Z Jarosławem Flisem dr hab. nauk społecznych, socjologiem polityki z Uniwersytetu Jagiellońskiego rozmawia Kacper Leśniewicz.

Przed jesiennymi wyborami liderzy opozycji porzucili formułę anty-PiS i zdecydowali się na budowę nowych koalicji. Wygląda na to, że przestali już nawet udawać, że pamięć wyborców ma dla nich jakiekolwiek znaczenie.
Pamięć polityczna ma znaczenie i politycy nie powinni o tym zapomnieć. Widać wyraźnie, że doświadczeni wyborcy są przywiązani do swoich decyzji. Jeśli się np. porówna wyniki drugiej tury wyborów prezydenckich w powiatach z 2005 r., to w 97 przypadkach na 100 możemy na tej podstawie całkiem dokładnie przewidzieć wyniki z 2015 r. Mimo że wybory te dzieliło 10 lat i startowali w nich zupełnie inni politycy.
Reklama
Czy to partia rządząca ma bezwarunkowo oddanych wyborców?
PiS drażni wiele grup społecznych, ale zupełnie co innego powoduje złość u wojowniczego postępowca, a co innego u gospodarczego liberała. Jeszcze co innego u umiarkowanego konserwatysty. Ale właśnie negatywne emocje spajały anty-PiS. Było to widać, gdy kandydaci partii rządzącej walczyli jesienią zeszłego roku o władzę w samorządach. Każde z ugrupowań opozycyjnych chciałoby bardziej przyłożyć PiS, a tym samym zebrać wyborczą premię. Każde ma jednak na kampanię własny pomysł, który nie wywołuje entuzjazmu u pozostałych. Po drugiej stronie nie ma tego problemu: jak ktoś jest przeciwny gospodarczym liberałom i postępowcom, to wie, na kogo głosować. I to jest atut PiS. Partia ta ma też jednak swoje problemy. Przeciętny kandydat na burmistrza PiS zdobywał poparcie połowy osób, które w równoległych wyborach do sejmiku głosowały na kandydatów tego ugrupowania w tej samej gminie. Natomiast gdy do drugiej tury wchodzili kandydaci obozu rządzącego i opozycji, to w stosunku do 2014 r. nastąpiło tam wyraźne przesunięcie na niekorzyść PiS.