmowy w sumie trwały kilka godzin, nasze poprawki eksperci wprowadzali na gorąco. Późnym popołudniem, nie pamiętam dokładnie o której godzinie, porozumienie było gotowe.
Czyli o rozpadzie ZSRR zadecydowała ostatecznie rosyjska propozycja i niechęć Jelcyna do Gorbaczowa?
To duże uproszczenie. Powiedzmy, że propozycja wyszła od Rosjanina, ale Burbulis tylko zaczął – całość opracowaliśmy wspólnie.
Czy panowie zdawali sobie sprawę z wagi waszej decyzji, z jej konsekwencji?
Zdecydowanie tak. Długo bałem się używać sformułowania „wydarzenie historyczne”. Miałem uraz, bo w czasach sowieckich wydarzeniem historycznym nazywano każde partyjne plenum. Teraz nie waham się określać umowy białowieskiej w ten właśnie sposób. Osobiście uważam, że jej podpisanie było moim największym życiowym osiągnięciem oprócz wyprowadzenia z Białorusi broni nuklearnej. Strach zresztą pomyśleć, co by się stało, gdyby obecnie ta broń znajdowała się w naszym kraju.
Biorąc pod uwagę to wszystko, co w tej chwili dzieje się na Białorusi, wciąż uważa pan, że dobrze się stało? Niczego pan nie żałuje?
Mimo wszystko nie. Inna sprawa, że w najgorszych koszmarach nie przewidziałem, że możemy mieć takiego przywódcę jak Łukaszenka. Co prawda pierwsze wybory wygrał absolutnie demokratycznie, ale potem z pomocą Rosji został dyktatorem. Zresztą 15 lat, które minęły od rozpadu ZSRR, trudno uznać za czas normalny. To okres przejściowy, rewolucyjny, a takie zawsze bywają ciężkie. Pewnie stąd ta tęsknota ludzi do komunistycznej przeszłości. Na razie można uznać, że sukces odniosły kraje nadbałtyckie, ale teraz w ich ślady podążają Gruzja, Ukraina i Mołdawia. Mam nadzieję, że i innym w końcu też się uda. Jestem pewien, że 15 lat temu podjęliśmy słuszną decyzję.
Jak wykazały ostatnie badania, pański optymizm podziela tylko 16 proc. Rosjan. Większość Białorusinów i wielu Ukraińców też tęskni za Związkiem Radzieckim.
Tak jak powiedziałem, mamy trudny okres przejściowy. Mamy do czynienia z tęsknotą za bezpieczną klatką, w której nie żyło się najlepiej, ale względnie regularnie karmiono. Zresztą w miarę upływu czasu zapomina się rzeczy złe i zaczyna idealizować przeszłość.
Czy pozostali uczestnicy historycznego spotkania podzielają pana opinię?
Wtedy w Wiskulach było kilkadziesiąt osób oprócz już wymienionych, np. premier Rosji Gajdar, premier Ukrainy Fokin, członkowie rządów, eksperci. Chcieliśmy jeszcze doprosić prezydenta Kazachstanu Nazarbajewa, który właśnie przebywał z wizytą w Moskwie, ale jego nie puścił Gorbaczow. Obiecał Nazarbajewowi, że jeżeli ZSRR przetrwa, to zrobi go szefem parlamentu i Nazarbajew w ostatniej chwili z przyjazdu do Białowieży zrezygnował. Może i dobrze, bo jak mi potem powiedział, on nigdy nie podpisałby dokumentu pieczętującego rozpad Związku Radzieckiego.
A Jelcyn i Krawczuk nie żałowali podpisania umów białowieskich?
Jelcyn później – szczególnie po 1996 roku – wielokrotnie powtarzał, że to był jego wielki błąd. Z kolei Krawczuk zmieniał zdanie. W 1995 roku powiedział, że gdyby wiedział, co później się będzie działo na Ukrainie, dałby sobie rękę uciąć, a umów by nie podpisał. Ostatnio jednak, gdy z nim rozmawiałem, był zadowolony. Sam nigdy nie miałem wątpliwości – zrobiliśmy dobrze.
Rozwiązując ZSRR, jednocześnie powołali panowie nowy podmiot międzynarodowy – Wspólnotę Niepodległych Państw. Czy z tego jest pan równie zadowolony?
Cóż, na początku to naprawdę nieźle wyglądało. Problem w tym, że tak jak w czasach ZSRR, także tutaj Moskwa chce rządzić. Po tym, gdy zabrano z Mińska komitet ekonomiczny WNP, znowu centrum władzy znalazło się w Rosji. Ale to dzięki powstaniu WNP obeszło się w 1991 roku bez rozlewu krwi, a i do dzisiaj Wspólnota stanowi chyba jedyną płaszczyznę, na której mogą względnie spokojnie spotykać się choćby prezydenci Rosji i Gruzji. Oczywiście szkoda, że nie udało nam się pójść śladami Unii Europejskiej. Co będzie dalej? Zobaczymy.
