W sprawie aborcji Kaczyńscy obchodzili się z Markiem Jurkiem jak z jajkiem o bardzo wrażliwej skorupce. Dopiero w odpowiedzi na ponawiane ultimatum Jurka poszli na kompromis, choć ich serce - przynajmniej w dziedzinie aborcji - znajdowało się nieco bardziej po lewej stronie - pisze Cezary Michalski, zastępca redaktora naczelnego DZIENNIKA.
Najciekawszy komentarz do obecnego kryzysu politycznego dał Roman Giertych. Zaczepiony na sejmowym korytarzu przez ekipę TVN, przed głosowaniem w sprawie prezydenckich
poprawek do konstytucji, powiedział ze swoim szerokim uśmiechem nieukrywanej satysfakcji: "Współczuję posłom PiS. Bo kiedy my w LPR wierzymy w Boga, oni muszą wierzyć w
Kaczyńskiego".
To prawda, że wobec niedorozwoju instytucjonalnego polskiej polityki partyjnej, musiała się ona opierać na wierze w Millera, Kwaśniewskiego, Krzaklewskiego, Tuska czy Kaczyńskiego. Kiedy wiara w lidera słabła, formacji groziła zagłada, poza plecami liderów nie istniała stabilna partia ani świadomy swoich celów obóz polityczny. Ale prawdą jest także, że akurat spotkanie z Bogiem zawsze okazuje się dla polskiej prawicy progiem cywilizacyjnym, którego nie jest ona w stanie pokonać. Tak było w momencie rozpadu pierwszego szerokiego obozu popierającego Lecha Wałęsę - składającego się z potencjalnie ciekawej i sensownej koalicji liberałów, konserwatystów i narodowców - nad którym po raz pierwszy usiłowali wtedy zapanować Lech i Jarosław Kaczyńscy.
Kiedy ich wówczas likwidowano, spychano do narożnika, z każdej dziury na sejmowym korytarzu wypełzały całe tabuny ideowców, nie tylko tych wysyłanych w teren szczodrą ręką Mieczysława Wachowskiego, ale także ideowców jak najbardziej szczerych, którzy już wówczas roztkliwiali się nad losem nienarodzonych i wierzyli w swoją rolą politycznych namiestników Pana Boga do tego stopnia, że polityki już w ogóle nie byli w stanie uprawiać. Pozostawiając ostatecznie tę trudną sztukę Aleksandrowi Kwaśniewskiemu i Leszkowi Millerowi.
Podobnie było, kiedy rozpadał się AWS (przyznajmy, że ta akurat formacja rozpadała się malowniczo nieomalże od samego początku swego istnienia). Zawsze mona było w AWS znaleźć ideowców, którzy osobiste kontakty z Bogiem i wartościami traktowali poważniej niż lojalność wobec własnej instytucji politycznej i jej lidera, którego nie potrafili zastąpić, ale umieli przynajmniej osłabić.
Także dzisiaj, kiedy polska prawica dotarła najdalej w swojej historii - bo do Ministerstwa Sprawiedliwości, MSW, NBP, a nawet do archiwów IPN - na jej drodze pojawia się Bóg. Oczywiście reprezentowany przez ludzi o jednoznacznych ideowych poglądach. Przy tej okazji zmartwychwstał nawet nieskazitelnie ideowy Henryk Goryszewski, który w studio TVN 24 obiecał powrót do czynnej polityki, aby bronić Boga i narodowej suwerenności przed... Kaczyńskimi. Dla porządku dodam, że porównywanie Marka Jurka z Henrykiem Goryszewskim nawet jeszcze dzisiaj nie przychodzi mi do głowy (chociaż kto wie, z kim marszałek Sejmu będzie ostatecznie musiał tworzyć swoją nową, nieskazitelną światopoglądowo formację). Przypominam jedynie, kto i w jakich sytuacjach reprezentuje Boga i narodowe wartości na polskiej prawicy.
Piekło dobrych intencji
Problem w tym, że jakość naszych osobistych kontaktów z Bogiem jest nieweryfikowalna. Być może to, czemu ulegamy, to Bóg we własnej osobie, a być może jedynie nasze osobiste ambicje, żądza władzy, poczucie wyższości w stosunku do upadłego świata nowoczesnej demokracji - które szukają sobie transcendentnego usprawiedliwienia. Tymczasem stosunek do instytucji - dla polityka np. stosunek do partii, którą współtworzy, do jej lidera i programu - daje się zweryfikować docześnie i obiektywnie.
