Nie uważam Marka Jurka za szlachetnego rycerza na białym koniu, który wojuje w imię swoich racji. Moim zdaniem kalkuluje on jak każdy inny polityk. A jego zachowanie to warcholstwo. Tego typu fundamentalnych sporów prawica powinna unikać, bo w przeciwnym razie powróci do kondycji z początku lat 90., kiedy to wstrząsały nią wewnętrzne konflikty ideologiczne, a nie polityczne - pisze w "Fakcie" politolog Marek Migalski.
Trzeba przyznać Jurkowi, że dokonał fantastycznego manewru. Najpierw nie udało mu się doprowadzić do przeforsowania korzystnych dla siebie zmian w konstytucji. Potem
sprokurował konflikt wewnątrz PiS. Powinien więc być obiektem powszechnej krytyki. Tymczasem w 48 godzin stał się osobą wychwalaną pod niebiosa. W tę grę wpisał się nawet premier.
Przeprosił marszałka i zaprosił go z powrotem do PiS.
Do tego momentu był to manewr perfekcyjny. Jurek pozował na Katona polskiej polityki, osobę niezwykle moralną, dotrzymującą obietnic. Tyle tylko, że tę grę należało zakończyć powrotem do PiS na zaproszenie Jarosława Kaczyńskiego. Odbyłoby się to na podyktowanych przez Jurka warunkach, zwiększających w PiS jego własną rolę i rolę jego środowiska politycznego. W ten sposób byłby dziś pierwszoplanowym politykiem pierwszoligowej formacji politycznej. Jednak Marek Jurek przeszarżował. Skazał się na byt pozapisowski, który w przyszłości zapewni mu w najlepszym razie pozycję drugoplanowego polityka drugoligowej formacji.
Kalkulował zapewne tak: wychodzę z PiS, a ze mną wielu posłów. Zakładam klub. Wspieram rząd jako niezależny w oczach wyborców, kierujący się głównie moralnością, nowy podmiot polityczny. Mógł także planować, że wejdzie do koalicji jako piąty koalicjant (po Ruchu Ludowo-Narodowym), któremu musiałoby przypaść kilka teczek.
Jeśli jednak liczył na wcześniejsze wybory, popełnił wielki błąd. W takiej sytuacji jego śmieszna partyjka dostałaby ledwie kilka procent głosów. To byłoby posunięcie zabójcze dla programu politycznego Marka Jurka. Co jak co, ale wcześniejsze wybory przyniosą pogorszenie możliwości realizacji jego wizji Polski. I pogorszenie jego pozycji w stosunku do tej, którą miałby, gdyby został w PiS.
Marszałek popełnił błąd. Zachował się jak klasyczny warchoł, szesnastowieczny szlachciura, któremu coś nie wyszło, więc postawił weto i rozwala formację. A przecież jego wizję Polski rządząca formacja realizuje w największym stopniu, jak to jest tylko możliwe. Tymczasem rozbicie tego układu, osłabienie PiS, wcześniejsze wybory wyniosą do władzy PO i SLD.
Jurek oddał dziś w imię głupoty politycznej realny wpływ, i to większy niż miał przed porażką. To znaczy, że albo nie nadaje się na polityka, bo kieruje się tylko emocjami i tylko moralnością lub przelicytował, popełnił błąd. Skazał się w ten sposób na znalezienie się na marginesie życia politycznego. Tak jak niegdyś uczynił to jego wielki przyjaciel Jan Łopuszański.
Za Markiem Jurkiem nie pójdą ludzie byłego ZCh-N. W PiS nie istnieje coś takiego jak spójna grupa byłych zetchaenowców, która realizowałaby jednolity program polityczny. Pomiędzy Markiem Jurkiem, Kazimierzem Marcinkiewiczem czy Michałem Kamińskim są wielkie różnice. Kamiński na przykład jest głównym halabardnikiem Kaczyńskich i świetnie się odnalazł na ich dworze. Byli zetchaenowcy, którzy pozostali w PiS-ie, nie stanowią integralnej całości, nie współpracują ze sobą. Każdy postawił na siebie, swoją wizję, swój interes i na własną koncepcję polityczną. Jednym jest bliżej do Kaczyńskich, innym dalej. Jedni są takimi fundamentalistami jak Marek Jurek, a inni są prawdziwymi politykami, jak Kamiński, którzy mają świadomość, że tylko w formule tak szerokiej partii prawicowej jak PiS mogą realizować swe ideały.