Wróćmy do spotkania w Wiskulach, powiedział pan, że przez dyskusję nad tekstem umowy znacznie opóźnił się wtedy obiad. Pamięta pan, co wtedy jedliście?
Oczywiście że pamiętam, i mogę pani zaręczyć, że wszystkie opowiadania o tym, jakoby spotkanie ograniczało się do picia wódki, są kompletną bzdurą rozpowszechnianą przez ludzi, którzy nigdy w Wiskulach nie byli. Coś takiego napisał nawet jeden z przebywających w Londynie białoruskich emigrantów. Co prawda mnie łaskawie pominął – miałem być trzeźwy – ale powtarzam: to kompletne bzdury, trzeźwi byliśmy wszyscy.
No cóż, wszyscy wiedzą, że prezydent Jelcyn lubił wypić...
Sam byłem świadkiem kilku takich sytuacji, ale w Wiskulach tego nie było. ZSRR został rozwiązany absolutnie na trzeźwo. Najlepszy dowód, że żadni prawnicy, żadni eksperci nie znaleźli w białowieskich umowach najmniejszego błędu.
A czy odbyło się polowanie obiecane przez pana Jelcynowi?
Oczywiście, tyle że ostatecznie skusili się na nie tylko Leonid Krawczuk i premier Ukrainy Witold Fokin.
Upolowali coś?
Fokin ustrzelił dzika, Krawczuk – nic. Przygotowujący polowanie leśnicy tłumaczyli potem, że do drzew uwiązano dwa dziki, po jednym dla każdego z myśliwych. Ale – jak żartowali leśnicy – Fokin trafił w zwierzynę, a Krawczuk w sznurek.
Czy nie baliście się panowie, że ktoś będzie chciał przeszkodzić waszemu spotkaniu? Z tego, co pan mówi, wynika, że prezydent Gorbaczow musiał się w pewnej chwili zorientować, że rozmowy w Wiskulach nie ograniczają się do spraw energetycznych.
Ja osobiście się nie bałem. Tym bardziej że – jak już mówiłem – naprawdę nie planowaliśmy wcześniej tego, co się stało. Zresztą chroniły nas dobrze białoruskie i rosyjskie służby.
Stanisław Szuszkiewicz – jako przewodniczący Rady Najwyższej Białoruskiej SRR w 1991 roku sygnował umowę rozwiązującą ZSRR; z wykształcenia matematyk i fizyk; laureat Nagrody im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego
STANISŁAW SZUSZKIEWICZ: Niczego nie planowaliśmy. Wszystko stało się przez ekonomię. ZSRR istniał, ale w Rosji właśnie zaczynała wchodzić w życie reforma Jegora Gajdara wprowadzająca zasady gospodarki rynkowej. Musieliśmy z Rosjanami omówić sprawę dostaw na Białoruś ropy naftowej i gazu, a pieniędzy nie mieliśmy. Więc nasz premier Wiaczesław Kiebicz poprosił mnie, żebym zaprosił na Białoruś Borysa Jelcyna i jakoś się z nim dogadał. 24 października my wszyscy – czyli członkowie Rady Najwyższej ZSRR – spotkaliśmy się w rezydencji Nowo Ogariewo pod Moskwą. Gorbaczow przedstawił nam projekt umowy przedłużającej na nowych zasadach istnienie Związku Radzieckiego. Obaj z Jelcynem skrytykowaliśmy te propozycje na tyle ostro, że obrażony Gorbaczow wyszedł z sali. Pozostali uczestnicy spotkania uznali, że skoro to my dwaj wywołaliśmy gniew prezydenta, to powinniśmy go ułagodzić. Poszliśmy do niego i po drodze zaprosiłem Jelcyna do nas do Puszczy Białowieskiej. Opowiedziałem Jelcynowi, jak tam pięknie i obiecałem polowanie. Zgodził się. Potem ustaliliśmy, że spotkanie odbędzie się siódmego grudnia. Zanim do niego doszło, już pierwszego grudnia w ogólnonarodowym referendum ponad 90 proc. Ukraińców opowiedziało się za istnieniem wolnej, niepodległej Ukrainy. W tej sytuacji dołączenie do listy gości Krawczuka było logiczne – Kijów czekały bowiem takie same surowcowe problemy, jak Białoruś.
A nie podejrzewał pan, że to spotkanie może zakończyć istnienie ZSRR?
Nic podobnego. Wiedziałem tylko, że bez rozwiązania problemów politycznych nie będzie możliwa dyskusja o współpracy ekonomicznej, ale koniec Związku Radzieckiego nie mieścił mi się w głowie.
