Leszek Balcerowicz zapewne ma gorzką satysfakcję. Pomimo jego wieloletnich ostrzeżeń dług publiczny osiągnął poziom, który sprawił, że zrobiło się o nim głośno. Z państwowym zadłużeniem jest jednak jak z cholesterolem: dla przeciętnego obywatela nie istnieje, bo nie widać go gołym okiem. Co w obu przypadkach wcale nie oznacza, że zagrożenia nie ma. Pojęcie i wielkość długu publicznego są abstrakcyjne, bo ludzie nie wyciągają swoich pieniędzy na jego spłatę, tylko robi to państwo z podatków. Istnieje więc społeczne przyzwolenie na zadłużanie się rządu – zresztą nie tylko w Polsce, ale też na świecie.

Nie zmienia to faktu, że dług istnieje, powiększa się i staje się coraz bardziej kosztowny. W czarnym scenariuszu recesji może doprowadzić nawet do bankructwa państwa, tak jak miało to miejsce kilka lat temu w Grecji. Dlatego przy okazji naszego rekordu długu warto zadać kilka pytań. Po pierwsze – czy bilion to dużo czy mało?

Odpowiadając intuicyjnie: nominalnie to bardzo dużo. Trudno nawet sobie wyobrazić, ile wagonów wypakowanych po sufit banknotami trzeba by podstawić, aby zmieścił się w nich bilion złotych. Dla wielu z nas to tak samo abstrakcyjna kwota jak miliard, różni się jedynie liczbą zer na końcu.

CAŁY ARTYKUŁ CZYTAJ W eDGP>>>