Prawdopodobny powrót Włodzimierza Cimoszewicza na scenę polityczną dowodzi, że być może przed wyborami parlamentarnymi czeka nas pospolite ruszenie przeciwko Kaczyńskim. Jeśli na przykład okaże się, że były prezydent Kwaśniewski wraz z byłym premierem Cimoszewiczem są zdolni do politycznej rekonkwisty, sprawę będzie można uznać za poważną.

W przededniu powrotu Włodzimierza Cimoszewicza z wykładów amerykańskich - zapowiedziany termin 15 kwietnia - warto, jak sądzę, zastanowić się, co to może oznaczać dla krajowej polityki. A także pokusić się o choćby hipotetyczny rachunek sił pomiędzy tymi dwoma, wciąż nieskompromitowanymi, a tym samym popularnymi liderami lewicy: byłym prezydentem i byłym premierem.

Cimoszewicz - polityk po przejściach

Próbę prezentacji obu najwybitniejszych polityków postkomunistycznych zacznijmy od Włodzimierza Cimoszewicza. Pierwszeństwo należy mu się z racji wieku. Były premier, marszałek Sejmu i wielokrotny minister jest bowiem o cztery lata starszy od Aleksandra Kwaśniewskiego. Urodził się w roku 1950 w Warszawie w rodzinie zaangażowanej politycznie w stanowieniu tak zwanej władzy ludowej. Piszę o tym nie celem uczynienia ekspremierowi przykrości - bo to dziś modne - lecz aby pokazać genetyczny, że tak powiem, determinizm jego losów. Konsekwencją bowiem takiego, a nie innego pochodzenia było jego wczesne przystąpienie do PZPR. Czerwoną legitymację z wypisanym hasłem: proletariusze wszystkich krajów łączcie się otrzymał on bowiem na Uniwersytecie Warszawskim już jako dwudziestojednolatek. Konsekwencją tego jak i - nie zapominajmy - wrodzonych zdolności była dalsza kariera naukowa, a więc szybki doktorat i roczny staż na wydziale prawnym Uniwersytetu Columbia w USA.

Ta błyskotliwie zapowiadająca się kariera przyszłego premiera została gwałtownie przerwana w roku 1985. Okazało się, że był on najwyraźniej zbrzydzony sytuacją polityczną w Polsce. Z tego powodu, z dnia na dzień, porzucił stolicę z uniwersytetem i został zwyczajnym rolnikiem w Białostockiem. Jego gospodarstwo od pokoleń należało do rodziny jego żony. Ten wybór jest - każdy przyzna - zdecydowanie oryginalny. Stanowi - moim zdaniem - o nieprzeciętności, a także nieprzewidywalności przyszłego polityka.

Kwaśniewski - dziecko szczęścia

W porównaniu z introwertycznym i zawęźlonym Cimoszewiczem Kwaśniewski jest człowiekiem niezmiernie otwartym na kolegów i przyjaciół. To typowy brat łata uwielbiający pogaduszki do białego rana. Jego rodzina pochodzi z Wileńszczyzny, miał więc przynajmniej zakodowaną rezerwę wobec systemu realnego socjalizmu. Ojciec był lekarzem, matka pielęgniarką. Mały Białogard w Koszalińskiem - banalny i prowincjonalny - miejscem urodzenia.

Dla młodego Olka, który przyszedł na świat rok po śmierci Stalina, nie stanowiło to jednak żadnego obciążenia. Od najwcześniejszych lat sprawia wrażenie osoby wiedzącej, z której strony bułka posmarowana jest masłem. Na Uniwersytecie Gdańskim szybko zostaje działaczem Socjalistycznego Zrzeszenia Studentów Polskich. Ten wybór stwarza mu szansę poznania świata, którego jest najzwyczajniej ciekaw. Gdy wkrótce okazuje się, że w karierze pomocna może być legitymacja partyjna, jako dwudziestotrzylatek wstępuje do PZPR.

Dalsze jego losy są konsekwencją tych wyborów. Przenosi się do Rady Naczelnej SZSP w Warszawie na Ordynackiej i staje się działaczem studenckim. Mimo że wybór partyjnej drogi jest - jak sam przyznaje po latach - wyborem świadomym i nieco oportunistycznym, to w odróżnieniu od Cimoszewicza nigdy nie przeżywa podobnego do niego załamania ideowego. Zawsze bierze świat z bogactwem inwentarza i na tym wygrywa.