Czyli nie było żadnych tajnych planów? Wstępnych nieformalnych białorusko-ukraińskich spotkań? Czających się pod łóżkiem agentów KGB?
Proszę pani, życie nie jest powieścią szpiegowską. Przyjechaliśmy do Wiskuli zupełnie oficjalnie. Wszyscy – z Gorbaczowem włącznie – o tym wiedzieli.
W takim razie, jak to się stało, że rozmowy o dostawie surowców energetycznych zakończyły się rozwiązaniem Związku Radzieckiego?
Po prostu – w czasie poprzednich kilkunastu miesięcy niemal każda z republik radzieckich ogłosiła deklarację suwerenności. Zaczęło się od republik nadbałtyckich, a potem się posypało – efekt domina. Trzeba było wyjaśnić, jak ta suwerenność ma wyglądać. Tylko Litwa, Łotwa i Estonia stanowczo chciały powrotu na Zachód. Inni raczej opowiadali się za pozostawieniem jakichś regionalnych więzi. Przy czym zabawna była jedna rzecz – nam nie przeszkadzało, że na czele sojuszu stoi Gorbaczow. Jedyną osobą, która nie mogła tego znieść, był Jelcyn. Jednym słowem Borys Nikołajewicz nie chciał mieć nikogo nad sobą, a my z Krawczukiem chcieliśmy mieć niepodległe państwa. Wykorzystaliśmy tę zbieżność interesów.
No dobrze, ale kto był autorem projektu porozumienia rozwiązującego ZSRR?
Pierwszy o tym, że ZSRR może przestać istnieć jako podmiot prawa międzynarodowego i struktura polityczna, mówił jeszcze 7 grudnia wieczorem ówczesny rosyjski sekretarz stanu – druga po Jelcynie osoba w państwie – Gienadij Burbulis. Bardzo nam się ten pomysł spodobał i od razu zaczęliśmy dyskutować o tym, jak to stwierdzenie ubrać w formę prawną. W końcu zleciliśmy to zadanie towarzyszącym nam ekspertom. Pracowali całą noc i ósmego grudnia rano przedstawili nam 18-punktową umowę. Ten dokument stał się podstawą do dalszej dyskusji. Rozmowy w sumie trwały kilka godzin, nasze poprawki eksperci wprowadzali na gorąco. Późnym popołudniem, nie pamiętam dokładnie o której godzinie, porozumienie było gotowe.
Czyli o rozpadzie ZSRR zadecydowała ostatecznie rosyjska propozycja i niechęć Jelcyna do Gorbaczowa?
To duże uproszczenie. Powiedzmy, że propozycja wyszła od Rosjanina, ale Burbulis tylko zaczął – całość opracowaliśmy wspólnie.
Czy panowie zdawali sobie sprawę z wagi waszej decyzji, z jej konsekwencji?
Zdecydowanie tak. Długo bałem się używać sformułowania „wydarzenie historyczne”. Miałem uraz, bo w czasach sowieckich wydarzeniem historycznym nazywano każde partyjne plenum. Teraz nie waham się określać umowy białowieskiej w ten właśnie sposób. Osobiście uważam, że jej podpisanie było moim największym życiowym osiągnięciem oprócz wyprowadzenia z Białorusi broni nuklearnej. Strach zresztą pomyśleć, co by się stało, gdyby obecnie ta broń znajdowała się w naszym kraju.
Biorąc pod uwagę to wszystko, co w tej chwili dzieje się na Białorusi, wciąż uważa pan, że dobrze się stało? Niczego pan nie żałuje?
Mimo wszystko nie. Inna sprawa, że w najgorszych koszmarach nie przewidziałem, że możemy mieć takiego przywódcę jak Łukaszenka. Co prawda pierwsze wybory wygrał absolutnie demokratycznie, ale potem z pomocą Rosji został dyktatorem. Zresztą 15 lat, które minęły od rozpadu ZSRR, trudno uznać za czas normalny. To okres przejściowy, rewolucyjny, a takie zawsze bywają ciężkie. Pewnie stąd ta tęsknota ludzi do komunistycznej przeszłości. Na razie można uznać, że sukces odniosły kraje nadbałtyckie, ale teraz w ich ślady podążają Gruzja, Ukraina i Mołdawia. Mam nadzieję, że i innym w końcu też się uda. Jestem pewien, że 15 lat temu podjęliśmy słuszną decyzję.
Jak wykazały ostatnie badania, pański optymizm podziela tylko 16 proc. Rosjan. Większość Białorusinów i wielu Ukraińców też tęskni za Związkiem Radzieckim.
Tak jak powiedziałem, mamy trudny okres przejściowy. Mamy do czynienia z tęsknotą za bezpieczną klatką, w której nie żyło się najlepiej, ale względnie regularnie karmiono. Zresztą w miarę upływu czasu zapomina się rzeczy złe i zaczyna idealizować przeszłość.
