Po pierwsze dyskutować o kolejnej sprawie, w której opinia ponad połowy Polaków jest zgodna ze zdaniem PiS. Dyskusja o euro w 2019 roku, choć pożyteczna dla celów edukacyjnych, jest czysto akademicka. Równie dobrze moglibyśmy zaproponować polską wyprawę na Marsa. I byłby to temat równie realny do realizacji w najbliższych latach. Ani polskim politykom ani samym Polakom, co pokazują wyniki sondaży, do euro się nie śpieszy. Zresztą, aby do strefy wejść, trzeba zmienić konstytucję, na co obecnie nie ma szans. Za to podrzucenie tego tematu do kampanijnej dyskusji to próba ustawienia proeuropejskiej opozycji w niewygodnej sytuacji. Bo albo musi bronić wejścia do strefy euro, co jest niepopularne, lub pośrednio przytaknąć PiS, co dla niej także jest niewygodne.

Drugim powodem podrzucenia nowego tematu właśnie teraz jest to, aby kwestie strajku nauczycieli zeszły w cień. Bo jedynym pewnikiem w tej dyskusji jest to, że nauczyciele nie dostaną podwyżki w euro, pewnie jeszcze przynajmniej przez dekadę. Ale myślę, że na tym im akurat nie zależy, wystarczą im podwyżki w złotych. Tymczasem rząd przyjął strategię przeczekania nauczycieli lub nawet wzięcia ich głodem, bowiem nauczyciele za strajk nie pobierają wynagrodzenia. Ponadto rządzący mobilizują wszelkie rezerwy, by egzaminy odbyły się bez komplikacji.

Na pewno należą się podziękowania wszystkim nauczycielom strajkującym i niestrajkującym, dzięki którym odbyły się egzaminy gimnazjalne. Teraz zaczynają się egzaminy klas ósmych i pozostaje mieć nadzieję, że również odbędą się od początku do końca jak najbardziej bezstresowo dla dzieci. Rozumiem, że decyzja tych nauczycieli, którzy strajkowali, a wzięli udział w egzaminach, nie była łatwa, gdyż siła strajkujących była tym większa, im większym problemem mogły być egzaminy. A przez przeprowadzenie egzaminów rząd zmniejsza siłę nacisku nauczycieli.

Termin strajku, tak starannie wybrany przez związki, stał się zarówno największą siłą, jak i słabością protestujących. Siłą, bo dzieje się w trakcie kampanii wyborczej, a dodatkowo mamy w tym roku kumulację egzaminów, gimnazjalne i po raz pierwszy klas ósmych, oraz podwójny rocznik w klasach pierwszych w szkołach średnich. To wszystko zwiększa presję na rząd. Na ten rząd, który równolegle obiecuje, mówiąc w przenośni, "zrzucanie pieniędzy z helikoptera" dla rodzin i emerytów w ramach piątki Kaczyńskiego. Choć nawet gdyby nie było piątki, to protest i tak by się pojawił. Okazja była zbyt kusząca, a sytuacja gospodarcza zbyt dobra, by nauczyciele nie zaczęli dobijać się o swoje.

Termin jest jednak jednocześnie słabością, bo jeśli nie doszło do porozumienia na początku, gdy pozycja negocjacyjna protestujących była największa, jego przewlekanie może oznaczać scenariusz stopniowego wygaszania i wypalania protestu. Nauczyciele mogą kalkulować, że lepiej wziąć 15 proc. podwyżki, które oferuje rząd, i ruszyć po więcej za jakiś czas. Drugi scenariusz, przynajmniej w części placówek, to wzrost determinacji i prowadzenie protestu, którego efekty będą coraz bardziej rozpaczliwe. Porozumienie na pewno nie jest łatwe, a w kampanii zapewne nierealne. Zresztą duże zmiany w nauczycielskich płacach powinny być połączone ze zmianami systemowymi. Na to nieprędko zgodzą się związki, a wyborcza presja takiej dyskusji nie sprzyja. W tym sensie ostatnia rządowa propozycja to dobra podstawa do dyskusji, choć została tak podana, że protestujący nie mogli jej przyjąć.

Problemem, jest to, że strajk nabiera coraz bardziej politycznego kontekstu, nie dlatego, że takie są intencje nauczycieli, nie mówiąc o ich postulatach, ale dlatego, że jeśli przegrają oni, to w sondażach zyska rząd, a jeśli wygrają, to rząd straci, a zyska popierająca strajk opozycja. To powoduje, że emocje wokół strajku są coraz bardziej gorące. Niepostrzeżenie ze sporu o to, o ile podwyższyć nauczycielom pensje, zamienia się w licytację, kto jest dobry, a kto zły. Posłuszne rządowi media już zaczęły szukać okazji, by dopiec pedagogom, bo udzielają korepetycji. Widać jak gotuje się w mediach społecznościowych. PiS doszedł do władzy jako adwokat grup, które były niedowartościowane także finansowo, czyli również budżetówki i nauczycieli. Dlatego rząd musi uważać, by nie przeholować i nie upokorzyć nauczycieli. Bo wbrew pozorom wcale na tym nie zyska. Ba, może całkiem sporo stracić.