Inicjatywa Marka Jurka nie jest ostatnią próbą przebudowania polskiej sceny politycznej, ale wyznacza standard powodzenia. Kilku wyrwanych posłów - nikomu więcej nic się nie uda - pisze Michał Karnowski, publicysta DZIENNIKA.
Gdyby Marek Jurek odpowiednio wcześniej przeczytał "Pragnienie władzy", biografię triumfatora pierwszej tury wyborów prezydenckich we Francji
Nicolasa Sarkozy'ego, może nadal byłby w Prawie i Sprawiedliwości. "W polityce trzeba zawsze się ustawiać za jakimś staruchem, by w stosownym momencie go zastąpić" - tak
według autorki opowieści o Sarkozym, dziennikarki Catherine Nay, miał powiedzieć obecny faworyt francuskich wyborów, wyśmiewając swego czasu namowy do partyjnego rozłamu.
Takie trwanie i czekanie na okazję nie jest oczywiście łatwe, wymaga żelaznego charakteru, pracy nad sobą i zdolności znoszenia często długotrwałych upokorzeń. Trudno nie zrozumieć, że dla 47-letniego Jurka perspektywa czekania na zastąpienie w dalekiej przyszłości 58-letnich dziś Kaczyńskich wydawała się mało kusząca. Wybrał więc drogę na skróty. Wybrał drogę klęski.
Chybione kalkulacje
Marszałek i czworo towarzyszy miło pewnie spędzi czas i to wszystko. Za parę miesięcy po jego inicjatywie nie będzie śladu. Z perspektywy czasu odczytamy tę historię jako wybuch emocji, poboczny efekt rządów twardej ręki i pomyłek liderów w wyczuwaniu nastrojów, a może braku talentów przywódczych i organizacyjnych byłych działaczy ZChN. I w każdej z tych perspektyw będzie trochę prawdy.
Jednak w przeszłości nawet dużo słabsze preteksty dawały lepsze efekty niż zapełniona salka katechetyczna przy warszawskim kościele Redemptorystów. O wiele słabsi organizatorzy przynajmniej ruszali do przodu. O wiele mniej charyzmatyczni liderzy pociągali za sobą całkiem spore gromady. Co więc stało się tym razem?
Wydaje się, że Marek Jurek przeoczył po prostu kilka faktów. Zapomniał o milionach złotych płynących z budżetu do partii politycznych. Zapomniał, że dzisiejsze partie to nie pospolite ruszenia, ale dojrzałe, świadomie skonstruowane struktury z oddziałami terenowymi i komórkami propagandowymi. Nie zrozumiał ceny, jaką prawica i SLD po 2004 roku płaciły za brak jedności. Nie dostrzegł, że polska scena polityczna jest poukładana jak nigdy dotąd. Że nigdy nie było na niej tak ciasno.
Możliwe oczywiście, że było odwrotnie. Może dostrzegł i się przestraszył? Może pojął, że gra o prezydenturę 2010 roku toczy się już dzisiaj i że szansa na skuteczny atak, wbicie się do czołówki jest niewielka, ale przynajmniej jest? Za rok będzie za późno.
Nie dowiemy się jeszcze długo. Szczera odpowiedź na pytanie, kiedy w Marku Jurku narodził się lider, ile w tym było impulsu, a ile - jak podejrzewam - także kalkulacji, byłaby ciekawa, ale dziś jest Jurkowi niezwykle nie na rękę.
Tak czy inaczej można postawić tezę, że choć inicjatywa Marka Jurka nie jest ostatnią próbą przebudowania polskiej sceny politycznej, to jest tą, która wyznacza standard powodzenia. Kilku wyrwanych posłów - nikomu więcej nic się nie uda. Nawet dwie najpoważniejsze - a realnie możliwe - tego typu inicjatywy, czyli komitety organizowane przez Aleksandra Kwaśniewskiego i wspólna partia Jana Rokity i Kazimierza Marcinkiewicza, nie mogłyby liczyć na dużo więcej. Pieniądze, kadry, propaganda i szyld. Te elementy w stopniu większym niż kiedykolwiek liczą się dziś w polityce, zazębiają się i uzupełniają.
