Jestem pewien, że już niedługo w Polsce zostanie wynalezione koło. A jak zostanie wynalezione, to "Gazeta Wyborcza" ogłosi to na pierwszej stronie jako sukces wykształciuchów. A potem będzie publikować specjalne wkładki z instrukcją obsługi koła i może nawet po paru latach dojdzie do liczby pi. Na razie "Wyborcza" sama odkryła seks, drukuje porady, jak go uprawiać, i sama obsypuje się pochlebstwami - pisze Maciej Rybiński, publicysta "Faktu".
Seks ma na świecie, w Europie, a nawet w Polsce wiekową tradycję. Choć to trudno sobie wyobrazić, uprawiano seks jeszcze w ustroju wspólnoty plemiennej. Pewna
sędziwa dama zapewniała mnie, że łowcy byli bardziej sprawni od zbieraczy. Feudalizm upadł nie z powodu zmian w stosunkach produkcji, tylko zmian w stosunkach. Wobec niedostatku feudałów i
wzrostu liczby pańszczyźnianych, w wykonywaniu prawa pierwszej nocy powstały zaległości sięgające dziesiątków lat. Nawet pod rozbiorami Polacy rozbierali się nawzajem. W PRL, mimo istotnego
postępu, orgazm zbiorowy osiągano tylko w czasie ogłaszania uchwał kolejnego plenum. Do orgazmów indywidualnych dochodzono tradycyjnymi metodami chałupniczymi.
W tym czasie na Zachodzie nastąpiła tak zwana rewolucja seksualna, to znaczy równouprawnienie seksu z innymi przejawami życia. Tak się przynajmniej wydaje pokoleniu 68. Ale znacznie wcześniej, w międzywojniu, Jerzy Paczkowski pisał: "Złajany, że się w domu zachował cynicznie, Syn rzekł ojcu: mój cynizm ma strony dodatnie: My dziś w domach prywatnych robimy publicznie, To, coście wy w publicznych robili prywatnie". Rewolucja seksualna zdarzała się co pokolenie, a w polskiej literaturze jej heroldami byli i Mikołaj Rej, i Jan Andrzej Morsztyn, i Stanisław Trembecki, i Aleksander Fredro, i Boy Żeleński. Teraz pionierem jest Piotr Pacewicz. Odkrywanie seksu na nowo to coś jak wykopaliska. Wykopali starożytny garnek z hinduskim ornamentem i ugotowali w nim tradycyjny rosół.
Cykl "Gazety Wyborczej" nosi tytuł "Jak się kochać". W seksuologii generalnie istnieją dwie szkoły. Pierwsza - romantyczna, która twierdzi, że udane życie seksualne zależy od intymności, nastroju i poczucia bezpieczeństwa. Zalecenia są proste - wybrankę serca zaprasza się do położonej na ustroniu willi. Służba przygotowuje skromną, ale wykwintną kolację. Orkiestra cygańska dyskretnie gra za parawanem romanse.
Drobny upominek - kolia, diadem, bransoleta - przełamuje ostatnie lody. Po przetańczeniu kilku zmysłowych tang mężczyzna niesie damę do łożnicy sam, bez pomocy lokaja. Polewania ciała szampanem i scałowywanie kropli. Potem seksuologia zaleca, żeby robić to co zawsze i skutek będzie gwarantowany. Pewien mój znajomy chciał wypróbować tę metodę i najpierw zamierzał wyprowadzić się do willi z basenem. Niestety, żona z teściową się sprzeciwiły.
Druga szkoła jest techniczna. I do niej, jak na razie, należy zaliczyć orientację "Gazety Wyborczej". Są to podręczniki obsługi kobiety i rzadziej mężczyzny. Prościutkie. Kobieta jest mechanizmem mniej skomplikowanym od roweru na pedały. Mężczyzna jest skonstruowany jeszcze prościej. Podręczniki objaśniają, co i jak nacisnąć, żeby mechanizm funkcjonował. Niestety, świat zaludniony jest frustratami, którzy się naczytali, nawet nauczyli na pamięć, naciskali jak trzeba, a kobiety się od tego tylko psuły.
W czasach PRL istniała jeszcze szkoła darwinistyczna. Czyli na małpę. Człowiek jest nagą małpą i tak się powinien zachowywać. Skakać po meblach. Bić się poduszkami. Stroić miny. Pełny luz. Zwierzęca radość. Inny mój znajomy, wychowany na podręcznikach Wisłockiej, przeprowadził eksperyment na żonie. Położył ją na łóżku, wlazł na szafę w stroju Supermana i skoczył. Wylądowali razem z tapczanem dwa piętra niżej, w sklepie. I co powiecie? Był to sklep zoologiczny. Zatem w tej metodzie jednak coś jest.
Ameryka, jak zawsze, wyprzedza resztę świata. Podobno już niedługo uczeni, którzy rozszyfrowali DNA, złamią PIN kobiety. Wszystko będzie proste jak pobranie pieniędzy z automatu. Wsuniesz, gdzie trzeba, wciśniesz PIN i załatwione.
"Gazeta Wyborcza" obiecuje też, że wyjaśni rodzicom, jak rozmawiać z dziećmi na trudne tematy. Polecam sposób omówiony w piśmie "Cyrulik Warszawski" w roku 1930: Pewna zamożna rodzina najęła dla syna guwernera. Kiedy rodzice doszli do wniosku, że czas już dziecko uświadomić, żadne nie miało odwagi i poprosili o pomoc studenta. Guwerner zamknął się z chłopcem w gabinecie i zapytał - pamiętasz, jak pojechaliśmy w zeszłym tygodniu z dziewczynami nad rzekę? Pamiętam. A pamiętasz, cośmy z nimi robili? Pamiętam. No to ptaszki i motylki robią tak samo.