Po prostu widać, jak kto się w polityce zachowuje i widać bardzo szybko tego zachowania konsekwencje. Prawicowi przyjaciele Pana Boga, pragnący zakładać własne partie (choćby i niewielkie), żeby wyrażały czyste wartości, zawsze marnowali w III RP wszelkie polityczne okazje na realizację choćby części swego programu i zazwyczaj przyspieszali tylko odzyskiwanie władzy przez postkomunistów, których stosunek do Boga jest nieporównanie bardziej zdystansowany.
Oczywiście z cywilizacyjnego, instytucjonalnego niedorozwoju rozliczać należy nie tylko działaczy partyjnych, ale także samych partyjnych liderów. Nie jest już dla nikogo tajemnicą, że bracia Kaczyńscy nie są mistrzami w dziedzinie zarządzania zasobami ludzkimi. Błyskotliwe, niezbyt długie i zakończone w dość podobny sposób kariery Kazimierza Marcinkiewicza, Radka Sikorskiego czy Bronisława Wildsteina pod rządami PiS, są tego wystarczającym dowodem. Jarosław Kaczyński (nie mówiąc już o Lechu) musi być jako lider więcej niż trudny. Zapewne przebieg obecnego kryzysu jest ze strony Marka Jurka formą odreagowania jakichś długo znoszonych upokorzeń, które być może potrafił jeszcze znosić ze strony Jarosława Kaczyńskiego obdarzonego pewną charyzmą, ale już nie ze strony jego partyjnych żołnierzy.
Gwoli uczciwości trzeba jednak przypomnieć, że akurat w sprawie aborcji Kaczyńscy obchodzili się z Markiem Jurkiem jak z jajkiem o bardzo wrażliwej skorupce. Początkowo ani premier, ani prezydent nie chcieli w ogóle ruszać sprawy aborcji. Dopiero w odpowiedzi na ponawiane ultimatum Jurka poszli na kompromis, choć ich serce - przynajmniej w dziedzinie aborcji - znajdowało się nieco bardziej po lewej stronie. Czego dowodzi choćby ich nieustające poparcie dla Joanny Kluzik-Rostkowskiej, która jeszcze większą uwagę niż dzieciom poczętym, poświęca dzieciom narodzonym, a nawet ich matkom.
Prezydent ostatecznie przedstawił jednak propozycję poprawek do konstytucji, które niestety nie zadowoliły Marka Jurka, choć to wyłącznie jemu były dedykowane. I w przypadku ich przyjęcia oznaczałyby dodatkowe wzmocnienie obecnej ustawy. Przyznam szczerze, że byłem zaskoczony stosunkiem głosów, jakim przegrały prezydenckie poprawki. Okazało się, że mogły bez trudu zostać uchwalone, bo zagłosowała za nimi grupa konserwatywnych posłów PO.
Ale na przesunięcie polskiego ustawodawstwa aborcyjnego jeszcze nieco w prawo nie pozwolił Marek Jurek i grupa bliskich mu posłów PiS. To ich głosów zabrakło, aby PiS wyszło z awantury z twarzą, aby w konstytucji znalazły się dodatkowe zabezpieczenia utrudniające swobodną partyjną grę ustawą aborcyjną. I sądzę, że gdyby Kazimiera Szczuka, Magda Środa i Kasia Bratkowska były wystarczająco dowcipne, posłałyby teraz Markowi Jurkowi wielki bukiet róż.
Każdemu obserwatorowi polskiej polityki nasuwa się zatem pytanie, czy Marek Jurek osłabił PiS, aby wzmocnić ochronę życia poczętego, czy też użył ochrony życia poczętego, aby osłabić PiS. Bez względu na jego intencje, prawdziwa jest odpowiedź druga. W konsekwencji ostatnich politycznych decyzji Marka Jurka realna ochrona życia poczętego w Polsce uległa osłabieniu. Bo znacznemu osłabieniu uległa jedna z dwóch partii, których kierownictwu zależy na utrzymaniu obecnej ustawy antyaborcyjnej.