Bardziej niż kiedykolwiek wcześniej należą do młodych stosunkowo jeszcze liderów, często także twórców swoich partii. W większości czujących jeszcze głód, zdeterminowanych do dalszej gry. Łatwość, z jaką Wojciech Olejniczak, polityk bez wątpienia z innej półki niż Aleksander Kwaśniewski, mógł tupnąć nóżką i powiedzieć byłemu prezydentowi, że sondaże sondażami, ale w SLD to on rządzi, sporo mówi o sile partyjnych argumentów.
Stalowy Kaczyński
Oczywiście ten proces krzepnięcia partii politycznych powoduje sporo niekorzystnych zjawisk. Dyskusja w partiach rzeczywiście nie jest tak burzliwa jak kiedyś, liderzy nie są malowani, ale zdolni do decydowania o życiu lub śmierci politycznej działaczy, czasami nawet bezsensownie dyktatorscy. Wszędzie jest dużo mniej miejsca dla wolnych elektronów. Socjotechnika i sondaże, spin doktorzy i doradcy medialni nabierają tak dużego znaczenia, że łatwo o cynizm. Polityka staje się bardziej wojskowa, mniej barwna, swobodna. Grzegorz Schetyna okazuje się dla przewodniczącego ważniejszy od Jana Rokity, Przemysław Gosiewski istotniejszy dla prezesa niż Marek Jurek. To razi.
Jednak korzyści jest o wiele więcej. Po pierwsze, jakość polskiej polityki jest coraz lepsza. Potwierdzi to chyba każdy dziennikarz sejmowy z pewnym stażem. Coraz mniej w parlamencie przypadkowych ludzi, nie wiadomo skąd, nieznanych i bez dorobku. Niezależnie od partii politycznej sito selekcji jest coraz dokładniejsze. By dostać się na Wiejską, coraz bardziej trzeba być kimś, coś osiągnąć w polityce lub innej dziedzinie życia. Smutnym wyjątkiem jest tu Samoobrona, ale i tam coraz mniej naturszczyków.
Po drugie, partie polityczne stają się organizmami coraz bardziej dojrzałymi. Radykalnie ubyło szemranych biznesmenów z reklamówkami pełnymi pieniędzy. Pogłębia się profesjonalizacja polskiej polityki. Zagraniczny gość bez trudu znajdzie partnera do rozmowy na wybrany temat - od służby zdrowia po Ukrainę - w każdej poważnej formacji. Otrzyma pewnie sprzeczne opinie, ale spotka się z fachowcami. Coraz mniej miejsca na zgłaszane z dnia na dzień cudowne z pozoru, ale bezsensowne w rzeczywistości recepty na polskie problemy. Mogłoby być jeszcze lepiej, bo wciąż trudno zrozumieć, dlaczego niemieckie partie są w stanie wydawać miliony euro dotacji nie tylko na billboardy, ale także na wielkie fundacje zapewniające im zasób wiedzy, także gdy są w opozycji, a polskie tego nie potrafią. Może się nauczą.
Po trzecie wreszcie, formacje takie zdolne są do długofalowego planowania. Poważna rozmowa z ludźmi mającymi decydujący głos w PO i PiS dowodzi, że tak naprawdę gra toczy się już o wybory prezydenckie 2010 roku. Bieżąca walka polityczna ma oczywiście swoje prawa, rozmaitym zwodom i kampaniom propagandowym każda ze stron poświęca dużo czasu, ale kluczowa jest jednak perspektywa dalsza.