Stąd odmienność losów obu polityków w końcówce Polski Ludowej. Cimoszewicza wiedzie ona do puszczańskiej głuszy, a Kwaśniewskiego na pokoje redaktorskie, rządowe i obrady Okrągłego Stołu. Przyszłemu prezydentowi nie sposób odmówić zaskakującej przytomności umysłu. Gdy po klęsce w wyborach ostatni gensek PZPR formuje Komitet Centralny, Kwaśniewski za Boga nie zgadza się na przyjęcie funkcji sekretarza KC PZPR. Ta decyzja pomaga mu w rychłym wybiciu z głowy M.F. Rakowskiemu niewczesnych pomysłów: najpierw zachowania starej partii (PZPR), a potem przejęcia przywództwa w nowej (SdRP).
Intuicja polityczna stanowi klucz przyszłego powodzenia młodego polityka - okrzykniętego niebawem Mesjaszem postkomunistów.

Indywidualista kontra przywódca

Podczas gdy przyszły prezydent zawsze działa w licznym gronie przyjaciół i wokół niego kręci się mnóstwo ludzi, to Cimoszewicz zazwyczaj jak kot chadza własnymi drogami. Po pierwsze, nie chce absolutnie wstąpić do nowej partii. Jest za to orędownikiem zasad i lewicowych ideałów, do osiągnięcia których - jak uważa - nie trzeba koniecznie działać w sitwie. To różni go od lubianego na lewicy Olka, który zawsze w tłoku, zawsze na czele zostaje ikoną postkomunistów.

Cimoszewicz - outsider, w szeregach poobijanych eseldowców wzbudza szacunek. Imponuje im jego oryginalna droga i manifestowana niezależność. Cecha w tym towarzystwie nieomal nieznana. Ponadto podoba im się, że wtedy, gdy nic jeszcze nie zapowiadało katastrofy partii, potrafił rzucić wszystko, lecz samego ruchu w 1985 roku się nie zaparł. Pomogło mu to po wyborach 1989 roku objąć w marcu następnego roku wpływową wówczas funkcję szefa klubu parlamentarnego lewicy. Wówczas wystarczyłoby tylko jedno jego słowo, a zostałby w nowej partii zastępcą Olka. Tymczasem Cimoszewicz wolał status eseldowca bez legitymacji. Stąd był krok do udziału w elekcji prezydenckiej. W czasie tej próby nie skompromitował się, przebrnął przez nią z honorem, uzyskując ponad 9 procent głosów.

Kluczowy rok 1993
Cztery lata po zwycięstwie Wałęsy skłócone partie postsolidarnościowe zapętliły się. W rezultacie powszechnej kłótni oraz nowej ordynacji proporcjonalnej i pięcioprocentowego progu SLD uzyskał w wyborach 171 mandatów - po zdobyciu zaledwie 21 procent głosów. Natomiast PSL z zaledwie 14-procentowym poparciem pozyskało aż 120 mandatów. Ten dar niebios nadzwyczajnie wykorzystali obaj prezentowani tu politycy.
Znamienne, że Cimoszewicz przeciwny był kandydowaniu Kwaśniewskiego na urząd prezydenta. Mówił to nie raz i nie dwa. Gdy wreszcie do tego pomysłu został przekonany, stanął na czele komitetu wyborczego. Obaj politycy znajdowali się wówczas w przededniu jeśli nie zerwania, to z pewnością trwałego rozejścia się. Natomiast po zbliżeniu zostali wobec siebie lojalni. Trzeba przyznać, że w odróżnieniu od Oleksego, za którym Cimoszewicz nigdy nie przepadał, jest on politykiem ceniącym swoje słowo. Dzięki temu trudno go wyobrazić sobie na miejscu Oleksego przy stole Gudzowatego.

Aby zrozumieć rolę odgrywaną przez byłego premiera w szeregach lewicy postpezetpeerowskiej, warto przypomnieć spór o zablokowanie przysięgi poselskiej Millera. Po ujawnieniu sprawy moskiewskich pieniędzy Cimoszewicz najpierw domagał się, aby klub SLD nie dopuścił do zaprzysiężenia posła Millera, a gdy spotkało się to z odmową Olka i Klubu, demonstracyjnie opuścił salę w chwili składania przysięgi przez sekretarza generalnego partii. Kilka lat później, w dniach bombardowania przez NATO Serbii, podpisał wraz z grupą posłów SLD list protestacyjny do prezydenta Clintona. Do dziś pamiętam cyniczne pytanie zadane wówczas przez Kwaśniewskiego: no i co, czy Clinton się ich posłuchał? Można więc powiedzieć, że Cimoszewicz samoczynnie wykreował się na niepisane sumienie SLD. Gdyby wówczas na lewicy zwyciężyły jego standardy moralne, lewica postkomunistyczna byłaby dziś w innym miejscu.