Powtórzmy po raz tysięczny, bo może za tysięcznym razem ta oczywistość dotrze do szlachetnych uszu polskich katolików politycznych - ustawy bardzo daleko przesuniętej na prawo, delegalizujących i penalizujących 99 proc. przypadków aborcji. Ustawy, dzięki której Polska jest jednym z trzech krajów UE o najbardziej restrykcyjnym ustawodawstwie w tym zakresie. Z lekka jedynie wyprzedzanych przez Irlandię i Maltę, których skądinąd nikt za to w Brukseli nie gromi. Irlandii zapewne dlatego, że przez lata była kolonią brytyjską, więc zachodni Europejczycy mają wobec niej nieczyste sumienie. Polska była przez wieki kolonią rosyjską, nie okazując w dodatku z tego powodu żadnego zadowolenia, co dla części zachodnich Europejczyków do dziś pozostaje wystarczającym dowodem naszej ksenofobii.
Nowi obrońcy nienarodzonych
Krakowski dziennikarz Wojciech Czuchnowski, kiedy nie był jeszcze dziennikarzem "Gazety Wyborczej", ujawnił w 2000 roku na łamach "Dziennika Polskiego" wyjątkowo ciekawą instrukcję SB z 1989 roku. Ostatnio, właśnie w kontekście aborcyjnego konfliktu, na swoim blogu w "Salonie 24" przypomniała ją Joanna Lichocka. Niejaki płk J. Podolski, naczelnik Wydziału I Departamentu III MSW zalecał w niej, aby agenci SB chodzili na spotkania wyborcze kandydatów "Solidarności" i nieustannie zadawali pytania o ich stosunek do aborcji.
Do tego wystarczyło jeszcze uruchomić paru księży i biskupów o konsekwentnych poglądach teologicznych, ale niezbyt konsekwentnych biografiach - i dalej maszynka kręciła się sama. Celowe prowokowanie Kulturkampfu miało uniemożliwić zbudowanie niekomunistycznego obozu politycznego. Nie dlatego, że Polacy mogli uniknąć sporów światopoglądowych, ale dlatego, że wychowani w złudnej jedności solidarnościowego mitu nie dorośliśmy wtedy do tego, aby w tych sporach rozumieć także drugą stronę i być zdolnymi do wypracowania sensownych kompromisów.
Tak było w 1989 i tak zostało do dzisiaj - przynajmniej po prawej stronie naszej sceny politycznej. Aborcja podrzucona na drogę polskiej prawicy zawsze sprawia, że prawica się potknie. Wydawałoby się, że po 18 latach powtarzania tej lekcji osoba tak inteligentna jak Marek Jurek powinna już ją umieć na pamięć. Niestety tak nie jest. Jurkowi powinno też dać do myślenia to, że wielu przeciwników polskiej prawicy, którzy jeszcze kilka dni temu uważali marszałka Sejmu za ostateczne zło, dziś zachwyca się publicznie jego ideowością i politycznym zdecydowaniem.
Będą się zachwycać jeszcze bardziej, jeśli doprowadzi do upadku rządu i szybkich wyborów. Wielu ludzi o poglądach najbardziej nawet odległych od narodowo-katolickiej prawicy zaproponowałoby dzisiaj Jurkowi bez wahania poparcie każdej formy zakazu aborcji, łącznie ze zgodą na tarzanie upadłych kobiet w smole i pierzu jako karę uzupełniającą. Zaproponują mu wszystko, byle by tylko za tę cenę pozbyć się Ziobry z Ministerstwa Sprawiedliwości, Kaczmarka z MSW, wreszcie, by dorwać się do archiwów IPN-u i zatrudnionych tam historyków zastąpić jakąś uznaniową komisją z udziałem Adama Michnika albo któregoś z jego licznych klonów. Taka komisja szybko ustali, że w archiwach nic nie ma, i wobec tego należy je spalić, a popioły okadzić w mszy dziękczynnej z udziałem arcybiskupów Wielgusa i Paetza.
Powstaje jednak pytanie, czy Marek Jurek zgodzi się odegrać w takim scenariuszu rolę pożytecznego idioty? I jeszcze jedno, czy Paweł Lisicki, Marcin Dominik Zdort i Tomasz Terlikowski będą mu dalej przygrywać na werbelku, ażeby jeszcze raźniej podążał swoją nową drogą?