Warto o tym pamiętać, gdy każdego dnia któryś z polityków koalicji rzuca hasło przyspieszonych wyborów. Jakkolwiek by bowiem mieszać, suma posłów zainteresowanych trwaniem tego gabinetu pozostaje niezmienna. Jakkolwiek by patrzeć, najbardziej nawet trzeszcząca koalicja będzie dla Kaczyńskiego lepsza niż perspektywa oddania władzy PO, być może także SLD, bez szans na szybkie jej odzyskanie. Pojawiający się argument - podawany także przez premiera - o chęci uniknięcia losu AWS jest złudny. Bo premier wie - i powinni to wiedzieć także komentatorzy - że Akcja była organizmem politycznym stokroć mniej dojrzałym niż jest Prawo i Sprawiedliwość. Odprysk Marka Jurka złamał wprawdzie przekonanie o stalowej konstrukcji tego bytu, ale tylko w niewielkim stopniu. Prawdziwy rozłam nie jest ani możliwy, ani nie jest realnie rozważanym przez Kaczyńskiego zagrożeniem.
Podobnie z koalicjantami. Kłócić się będą jeszcze niejeden raz, wybuchnie niejedna awantura i niejeden skandal, ale gdy spojrzymy wstecz, to dostrzeżemy, że trzej politycy są raczej coraz bliżej siebie niż dalej. Może i wbrew własnym intencjom, ale coraz bardziej stają się jednym ciałem.
Partia pokera
Tylko dwa czynniki mogą skrócić kadencję tego parlamentu i tego rządu. Jeden jest niezależny od premiera, bo wyniknie ze śledztwa w sprawie seksafery. Ewentualne postawienie zarzutów prokuratorskich Andrzejowi Lepperowi może naprawdę spowodować rozpad koalicji.
Drugi czynnik będzie zależał od analizy premiera. Od tego, jak bardzo cenna jest dla niego i jego brata prezydentura. W normalnym kalendarzu wyborczym wybory parlamentarne mają się odbyć jesienią 2009 roku, na kilkanaście miesięcy przed prezydenckimi. Ten czas będzie kluczowy dla bitwy o prezydenturę, dla marzeń opozycji o całej władzy i dla bilansu ekipy, która wzięła wszystko w 2005 roku.
W tym właśnie okresie lider Platformy Obywatelskiej stanie przed niezwykle trudnym pytaniem: zostać premierem czy oddać to stanowisko partyjnemu koledze? Jeśli oddać, to komu? Rokicie, który natychmiast szarpnie cuglami? Zdrojewskiemu, który szybko wybije się na niezależność? Komorowskiemu marzącemu o przywództwie? "Najlepszy byłby ktoś w rodzaju Marcinkiewicza, robiącego świetne wrażenie, ale nienaruszającego zbyt wielu interesów" - analizuje jeden z działaczy PO.
Tylko skąd go wziąć. No i nawet, jeśli się go znajdzie, to czy nie narazi to Donalda Tuska na zarzuty, że nie potrafi wziąć odpowiedzialności za kraj? Pewnie tak, zwłaszcza że w przeszłości pełnił on raczej funkcje partyjne i parlamentarne, niż sprawował urzędy państwowe.
Ta decyzja będzie jedną z najtrudniejszych w karierze Tuska, marzącego o prezydenturze. No, ale może jakoś ten rok da się przeczekać. Chyba że Kaczyński zechce mu pokrzyżować szyki. Oddanie władzy Platformie jakieś pół roku wcześniej uniemożliwiłoby plan dotrwania bez strat do wyborów prezydenckich. W przypadku zaniechania reform wepchnęłoby PO w programową pustkę, w sytuacji podjęcia reform mogłoby spalić poparcie dla dzisiejszej opozycji.
Ta partia pokera będzie fascynująca, już się zresztą zaczęła. Podobnie jak w 2005 roku staną do niej dwaj jedynie liczący się dzisiaj liderzy: Jarosław Kaczyński i Donald Tusk. Podobnie jak wtedy jedyną siłą zdolną aspirować do dużej gry będzie SLD. Tylko oni mają bowiem wystarczające zasoby - finansowe i partyjne - by kupić wystarczająco dużo żetonów.
