To historia poniższego felietonu, który miał wcale nie powstać. Dzwoni do mnie pani redaktorka i pyta:

– Tekst będzie?

– Ale o czym? – pytam głupio, jakby to nie było moje zadanie, żeby zawsze mieć coś do powiedzenia.

Jak to o czym? Tyle się dzieje – mówi redaktorka zniecierpliwiona. – Tusk na UW, no i ta sprawa z wypowiedzią Jażdżewskiego… Kobietę zatrzymali, bo podmieniła Matce Boskiej aureolę na tęczową… Ciekawe rzeczy, filozoficznie, politycznie… Rozdział Kościoła od państwa, zasadność tej sprawy z obrażaniem uczuć religijnych… Nie interesuje cię to wszystko?

Otóż bardzo interesuje, odpowiadam, do tego stopnia, że od kilku dni siedzę przed komputerem i konsumuję masę komentarzy i wypowiedzi na te właśnie tematy. Ale nie mam w tych kwestiach nic ciekawego do powiedzenia.

– Nic? – pyta redaktorka, słusznie rozczarowana moją postawą. – Nic zupełnie? No to napisz o czymś innym – i odkłada słuchawkę, bo ma mnóstwo innych autorów, z którymi musi dzisiaj porozmawiać; jakby człowiek się nie gimnastykował, to jedyny we wszechświecie nie będzie.

Już mam zacząć pisać o lemurach, kiedy coś mnie zatrzymuje, a ręka zawisa mi w pół drogi nad klawiaturą. Zastanawiam się mianowicie: co to znaczy, że nie mam nic ciekawego do powiedzenia na te tematy? Oddzwaniam.

– Hm? – pyta redaktorka, która ma dzisiaj na głowie naprawdę masę rzeczy.