Nie wszyscy przegrali
Na ostatnim konflikcie wokół aborcji skorzystało PO, i to skorzystało w pełni zasłużenie. Gdyby nie jawne szaleństwo Janusza Palikota, sobotnią konferencję programowo-pojednawczą Platformy można by uznać za gigantyczny sukces. Może nie dlatego, że np. z wystąpienia Andrzeja Olechowskiego dowiedzieliśmy się czegoś szczególnie zaskakująco nowego zarówno o mówcy, jak i o współczesnej Polsce, ale dlatego, że wewnętrzne kłopoty Platformy rzeczywiście zbladły na tle jatki, jaką swojej partii urządzał tego dnia Marek Jurek.
W tej akurat rozgrywce Donald Tusk nie popełnił błędu. Po pierwsze, w partii tak skomplikowanej pod względem ideowym jak PO nie wprowadził dyscypliny głosowania w sprawie antyaborcyjnych poprawek do Konstytucji. Nie bez racji uznał, że zawiłe fronty polskiego Kulturkampfu przechodzą przez środek różnych partii, a i tak słabej polskiej polityce powinno się jak to tylko możliwe oszczędzać bezpośrednich spotkań z Panem Bogiem.
Po drugie, w momencie, kiedy dzięki Jurkowi PiS przestawało być partią w kwestiach światopoglądowych umiarkowaną i przewidywalną - Donald Tusk zadeklarował, że Platforma nie zgodzi się na kontestowanie aborcyjnego kompromisu przez SLD (wciąż trudno mi nazywać tę partię "lewicą", i Józef Oleksy pewnie się ze mną zgodzi, przynajmniej jeśli znów znajdzie się kiedyś pod wpływem podanego mu przez Aleksandra Gudzowatego serum prawdy). Może ta umiarkowana deklaracja Donalda Tuska nie spotka się z poklaskiem Jacka Żakowskiego czy paru gwiazd dziennikarstwa z "Gazety Wyborczej", które wspierają PO wyłącznie dlatego, że od Kaczyńskich wolałyby nawet diabła. Ale na pewno taką deklarację lidera Platformy doceni umiarkowany elektorat tej partii.
Może tylko w swojej publicznej pochwale Marka Jurka Donald Tusk nieco się zapędził. Hipokryzja jest w polityce potrzebna i uzasadniona, ale nie należy przekraczać pewnych granic. No bo albo szczerze bronimy liberalnego minimum przed wysłannikami Pana Boga w smutnych trzyczęściowych garniturach, albo jest nam naprawdę wszystko jedno.
To prawda, że wobec niedorozwoju instytucjonalnego polskiej polityki partyjnej, musiała się ona opierać na wierze w Millera, Kwaśniewskiego, Krzaklewskiego, Tuska czy Kaczyńskiego. Kiedy wiara w lidera słabła, formacji groziła zagłada, poza plecami liderów nie istniała stabilna partia ani świadomy swoich celów obóz polityczny. Ale prawdą jest także, że akurat spotkanie z Bogiem zawsze okazuje się dla polskiej prawicy progiem cywilizacyjnym, którego nie jest ona w stanie pokonać. Tak było w momencie rozpadu pierwszego szerokiego obozu popierającego Lecha Wałęsę - składającego się z potencjalnie ciekawej i sensownej koalicji liberałów, konserwatystów i narodowców - nad którym po raz pierwszy usiłowali wtedy zapanować Lech i Jarosław Kaczyńscy.
Kiedy ich wówczas likwidowano, spychano do narożnika, z każdej dziury na sejmowym korytarzu wypełzały całe tabuny ideowców, nie tylko tych wysyłanych w teren szczodrą ręką Mieczysława Wachowskiego, ale także ideowców jak najbardziej szczerych, którzy już wówczas roztkliwiali się nad losem nienarodzonych i wierzyli w swoją rolą politycznych namiestników Pana Boga do tego stopnia, że polityki już w ogóle nie byli w stanie uprawiać. Pozostawiając ostatecznie tę trudną sztukę Aleksandrowi Kwaśniewskiemu i Leszkowi Millerowi.
