Po czterech latach widać tymczasem, że ma się ona wcale nie gorzej niż w dniu ataków na Nowy Jork i Waszyngton, co pokazuje raport Narodowej Rady Wywiadu USA. Mało tego, dokument samego Białego Domu przekazany Kongresowi mało optymistycznie ocenia sytuację w Iraku. Wspierany przez Amerykanów rząd nie kontroluje kraju, nie udało się rozbroić religijnych milicji, a przemoc trwa w najlepsze.

Imperium najwyraźniej przegrywa. Nie ma już pomysłu, jak ustabilizować Irak. Rzucenie w lutym dodatkowych 20 tys. żołnierzy do Bagdadu niewiele dało. W stolicy jest wprawdzie bezpieczniej, ale zbrojne bojówki przeniosły się w inne rejony, w tym do Diwaniji, gdzie stacjonuje polski kontyngent. Rozgorzała tam przemoc na skalę wcześniej nieznaną.

Brytyjczycy zastanawiają się, jak wyjść z tego bagienka, także w Kongresie narasta presja - również Republikanów - by opuścić Irak do kwietnia 2008 r. Administracja George'a Busha mówi nie. Pozostawienie tam wojsk musi mieć silne uzasadnienie, na przykład takie, że w końcu uda się opanować sytuację i zaprowadzić pokój, tymczasem w wielu przypadkach to siły koalicji są źródłem destabilizacji. Dziś potrzebny jest nowy, śmiały plan, nowe pomysły, bo dotychczasowa strategia zawiodła.

Na razie Waszyngton tkwi w stereotypach, które już nie pasują do sytuacji. Brak pomysłów jest równie silnym ciosem dla prestiżu Ameryki jak niepowodzenia militarne. Skoro imperium nie wie, co zrobić z Irakiem, czemu miałoby się brać do rozwiązywania innych problemów naszego świata? Rośnie liczba chętnych, by je w tym zastąpić, a niekoniecznie są to mocarstwa miłe naszemu sercu.