Reszta może co najwyżej popatrzeć z boku, czasami - jak Kazimierz Marcinkiewicz czy Marek Jurek - próbując wyrwać ukradkiem jakiś żetonik. Na więcej ich nie stać. Nawet Aleksandra Kwaśniewskiego, chyba że jednak przechwyci władzę nad aparatem partyjnym lewicy. Ale w takiej właśnie kolejności.
Lepiej się więc do naszych starców przyzwyczajmy. Wbrew pozorom i medialnemu szumowi trzymają się całkiem krzepko.
Takie trwanie i czekanie na okazję nie jest oczywiście łatwe, wymaga żelaznego charakteru, pracy nad sobą i zdolności znoszenia często długotrwałych upokorzeń. Trudno nie zrozumieć, że dla 47-letniego Jurka perspektywa czekania na zastąpienie w dalekiej przyszłości 58-letnich dziś Kaczyńskich wydawała się mało kusząca. Wybrał więc drogę na skróty. Wybrał drogę klęski.
Chybione kalkulacje
Marszałek i czworo towarzyszy miło pewnie spędzi czas i to wszystko. Za parę miesięcy po jego inicjatywie nie będzie śladu. Z perspektywy czasu odczytamy tę historię jako wybuch emocji, poboczny efekt rządów twardej ręki i pomyłek liderów w wyczuwaniu nastrojów, a może braku talentów przywódczych i organizacyjnych byłych działaczy ZChN. I w każdej z tych perspektyw będzie trochę prawdy.
Jednak w przeszłości nawet dużo słabsze preteksty dawały lepsze efekty niż zapełniona salka katechetyczna przy warszawskim kościele Redemptorystów. O wiele słabsi organizatorzy przynajmniej ruszali do przodu. O wiele mniej charyzmatyczni liderzy pociągali za sobą całkiem spore gromady. Co więc stało się tym razem?
Wydaje się, że Marek Jurek przeoczył po prostu kilka faktów. Zapomniał o milionach złotych płynących z budżetu do partii politycznych. Zapomniał, że dzisiejsze partie to nie pospolite ruszenia, ale dojrzałe, świadomie skonstruowane struktury z oddziałami terenowymi i komórkami propagandowymi. Nie zrozumiał ceny, jaką prawica i SLD po 2004 roku płaciły za brak jedności. Nie dostrzegł, że polska scena polityczna jest poukładana jak nigdy dotąd. Że nigdy nie było na niej tak ciasno.
Możliwe oczywiście, że było odwrotnie. Może dostrzegł i się przestraszył? Może pojął, że gra o prezydenturę 2010 roku toczy się już dzisiaj i że szansa na skuteczny atak, wbicie się do czołówki jest niewielka, ale przynajmniej jest? Za rok będzie za późno.
Nie dowiemy się jeszcze długo. Szczera odpowiedź na pytanie, kiedy w Marku Jurku narodził się lider, ile w tym było impulsu, a ile - jak podejrzewam - także kalkulacji, byłaby ciekawa, ale dziś jest Jurkowi niezwykle nie na rękę.
Tak czy inaczej można postawić tezę, że choć inicjatywa Marka Jurka nie jest ostatnią próbą przebudowania polskiej sceny politycznej, to jest tą, która wyznacza standard powodzenia. Kilku wyrwanych posłów - nikomu więcej nic się nie uda. Nawet dwie najpoważniejsze - a realnie możliwe - tego typu inicjatywy, czyli komitety organizowane przez Aleksandra Kwaśniewskiego i wspólna partia Jana Rokity i Kazimierza Marcinkiewicza, nie mogłyby liczyć na dużo więcej. Pieniądze, kadry, propaganda i szyld. Te elementy w stopniu większym niż kiedykolwiek liczą się dziś w polityce, zazębiają się i uzupełniają.
Bardziej niż kiedykolwiek wcześniej należą do młodych stosunkowo jeszcze liderów, często także twórców swoich partii. W większości czujących jeszcze głód, zdeterminowanych do dalszej gry. Łatwość, z jaką Wojciech Olejniczak, polityk bez wątpienia z innej półki niż Aleksander Kwaśniewski, mógł tupnąć nóżką i powiedzieć byłemu prezydentowi, że sondaże sondażami, ale w SLD to on rządzi, sporo mówi o sile partyjnych argumentów.