Podobnie było, kiedy rozpadał się AWS (przyznajmy, że ta akurat formacja rozpadała się malowniczo nieomalże od samego początku swego istnienia). Zawsze mona było w AWS znaleźć ideowców, którzy osobiste kontakty z Bogiem i wartościami traktowali poważniej niż lojalność wobec własnej instytucji politycznej i jej lidera, którego nie potrafili zastąpić, ale umieli przynajmniej osłabić.
Także dzisiaj, kiedy polska prawica dotarła najdalej w swojej historii - bo do Ministerstwa Sprawiedliwości, MSW, NBP, a nawet do archiwów IPN - na jej drodze pojawia się Bóg. Oczywiście reprezentowany przez ludzi o jednoznacznych ideowych poglądach. Przy tej okazji zmartwychwstał nawet nieskazitelnie ideowy Henryk Goryszewski, który w studio TVN 24 obiecał powrót do czynnej polityki, aby bronić Boga i narodowej suwerenności przed... Kaczyńskimi. Dla porządku dodam, że porównywanie Marka Jurka z Henrykiem Goryszewskim nawet jeszcze dzisiaj nie przychodzi mi do głowy (chociaż kto wie, z kim marszałek Sejmu będzie ostatecznie musiał tworzyć swoją nową, nieskazitelną światopoglądowo formację). Przypominam jedynie, kto i w jakich sytuacjach reprezentuje Boga i narodowe wartości na polskiej prawicy.
Piekło dobrych intencji
Problem w tym, że jakość naszych osobistych kontaktów z Bogiem jest nieweryfikowalna. Być może to, czemu ulegamy, to Bóg we własnej osobie, a być może jedynie nasze osobiste ambicje, żądza władzy, poczucie wyższości w stosunku do upadłego świata nowoczesnej demokracji - które szukają sobie transcendentnego usprawiedliwienia. Tymczasem stosunek do instytucji - dla polityka np. stosunek do partii, którą współtworzy, do jej lidera i programu - daje się zweryfikować docześnie i obiektywnie.
Po prostu widać, jak kto się w polityce zachowuje i widać bardzo szybko tego zachowania konsekwencje. Prawicowi przyjaciele Pana Boga, pragnący zakładać własne partie (choćby i niewielkie), żeby wyrażały czyste wartości, zawsze marnowali w III RP wszelkie polityczne okazje na realizację choćby części swego programu i zazwyczaj przyspieszali tylko odzyskiwanie władzy przez postkomunistów, których stosunek do Boga jest nieporównanie bardziej zdystansowany.
Oczywiście z cywilizacyjnego, instytucjonalnego niedorozwoju rozliczać należy nie tylko działaczy partyjnych, ale także samych partyjnych liderów. Nie jest już dla nikogo tajemnicą, że bracia Kaczyńscy nie są mistrzami w dziedzinie zarządzania zasobami ludzkimi. Błyskotliwe, niezbyt długie i zakończone w dość podobny sposób kariery Kazimierza Marcinkiewicza, Radka Sikorskiego czy Bronisława Wildsteina pod rządami PiS, są tego wystarczającym dowodem. Jarosław Kaczyński (nie mówiąc już o Lechu) musi być jako lider więcej niż trudny. Zapewne przebieg obecnego kryzysu jest ze strony Marka Jurka formą odreagowania jakichś długo znoszonych upokorzeń, które być może potrafił jeszcze znosić ze strony Jarosława Kaczyńskiego obdarzonego pewną charyzmą, ale już nie ze strony jego partyjnych żołnierzy.
Gwoli uczciwości trzeba jednak przypomnieć, że akurat w sprawie aborcji Kaczyńscy obchodzili się z Markiem Jurkiem jak z jajkiem o bardzo wrażliwej skorupce. Początkowo ani premier, ani prezydent nie chcieli w ogóle ruszać sprawy aborcji. Dopiero w odpowiedzi na ponawiane ultimatum Jurka poszli na kompromis, choć ich serce - przynajmniej w dziedzinie aborcji - znajdowało się nieco bardziej po lewej stronie. Czego dowodzi choćby ich nieustające poparcie dla Joanny Kluzik-Rostkowskiej, która jeszcze większą uwagę niż dzieciom poczętym, poświęca dzieciom narodzonym, a nawet ich matkom.