Niestety, mimo że ludzie od dawna mają rozmaite podręczniki, jak się kochać, ciągle snują się wśród nas jednostki blade, smutne, wzdychające i nieszczęśliwie zakochane. Może dlatego, że miłość i seks to nie to samo. W każdym razie, niezupełnie to samo.
Ale chcąc pomóc "Gazecie" w jej zbożnym dziele, zdradzę sekret, który mam od doświadczonego pszczelarza. Recepta przydatna wszystkim zakompleksionym z powodu rozmiarów męskości - najskuteczniejszym środkiem na powiększenie penisa jest jad pszczeli.
W tym czasie na Zachodzie nastąpiła tak zwana rewolucja seksualna, to znaczy równouprawnienie seksu z innymi przejawami życia. Tak się przynajmniej wydaje pokoleniu 68. Ale znacznie wcześniej, w międzywojniu, Jerzy Paczkowski pisał: "Złajany, że się w domu zachował cynicznie, Syn rzekł ojcu: mój cynizm ma strony dodatnie: My dziś w domach prywatnych robimy publicznie, To, coście wy w publicznych robili prywatnie". Rewolucja seksualna zdarzała się co pokolenie, a w polskiej literaturze jej heroldami byli i Mikołaj Rej, i Jan Andrzej Morsztyn, i Stanisław Trembecki, i Aleksander Fredro, i Boy Żeleński. Teraz pionierem jest Piotr Pacewicz. Odkrywanie seksu na nowo to coś jak wykopaliska. Wykopali starożytny garnek z hinduskim ornamentem i ugotowali w nim tradycyjny rosół.
Cykl "Gazety Wyborczej" nosi tytuł "Jak się kochać". W seksuologii generalnie istnieją dwie szkoły. Pierwsza - romantyczna, która twierdzi, że udane życie seksualne zależy od intymności, nastroju i poczucia bezpieczeństwa. Zalecenia są proste - wybrankę serca zaprasza się do położonej na ustroniu willi. Służba przygotowuje skromną, ale wykwintną kolację. Orkiestra cygańska dyskretnie gra za parawanem romanse.
Drobny upominek - kolia, diadem, bransoleta - przełamuje ostatnie lody. Po przetańczeniu kilku zmysłowych tang mężczyzna niesie damę do łożnicy sam, bez pomocy lokaja. Polewania ciała szampanem i scałowywanie kropli. Potem seksuologia zaleca, żeby robić to co zawsze i skutek będzie gwarantowany. Pewien mój znajomy chciał wypróbować tę metodę i najpierw zamierzał wyprowadzić się do willi z basenem. Niestety, żona z teściową się sprzeciwiły.
Druga szkoła jest techniczna. I do niej, jak na razie, należy zaliczyć orientację "Gazety Wyborczej". Są to podręczniki obsługi kobiety i rzadziej mężczyzny. Prościutkie. Kobieta jest mechanizmem mniej skomplikowanym od roweru na pedały. Mężczyzna jest skonstruowany jeszcze prościej. Podręczniki objaśniają, co i jak nacisnąć, żeby mechanizm funkcjonował. Niestety, świat zaludniony jest frustratami, którzy się naczytali, nawet nauczyli na pamięć, naciskali jak trzeba, a kobiety się od tego tylko psuły.
W czasach PRL istniała jeszcze szkoła darwinistyczna. Czyli na małpę. Człowiek jest nagą małpą i tak się powinien zachowywać. Skakać po meblach. Bić się poduszkami. Stroić miny. Pełny luz. Zwierzęca radość. Inny mój znajomy, wychowany na podręcznikach Wisłockiej, przeprowadził eksperyment na żonie. Położył ją na łóżku, wlazł na szafę w stroju Supermana i skoczył. Wylądowali razem z tapczanem dwa piętra niżej, w sklepie. I co powiecie? Był to sklep zoologiczny. Zatem w tej metodzie jednak coś jest.
Ameryka, jak zawsze, wyprzedza resztę świata. Podobno już niedługo uczeni, którzy rozszyfrowali DNA, złamią PIN kobiety. Wszystko będzie proste jak pobranie pieniędzy z automatu. Wsuniesz, gdzie trzeba, wciśniesz PIN i załatwione.
"Gazeta Wyborcza" obiecuje też, że wyjaśni rodzicom, jak rozmawiać z dziećmi na trudne tematy. Polecam sposób omówiony w piśmie "Cyrulik Warszawski" w roku 1930: Pewna zamożna rodzina najęła dla syna guwernera. Kiedy rodzice doszli do wniosku, że czas już dziecko uświadomić, żadne nie miało odwagi i poprosili o pomoc studenta. Guwerner zamknął się z chłopcem w gabinecie i zapytał - pamiętasz, jak pojechaliśmy w zeszłym tygodniu z dziewczynami nad rzekę? Pamiętam. A pamiętasz, cośmy z nimi robili? Pamiętam. No to ptaszki i motylki robią tak samo.
Niestety, mimo że ludzie od dawna mają rozmaite podręczniki, jak się kochać, ciągle snują się wśród nas jednostki blade, smutne, wzdychające i nieszczęśliwie zakochane. Może dlatego, że miłość i seks to nie to samo. W każdym razie, niezupełnie to samo.
Ale chcąc pomóc "Gazecie" w jej zbożnym dziele, zdradzę sekret, który mam od doświadczonego pszczelarza. Recepta przydatna wszystkim zakompleksionym z powodu rozmiarów męskości - najskuteczniejszym środkiem na powiększenie penisa jest jad pszczeli.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|