Czy pozostali uczestnicy historycznego spotkania podzielają pana opinię?
Wtedy w Wiskulach było kilkadziesiąt osób oprócz już wymienionych, np. premier Rosji Gajdar, premier Ukrainy Fokin, członkowie rządów, eksperci. Chcieliśmy jeszcze doprosić prezydenta Kazachstanu Nazarbajewa, który właśnie przebywał z wizytą w Moskwie, ale jego nie puścił Gorbaczow. Obiecał Nazarbajewowi, że jeżeli ZSRR przetrwa, to zrobi go szefem parlamentu i Nazarbajew w ostatniej chwili z przyjazdu do Białowieży zrezygnował. Może i dobrze, bo jak mi potem powiedział, on nigdy nie podpisałby dokumentu pieczętującego rozpad Związku Radzieckiego.
A Jelcyn i Krawczuk nie żałowali podpisania umów białowieskich?
Jelcyn później – szczególnie po 1996 roku – wielokrotnie powtarzał, że to był jego wielki błąd. Z kolei Krawczuk zmieniał zdanie. W 1995 roku powiedział, że gdyby wiedział, co później się będzie działo na Ukrainie, dałby sobie rękę uciąć, a umów by nie podpisał. Ostatnio jednak, gdy z nim rozmawiałem, był zadowolony. Sam nigdy nie miałem wątpliwości – zrobiliśmy dobrze.
Rozwiązując ZSRR, jednocześnie powołali panowie nowy podmiot międzynarodowy – Wspólnotę Niepodległych Państw. Czy z tego jest pan równie zadowolony?
Cóż, na początku to naprawdę nieźle wyglądało. Problem w tym, że tak jak w czasach ZSRR, także tutaj Moskwa chce rządzić. Po tym, gdy zabrano z Mińska komitet ekonomiczny WNP, znowu centrum władzy znalazło się w Rosji. Ale to dzięki powstaniu WNP obeszło się w 1991 roku bez rozlewu krwi, a i do dzisiaj Wspólnota stanowi chyba jedyną płaszczyznę, na której mogą względnie spokojnie spotykać się choćby prezydenci Rosji i Gruzji. Oczywiście szkoda, że nie udało nam się pójść śladami Unii Europejskiej. Co będzie dalej? Zobaczymy.
Wróćmy do spotkania w Wiskulach, powiedział pan, że przez dyskusję nad tekstem umowy znacznie opóźnił się wtedy obiad. Pamięta pan, co wtedy jedliście?
Oczywiście że pamiętam, i mogę pani zaręczyć, że wszystkie opowiadania o tym, jakoby spotkanie ograniczało się do picia wódki, są kompletną bzdurą rozpowszechnianą przez ludzi, którzy nigdy w Wiskulach nie byli. Coś takiego napisał nawet jeden z przebywających w Londynie białoruskich emigrantów. Co prawda mnie łaskawie pominął – miałem być trzeźwy – ale powtarzam: to kompletne bzdury, trzeźwi byliśmy wszyscy.
No cóż, wszyscy wiedzą, że prezydent Jelcyn lubił wypić...
Sam byłem świadkiem kilku takich sytuacji, ale w Wiskulach tego nie było. ZSRR został rozwiązany absolutnie na trzeźwo. Najlepszy dowód, że żadni prawnicy, żadni eksperci nie znaleźli w białowieskich umowach najmniejszego błędu.
A czy odbyło się polowanie obiecane przez pana Jelcynowi?
Oczywiście, tyle że ostatecznie skusili się na nie tylko Leonid Krawczuk i premier Ukrainy Witold Fokin.
Upolowali coś?
Fokin ustrzelił dzika, Krawczuk – nic. Przygotowujący polowanie leśnicy tłumaczyli potem, że do drzew uwiązano dwa dziki, po jednym dla każdego z myśliwych. Ale – jak żartowali leśnicy – Fokin trafił w zwierzynę, a Krawczuk w sznurek.
Czy nie baliście się panowie, że ktoś będzie chciał przeszkodzić waszemu spotkaniu? Z tego, co pan mówi, wynika, że prezydent Gorbaczow musiał się w pewnej chwili zorientować, że rozmowy w Wiskulach nie ograniczają się do spraw energetycznych.
Ja osobiście się nie bałem. Tym bardziej że – jak już mówiłem – naprawdę nie planowaliśmy wcześniej tego, co się stało. Zresztą chroniły nas dobrze białoruskie i rosyjskie służby.
Stanisław Szuszkiewicz – jako przewodniczący Rady Najwyższej Białoruskiej SRR w 1991 roku sygnował umowę rozwiązującą ZSRR; z wykształcenia matematyk i fizyk; laureat Nagrody im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|