Prezydent ostatecznie przedstawił jednak propozycję poprawek do konstytucji, które niestety nie zadowoliły Marka Jurka, choć to wyłącznie jemu były dedykowane. I w przypadku ich przyjęcia oznaczałyby dodatkowe wzmocnienie obecnej ustawy. Przyznam szczerze, że byłem zaskoczony stosunkiem głosów, jakim przegrały prezydenckie poprawki. Okazało się, że mogły bez trudu zostać uchwalone, bo zagłosowała za nimi grupa konserwatywnych posłów PO.
Ale na przesunięcie polskiego ustawodawstwa aborcyjnego jeszcze nieco w prawo nie pozwolił Marek Jurek i grupa bliskich mu posłów PiS. To ich głosów zabrakło, aby PiS wyszło z awantury z twarzą, aby w konstytucji znalazły się dodatkowe zabezpieczenia utrudniające swobodną partyjną grę ustawą aborcyjną. I sądzę, że gdyby Kazimiera Szczuka, Magda Środa i Kasia Bratkowska były wystarczająco dowcipne, posłałyby teraz Markowi Jurkowi wielki bukiet róż.
Każdemu obserwatorowi polskiej polityki nasuwa się zatem pytanie, czy Marek Jurek osłabił PiS, aby wzmocnić ochronę życia poczętego, czy też użył ochrony życia poczętego, aby osłabić PiS. Bez względu na jego intencje, prawdziwa jest odpowiedź druga. W konsekwencji ostatnich politycznych decyzji Marka Jurka realna ochrona życia poczętego w Polsce uległa osłabieniu. Bo znacznemu osłabieniu uległa jedna z dwóch partii, których kierownictwu zależy na utrzymaniu obecnej ustawy antyaborcyjnej.
Powtórzmy po raz tysięczny, bo może za tysięcznym razem ta oczywistość dotrze do szlachetnych uszu polskich katolików politycznych - ustawy bardzo daleko przesuniętej na prawo, delegalizujących i penalizujących 99 proc. przypadków aborcji. Ustawy, dzięki której Polska jest jednym z trzech krajów UE o najbardziej restrykcyjnym ustawodawstwie w tym zakresie. Z lekka jedynie wyprzedzanych przez Irlandię i Maltę, których skądinąd nikt za to w Brukseli nie gromi. Irlandii zapewne dlatego, że przez lata była kolonią brytyjską, więc zachodni Europejczycy mają wobec niej nieczyste sumienie. Polska była przez wieki kolonią rosyjską, nie okazując w dodatku z tego powodu żadnego zadowolenia, co dla części zachodnich Europejczyków do dziś pozostaje wystarczającym dowodem naszej ksenofobii.
Nowi obrońcy nienarodzonych
Krakowski dziennikarz Wojciech Czuchnowski, kiedy nie był jeszcze dziennikarzem "Gazety Wyborczej", ujawnił w 2000 roku na łamach "Dziennika Polskiego" wyjątkowo ciekawą instrukcję SB z 1989 roku. Ostatnio, właśnie w kontekście aborcyjnego konfliktu, na swoim blogu w "Salonie 24" przypomniała ją Joanna Lichocka. Niejaki płk J. Podolski, naczelnik Wydziału I Departamentu III MSW zalecał w niej, aby agenci SB chodzili na spotkania wyborcze kandydatów "Solidarności" i nieustannie zadawali pytania o ich stosunek do aborcji.
Do tego wystarczyło jeszcze uruchomić paru księży i biskupów o konsekwentnych poglądach teologicznych, ale niezbyt konsekwentnych biografiach - i dalej maszynka kręciła się sama. Celowe prowokowanie Kulturkampfu miało uniemożliwić zbudowanie niekomunistycznego obozu politycznego. Nie dlatego, że Polacy mogli uniknąć sporów światopoglądowych, ale dlatego, że wychowani w złudnej jedności solidarnościowego mitu nie dorośliśmy wtedy do tego, aby w tych sporach rozumieć także drugą stronę i być zdolnymi do wypracowania sensownych kompromisów.