Stalowy Kaczyński
Oczywiście ten proces krzepnięcia partii politycznych powoduje sporo niekorzystnych zjawisk. Dyskusja w partiach rzeczywiście nie jest tak burzliwa jak kiedyś, liderzy nie są malowani, ale zdolni do decydowania o życiu lub śmierci politycznej działaczy, czasami nawet bezsensownie dyktatorscy. Wszędzie jest dużo mniej miejsca dla wolnych elektronów. Socjotechnika i sondaże, spin doktorzy i doradcy medialni nabierają tak dużego znaczenia, że łatwo o cynizm. Polityka staje się bardziej wojskowa, mniej barwna, swobodna. Grzegorz Schetyna okazuje się dla przewodniczącego ważniejszy od Jana Rokity, Przemysław Gosiewski istotniejszy dla prezesa niż Marek Jurek. To razi.
Jednak korzyści jest o wiele więcej. Po pierwsze, jakość polskiej polityki jest coraz lepsza. Potwierdzi to chyba każdy dziennikarz sejmowy z pewnym stażem. Coraz mniej w parlamencie przypadkowych ludzi, nie wiadomo skąd, nieznanych i bez dorobku. Niezależnie od partii politycznej sito selekcji jest coraz dokładniejsze. By dostać się na Wiejską, coraz bardziej trzeba być kimś, coś osiągnąć w polityce lub innej dziedzinie życia. Smutnym wyjątkiem jest tu Samoobrona, ale i tam coraz mniej naturszczyków.
Po drugie, partie polityczne stają się organizmami coraz bardziej dojrzałymi. Radykalnie ubyło szemranych biznesmenów z reklamówkami pełnymi pieniędzy. Pogłębia się profesjonalizacja polskiej polityki. Zagraniczny gość bez trudu znajdzie partnera do rozmowy na wybrany temat - od służby zdrowia po Ukrainę - w każdej poważnej formacji. Otrzyma pewnie sprzeczne opinie, ale spotka się z fachowcami. Coraz mniej miejsca na zgłaszane z dnia na dzień cudowne z pozoru, ale bezsensowne w rzeczywistości recepty na polskie problemy. Mogłoby być jeszcze lepiej, bo wciąż trudno zrozumieć, dlaczego niemieckie partie są w stanie wydawać miliony euro dotacji nie tylko na billboardy, ale także na wielkie fundacje zapewniające im zasób wiedzy, także gdy są w opozycji, a polskie tego nie potrafią. Może się nauczą.
Po trzecie wreszcie, formacje takie zdolne są do długofalowego planowania. Poważna rozmowa z ludźmi mającymi decydujący głos w PO i PiS dowodzi, że tak naprawdę gra toczy się już o wybory prezydenckie 2010 roku. Bieżąca walka polityczna ma oczywiście swoje prawa, rozmaitym zwodom i kampaniom propagandowym każda ze stron poświęca dużo czasu, ale kluczowa jest jednak perspektywa dalsza.
Warto o tym pamiętać, gdy każdego dnia któryś z polityków koalicji rzuca hasło przyspieszonych wyborów. Jakkolwiek by bowiem mieszać, suma posłów zainteresowanych trwaniem tego gabinetu pozostaje niezmienna. Jakkolwiek by patrzeć, najbardziej nawet trzeszcząca koalicja będzie dla Kaczyńskiego lepsza niż perspektywa oddania władzy PO, być może także SLD, bez szans na szybkie jej odzyskanie. Pojawiający się argument - podawany także przez premiera - o chęci uniknięcia losu AWS jest złudny. Bo premier wie - i powinni to wiedzieć także komentatorzy - że Akcja była organizmem politycznym stokroć mniej dojrzałym niż jest Prawo i Sprawiedliwość. Odprysk Marka Jurka złamał wprawdzie przekonanie o stalowej konstrukcji tego bytu, ale tylko w niewielkim stopniu. Prawdziwy rozłam nie jest ani możliwy, ani nie jest realnie rozważanym przez Kaczyńskiego zagrożeniem.