Na tle Cimoszewicza Kwaśniewski zawsze sprawiał wrażenie człowieka skłonnego do zawierania kompromisów moralnych. Pytanie, na ile jest to cecha immanentna przywódców, a na ile bierze się z braku żelaznych zasad byłego prezydenta? Charakterystyczne jednak, że o pacyfistycznych poglądach Cimoszewicz dokładnie zapomniał kilka lat później, gdy jako minister spraw zagranicznych forsował uczestnictwo wojsk polskich w wojnie w Iraku. Czy i w jego przypadku górę nad zasadami wziął pragmatyzm polityczny? Jedno jest pewne, Cimoszewicza na posadę ministra wsadził Leszkowi Millerowi Kwaśniewski. Były premier dla kolegów zawsze był postacią nieprzewidywalną.

Tak też się stało pod koniec poprzedniej kadencji, gdy marszałek Cimoszewicz odmówił swemu klubowi wprowadzenie pod obrady plenarne zmiany systemu liczenia głosów wyborców. Sojuszowi Lewicy Demokratycznej chodziło o zastąpienie korzystnej dla przyszłych zwycięzców metody przeliczania głosów na mandaty d'Hondta na San Legere. Pod tym względem Cimoszewicz był w zgodzie nie tylko ze swoim sumieniem, lecz także z opinią prezydenta. Obaj sprzeciwiali się zmianie ustawy - trzy lata wcześniej nowelizowanej po myśli Sojuszu.

Narcyzm Cimoszewicza - pragmatyzm Kwaśniewskiego
Czas zastanowić się nad źródłem słabości obu kandydatów. Każdy z nich ma bowiem swego robaka, co go gryzie. Przede wszystkim obaj ci politycy nade wszystko przekładają swój prywatny interes polityczny. Prezydent Kwaśniewski na przykład nie przygotował swej formacji na czas po swoim odejściu. Dopiero gdy doszedł do wniosku, że sytuacja, którą pozostawił po sobie, szkodzi również jemu, zmitygował się i postanowił powrócić, na razie w sposób enigmatyczny, do polityki krajowej.

Natomiast Cimoszewicz - coraz bardziej narcystyczny, gdy zorientował się, że na skutek zmasowanej akcji przeciwników ma małe szanse na zwycięstwo - jak mały chłopiec, nie oglądając się na interes formacji, zabrał swoje zabawki z piaskownicy, czyli wycofał się z kampanii wyborczej. W rezultacie lewica poniosła miażdżąca klęskę. Cimoszewicz był jej współautorem, nie chciał bowiem opóźnić swej rejterady nawet o tydzień. A wówczas w wyborach parlamentarnych SLD miał przynajmniej szanse na wyprzedzenie Samoobrony. Tymczasem on wolał powiedzieć: nie widzę godnego siebie rywala. Borowski miał przynajmniej szanse na pokonanie Leppera...

Kwaśniewski przed Cimoszewiczem
Większe dziś szanse na lidera centrolewicy ma bezsprzecznie Kwaśniewski. Ciągle dobrze ocenia go przeszło połowa wyborców. Stąd na hasło: Kwaśniewski, można zdobyć kilkanaście procent dodatkowego poparcia. Natomiast Cimoszewicz od dwóch lat dźwiga stygmat klęski. Prywatnie gdybym miał wybierać, Cimoszewiczowi nie obawiałbym się zostawić swego portfela, natomiast konie wolałbym kraść z Kwaśniewskim.
Mówiąc jednak poważnie, szanse formacji centrolewicowej - jako takiej - tkwią w zjednoczeniu sił. Jest jednak jeszcze drugie dno tej sytuacji.

Tylko razem i tylko wspólnie centrolewica może stać się znaczącą alternatywną kontrpropozycją dla obecnych liderów. Ona jedyna, o ironio, jest w stanie doprowadzić do zjednoczenia obu zwaśnionych partii prawicowych. Prawica bez Kaczyńskich, Tuska i Komorowskiego mogłaby odnieść historyczne zwycięstwo, a tym samym doprowadzić do powstania systemu dwupartyjnego. Plusem tego rozwiązania byłaby eliminacja partii populistycznych. To chyba jednak za mało!

Janusz Rolicki, historyk, publicysta. W latach 1997-2000 redaktor naczelny Trybuny, autor licznych zbiorów reportaży oraz znanego wywiadu rzeki z Edwardem Gierkiem. Laureat najwyższych krajowych nagród dziennikarskich, w tym im. Juliana Bruna 1966 oraz Bolesława Prusa 1976. Obecnie związany z Faktem