Tak było w 1989 i tak zostało do dzisiaj - przynajmniej po prawej stronie naszej sceny politycznej. Aborcja podrzucona na drogę polskiej prawicy zawsze sprawia, że prawica się potknie. Wydawałoby się, że po 18 latach powtarzania tej lekcji osoba tak inteligentna jak Marek Jurek powinna już ją umieć na pamięć. Niestety tak nie jest. Jurkowi powinno też dać do myślenia to, że wielu przeciwników polskiej prawicy, którzy jeszcze kilka dni temu uważali marszałka Sejmu za ostateczne zło, dziś zachwyca się publicznie jego ideowością i politycznym zdecydowaniem.
Będą się zachwycać jeszcze bardziej, jeśli doprowadzi do upadku rządu i szybkich wyborów. Wielu ludzi o poglądach najbardziej nawet odległych od narodowo-katolickiej prawicy zaproponowałoby dzisiaj Jurkowi bez wahania poparcie każdej formy zakazu aborcji, łącznie ze zgodą na tarzanie upadłych kobiet w smole i pierzu jako karę uzupełniającą. Zaproponują mu wszystko, byle by tylko za tę cenę pozbyć się Ziobry z Ministerstwa Sprawiedliwości, Kaczmarka z MSW, wreszcie, by dorwać się do archiwów IPN-u i zatrudnionych tam historyków zastąpić jakąś uznaniową komisją z udziałem Adama Michnika albo któregoś z jego licznych klonów. Taka komisja szybko ustali, że w archiwach nic nie ma, i wobec tego należy je spalić, a popioły okadzić w mszy dziękczynnej z udziałem arcybiskupów Wielgusa i Paetza.
Powstaje jednak pytanie, czy Marek Jurek zgodzi się odegrać w takim scenariuszu rolę pożytecznego idioty? I jeszcze jedno, czy Paweł Lisicki, Marcin Dominik Zdort i Tomasz Terlikowski będą mu dalej przygrywać na werbelku, ażeby jeszcze raźniej podążał swoją nową drogą?
Nie wszyscy przegrali
Na ostatnim konflikcie wokół aborcji skorzystało PO, i to skorzystało w pełni zasłużenie. Gdyby nie jawne szaleństwo Janusza Palikota, sobotnią konferencję programowo-pojednawczą Platformy można by uznać za gigantyczny sukces. Może nie dlatego, że np. z wystąpienia Andrzeja Olechowskiego dowiedzieliśmy się czegoś szczególnie zaskakująco nowego zarówno o mówcy, jak i o współczesnej Polsce, ale dlatego, że wewnętrzne kłopoty Platformy rzeczywiście zbladły na tle jatki, jaką swojej partii urządzał tego dnia Marek Jurek.
W tej akurat rozgrywce Donald Tusk nie popełnił błędu. Po pierwsze, w partii tak skomplikowanej pod względem ideowym jak PO nie wprowadził dyscypliny głosowania w sprawie antyaborcyjnych poprawek do Konstytucji. Nie bez racji uznał, że zawiłe fronty polskiego Kulturkampfu przechodzą przez środek różnych partii, a i tak słabej polskiej polityce powinno się jak to tylko możliwe oszczędzać bezpośrednich spotkań z Panem Bogiem.
Po drugie, w momencie, kiedy dzięki Jurkowi PiS przestawało być partią w kwestiach światopoglądowych umiarkowaną i przewidywalną - Donald Tusk zadeklarował, że Platforma nie zgodzi się na kontestowanie aborcyjnego kompromisu przez SLD (wciąż trudno mi nazywać tę partię "lewicą", i Józef Oleksy pewnie się ze mną zgodzi, przynajmniej jeśli znów znajdzie się kiedyś pod wpływem podanego mu przez Aleksandra Gudzowatego serum prawdy). Może ta umiarkowana deklaracja Donalda Tuska nie spotka się z poklaskiem Jacka Żakowskiego czy paru gwiazd dziennikarstwa z "Gazety Wyborczej", które wspierają PO wyłącznie dlatego, że od Kaczyńskich wolałyby nawet diabła. Ale na pewno taką deklarację lidera Platformy doceni umiarkowany elektorat tej partii.
Może tylko w swojej publicznej pochwale Marka Jurka Donald Tusk nieco się zapędził. Hipokryzja jest w polityce potrzebna i uzasadniona, ale nie należy przekraczać pewnych granic. No bo albo szczerze bronimy liberalnego minimum przed wysłannikami Pana Boga w smutnych trzyczęściowych garniturach, albo jest nam naprawdę wszystko jedno.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|