Dzisiejsze różne losy polityków byłego ZCh-N świadczą o tym, jak błędnie opisywano tę partię na początku lat 90. Zbadałem jej usytuowanie na ówczesnej scenie politycznej i doszedłem do wniosku, że nie było to takie oszołomstwo, jak donosiły media. Było to ugrupowanie umiarkowanie liberalne w kwestiach rynkowych, wyraziste w sprawach obyczajowych, jednak bez szaleństw. Dzisiejsze rozproszenie tego środowiska (także w przestrzeni liberalnej, jak Marcinkiewicz) świadczy o tym, że przypisana im wówczas gęba zakapiorów, oszołomów i ortodoksów była tylko gębą, a nie prawdą. Dlatego nie ma sensu mówienie dziś o zwartej grupie, która mogłaby zagrać na siebie i zdziałać coś razem. Dziś możemy jedynie mówić o pojedynczych posłach byłego ZCh-N, a nie o postzetchaenowskiej grupie posłów. Tacy ludzie, jak Marcinkiewicz, Jurek, Kamiński, inaczej interpretują swą obecność w PiS. Nie łączy ich nic poza przywiązaniem do konserwatywnych wartości.
Czy to oznacza, że PiS jest bezpieczny i nie grozi mu rozpad? Nie do końca. Jeśli jest w PiS grupa osób, która mogłaby dokonać rebelii, to nie tworzą jej byli zetchaenowcy, a raczej byłe Przymierze Prawicy. Ta grupa może podjąć szeroką próbę podziału, mobilizując dodatkowo część niezadowolonych polityków PO, takich jak Rokita, Buzek. A także roninów polskiej polityki, takich jak Płażyński czy Steinchoff. ZCh-N nie stanowi zagrożenia dla integralności PiS. Stanowią je jednak działacze PiS, którzy są sekowani w stosunku do dawnych działaczy PC. Ewentualnej rebelii mogliby dokonać ludzie tacy jak Marcinkiewicz, Ujazdowski czy Polaczek.
Do tego momentu był to manewr perfekcyjny. Jurek pozował na Katona polskiej polityki, osobę niezwykle moralną, dotrzymującą obietnic. Tyle tylko, że tę grę należało zakończyć powrotem do PiS na zaproszenie Jarosława Kaczyńskiego. Odbyłoby się to na podyktowanych przez Jurka warunkach, zwiększających w PiS jego własną rolę i rolę jego środowiska politycznego. W ten sposób byłby dziś pierwszoplanowym politykiem pierwszoligowej formacji politycznej. Jednak Marek Jurek przeszarżował. Skazał się na byt pozapisowski, który w przyszłości zapewni mu w najlepszym razie pozycję drugoplanowego polityka drugoligowej formacji.
Kalkulował zapewne tak: wychodzę z PiS, a ze mną wielu posłów. Zakładam klub. Wspieram rząd jako niezależny w oczach wyborców, kierujący się głównie moralnością, nowy podmiot polityczny. Mógł także planować, że wejdzie do koalicji jako piąty koalicjant (po Ruchu Ludowo-Narodowym), któremu musiałoby przypaść kilka teczek.
Jeśli jednak liczył na wcześniejsze wybory, popełnił wielki błąd. W takiej sytuacji jego śmieszna partyjka dostałaby ledwie kilka procent głosów. To byłoby posunięcie zabójcze dla programu politycznego Marka Jurka. Co jak co, ale wcześniejsze wybory przyniosą pogorszenie możliwości realizacji jego wizji Polski. I pogorszenie jego pozycji w stosunku do tej, którą miałby, gdyby został w PiS.