Podobnie z koalicjantami. Kłócić się będą jeszcze niejeden raz, wybuchnie niejedna awantura i niejeden skandal, ale gdy spojrzymy wstecz, to dostrzeżemy, że trzej politycy są raczej coraz bliżej siebie niż dalej. Może i wbrew własnym intencjom, ale coraz bardziej stają się jednym ciałem.
Partia pokera
Tylko dwa czynniki mogą skrócić kadencję tego parlamentu i tego rządu. Jeden jest niezależny od premiera, bo wyniknie ze śledztwa w sprawie seksafery. Ewentualne postawienie zarzutów prokuratorskich Andrzejowi Lepperowi może naprawdę spowodować rozpad koalicji.
Drugi czynnik będzie zależał od analizy premiera. Od tego, jak bardzo cenna jest dla niego i jego brata prezydentura. W normalnym kalendarzu wyborczym wybory parlamentarne mają się odbyć jesienią 2009 roku, na kilkanaście miesięcy przed prezydenckimi. Ten czas będzie kluczowy dla bitwy o prezydenturę, dla marzeń opozycji o całej władzy i dla bilansu ekipy, która wzięła wszystko w 2005 roku.
W tym właśnie okresie lider Platformy Obywatelskiej stanie przed niezwykle trudnym pytaniem: zostać premierem czy oddać to stanowisko partyjnemu koledze? Jeśli oddać, to komu? Rokicie, który natychmiast szarpnie cuglami? Zdrojewskiemu, który szybko wybije się na niezależność? Komorowskiemu marzącemu o przywództwie? "Najlepszy byłby ktoś w rodzaju Marcinkiewicza, robiącego świetne wrażenie, ale nienaruszającego zbyt wielu interesów" - analizuje jeden z działaczy PO.
Tylko skąd go wziąć. No i nawet, jeśli się go znajdzie, to czy nie narazi to Donalda Tuska na zarzuty, że nie potrafi wziąć odpowiedzialności za kraj? Pewnie tak, zwłaszcza że w przeszłości pełnił on raczej funkcje partyjne i parlamentarne, niż sprawował urzędy państwowe.
Ta decyzja będzie jedną z najtrudniejszych w karierze Tuska, marzącego o prezydenturze. No, ale może jakoś ten rok da się przeczekać. Chyba że Kaczyński zechce mu pokrzyżować szyki. Oddanie władzy Platformie jakieś pół roku wcześniej uniemożliwiłoby plan dotrwania bez strat do wyborów prezydenckich. W przypadku zaniechania reform wepchnęłoby PO w programową pustkę, w sytuacji podjęcia reform mogłoby spalić poparcie dla dzisiejszej opozycji.
Ta partia pokera będzie fascynująca, już się zresztą zaczęła. Podobnie jak w 2005 roku staną do niej dwaj jedynie liczący się dzisiaj liderzy: Jarosław Kaczyński i Donald Tusk. Podobnie jak wtedy jedyną siłą zdolną aspirować do dużej gry będzie SLD. Tylko oni mają bowiem wystarczające zasoby - finansowe i partyjne - by kupić wystarczająco dużo żetonów.
Reszta może co najwyżej popatrzeć z boku, czasami - jak Kazimierz Marcinkiewicz czy Marek Jurek - próbując wyrwać ukradkiem jakiś żetonik. Na więcej ich nie stać. Nawet Aleksandra Kwaśniewskiego, chyba że jednak przechwyci władzę nad aparatem partyjnym lewicy. Ale w takiej właśnie kolejności.
Lepiej się więc do naszych starców przyzwyczajmy. Wbrew pozorom i medialnemu szumowi trzymają się całkiem krzepko.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|