W innym wypadku PO za cztery lata zapłaci tak jak poprzednicy. Jak to kiedyś powiedział Janusz Piechociński, "wyborcy spuszczą ich po nieheblowanej poręczy”.
Platforma ma za soba dwa lata głębokich upokorzeń. To, co zafundował jej Jarosław Kaczyński, dla większości ugrupowań zakończyłoby się głębokim podziałem i rozpadem. Jeśli dzisiaj Tusk poprowadził PO do zwycięstwa, to równie ciężko, jak wtedy nad utrzymaniem władzy w partii, będzie teraz musiał pracować nad utrzymaniem jej w cuglach. Rewanżyzm jest jedną z najcięższych chorób, na które raz po raz zapadają kolejne ekipy. Szczególnie groźna wydaje się jej mutacja, nazywana TKM, na którą od lat nikt nie potrafi znaleźć skutecznej szczepionki.
Rząd premiera Tuska ma przed sobą olbrzymie możliwości. Nigdy dotad, może prócz spektakularnego powrotu postkomunistów do władzy w 1993 r., polski elektorat tak masowo nie pokazał, że zależy mu na zmianie rządu. Choćby PiS przez cztery lata udowadniał, że jest moralnym zwycięzcą, to jednak posłom tego ugrupowania ponad połowa wyborców powiedziała "idźcie sobie i nie wracajcie". To kapitał, który przyszły premier powinien spożytkować, jeśli nie chce, by do wyborów za cztery lata poszła jedna trzecia uprawnionych i na dodatek pozbawiła go władzy.
Od czasów Clintona, który nad biurkiem powiesił sobie hasło "gospodarka, głupcze", kolejni publicyści wymyślają kolejne hasła, które kolejne ekipy powinny sobie wieszać nad wejściem do budynku w Alejach Ujazdowskich. Donald Tusk nie powinien wieszać żadnego - za to nieustannie powinien pamiętać, co robił jego poprzednik, i postępować odwrotnie.
Najtwardszy orzech do zgryzienia leży przed nowym ministrem sprawiedliwości. Cokolwiek zrobi, będzie pod obstrzałem albo opozycji, albo mediów, albo swojego obozu, czyli polityków PO. Powinien o tym pamiętać i robić swoje. Jeżeli będzie organizować konferencje prasowe raz na tydzień, to narazi się na zarzut lansowania własnej osoby. Jeśli nie będzie występowała opozycja, powie, że nikt nie dba o nasze bezpieczeństwo. Sytuacja jest chora, bo najpierw Lech Kaczyński, a potem Zbigniew Ziobro skutecznie przekonali Polaków, że ich bezpieczeństwo, a także komfort niedawania łapówek zależy od ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego.
Zbigniew Ćwiąkalski, jeżeli zostanie ministrem, jest z innej niż Ziobro szkoły prawniczej. Jego wielką rolą będzie przekonanie Polaków, że o ile bandziorów powinno się traktować bez litości, to skuwanie i rzucanie na ziemię łapówkarzy jest wyłącznie demonstracją siły i niczemu nie służy. Jeżeli nowy minister ulegnie magii kina dostarczanych przez ABW czy CBA filmów z zatrzymań, to wejdzie w rolę szeryfa, a w tej kreacji trudno mu będzie pobić Zbigniewa Ziobrę. Kluczem do sukcesu wydaje się raczej przekonanie ludzi, że do więzienia wsadza się za coś, ale też po coś. Warto więc powalczyć o wychowaczy aspekt kary, jeżeli jej doraźne korzyści polityczne każą się skupić na jej odstraszającym wymiarze. Ale jestem pewien, że nowy minister będzie chciał pokazać, że nie jest krakowskim profesorem roztkliwiającym się nad losem potencjalnych przestępców. Sądzę, że będzie miał nadzór nad sprawą posłanki Sawickiej, śledztwem w sprawie Leppera i nad tym, co będzie się działo z byłą posłanka SLD Małgorzatą Ostrowską. Mam tylko nadzieję, że będzie to nadzór dyskretny.
"Walcz z mitami" - takie motto powinna powiesić sobie w gabinecie Ewa Kopacz, jeśli zostanie ministrem zdrowia. Mity w tej instytucji straszą od dawna i nawet nie utrzegł się ich minister Religa, występując w obrzydliwej reklamówce wyborczej straszącej prywatyzacją szpitali. Prywatne może być i jest znacznie skuteczniejsze niż państwowe. Nawet prywatne pogotowie. Trzeba tylko przekonać ludzi, że prywatna służba zdrowia nie oznacza konieczności do sięgania do kieszeni przy każdej wizycie u lekarza czy szpitalu. Przecież co miesiąc odkładamy całkiem poważne kwoty do NFZ po to, by w czasie choroby być skutecznie leczonymi. To są nasze pieniądze, a to, czy będą przelewane na konta prywatnych czy państwowych szpitali, powinno zależeć tylko od jakości oferowanych usług i naszej decyzji, gdzie chcemy się leczyć. Nowy minister powinien wykorzystać cztery lata na udowadnianie ludziom, że prywatne nie znaczy drogie. Spodziewam się także uporządkowania rynku leków.
Nowy minister transportu powinien znaleźć się pod wyjątkowo czujnym okiem premiera. Po PiS-owskiej kompromitacji z drogami kolejna ekipa idzie do władzy z hasłem budowy autostrad. Jeśli nie zdążą przed Euro 2012, będzie to blamaż na skalę europejską. Pewnie dlatego nowy mninister, korzystając z europejskiego wsparcia, zaprosi na ten wielki plac budowy także prywatnych inwestorów. Złamane musi zostać przekonanie, że od budowy dróg jest państwo. Dobrze napisana ustawa o partnerstwie publiczno-prywatnym jest na wagę złota.
Przez wiele lat Donald Tusk przyzwyczaił nas do wizerunku uśmiechniętego chłopaka z dużym urokiem i znacznie mniejszą charyzmą. Za kilka dni wejdzie do gabinetu, w którym urzędował polityk charyzmatyczny i kompletnie pozbawiony uroku. W fotelu premiera usiądzie polityk, który nigdy nie rządził. I żeby udowodnić, że potrafi to robić, będzie musiał podjąć kilka decyzji, które pokażą Polakom, że się nie pomylili. Pomyliła się za to ta część politycznego zaplecza, która sądziła, że "naszego Donka można poklepać po plecach, zaprosić na piwo i jakoś to będzie". Dlatego pierwsza dymisja w tym gabinecie nastąpi szybciej, niż ktokolwiek myśli.