Marszałek popełnił błąd. Zachował się jak klasyczny warchoł, szesnastowieczny szlachciura, któremu coś nie wyszło, więc postawił weto i rozwala formację. A przecież jego wizję Polski rządząca formacja realizuje w największym stopniu, jak to jest tylko możliwe. Tymczasem rozbicie tego układu, osłabienie PiS, wcześniejsze wybory wyniosą do władzy PO i SLD.
Jurek oddał dziś w imię głupoty politycznej realny wpływ, i to większy niż miał przed porażką. To znaczy, że albo nie nadaje się na polityka, bo kieruje się tylko emocjami i tylko moralnością lub przelicytował, popełnił błąd. Skazał się w ten sposób na znalezienie się na marginesie życia politycznego. Tak jak niegdyś uczynił to jego wielki przyjaciel Jan Łopuszański.
Za Markiem Jurkiem nie pójdą ludzie byłego ZCh-N. W PiS nie istnieje coś takiego jak spójna grupa byłych zetchaenowców, która realizowałaby jednolity program polityczny. Pomiędzy Markiem Jurkiem, Kazimierzem Marcinkiewiczem czy Michałem Kamińskim są wielkie różnice. Kamiński na przykład jest głównym halabardnikiem Kaczyńskich i świetnie się odnalazł na ich dworze. Byli zetchaenowcy, którzy pozostali w PiS-ie, nie stanowią integralnej całości, nie współpracują ze sobą. Każdy postawił na siebie, swoją wizję, swój interes i na własną koncepcję polityczną. Jednym jest bliżej do Kaczyńskich, innym dalej. Jedni są takimi fundamentalistami jak Marek Jurek, a inni są prawdziwymi politykami, jak Kamiński, którzy mają świadomość, że tylko w formule tak szerokiej partii prawicowej jak PiS mogą realizować swe ideały.
Dzisiejsze różne losy polityków byłego ZCh-N świadczą o tym, jak błędnie opisywano tę partię na początku lat 90. Zbadałem jej usytuowanie na ówczesnej scenie politycznej i doszedłem do wniosku, że nie było to takie oszołomstwo, jak donosiły media. Było to ugrupowanie umiarkowanie liberalne w kwestiach rynkowych, wyraziste w sprawach obyczajowych, jednak bez szaleństw. Dzisiejsze rozproszenie tego środowiska (także w przestrzeni liberalnej, jak Marcinkiewicz) świadczy o tym, że przypisana im wówczas gęba zakapiorów, oszołomów i ortodoksów była tylko gębą, a nie prawdą. Dlatego nie ma sensu mówienie dziś o zwartej grupie, która mogłaby zagrać na siebie i zdziałać coś razem. Dziś możemy jedynie mówić o pojedynczych posłach byłego ZCh-N, a nie o postzetchaenowskiej grupie posłów. Tacy ludzie, jak Marcinkiewicz, Jurek, Kamiński, inaczej interpretują swą obecność w PiS. Nie łączy ich nic poza przywiązaniem do konserwatywnych wartości.
Czy to oznacza, że PiS jest bezpieczny i nie grozi mu rozpad? Nie do końca. Jeśli jest w PiS grupa osób, która mogłaby dokonać rebelii, to nie tworzą jej byli zetchaenowcy, a raczej byłe Przymierze Prawicy. Ta grupa może podjąć szeroką próbę podziału, mobilizując dodatkowo część niezadowolonych polityków PO, takich jak Rokita, Buzek. A także roninów polskiej polityki, takich jak Płażyński czy Steinchoff. ZCh-N nie stanowi zagrożenia dla integralności PiS. Stanowią je jednak działacze PiS, którzy są sekowani w stosunku do dawnych działaczy PC. Ewentualnej rebelii mogliby dokonać ludzie tacy jak Marcinkiewicz, Ujazdowski czy Polaczek.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|