Bardzo mi się nie podoba to, co się dzieje w moim kraju. Jest mi przykro i wstyd. Wczorajsze wybory w Rosji przypominają mi plebiscyt, który odbył się w Niemczech 19 sierpnia 1934 roku. Wtedy Niemcy zagłosowali za tym, żeby Hitler mógł jednocześnie zajmować stanowiska kanclerza i prezydenta. Rosjanie, tak jak Niemcy kilkadziesiąt lat temu, również powiedzieli "tak”. Wynik był wiadomy od dawna. Putin jest jak szuler ze znaczonymi kartami: każda partia z jego nazwiskiem na liście mogła tylko wygrać. W rękach Putina były wszystkie asy.

Władca Kremla od dawna zawłaszczył środki masowego przekazu. Od lat pod jego kontrolą są telewizja i radio. Nawet internet jest w Rosji kontrolowany: setkom młodych ludzi płaci się za to, żeby dusili wszelkie przejawy protestu i wolnej myśli w cyberprzestrzeni. A większość ludzi ślepo wierzy w to, co mówią w telewizji, powtarza w rozmowach to, co przeczytała w gazetach. Gdyby gazety mogły otwarcie pisać o przekrętach, kłamstwach i przestępstwach reżimu, rosyjska opinia publiczna byłaby mniej przychylna Putinowi.

Owszem –- Putin jest teraz w Rosji bardzo popularny. To jemu udało się znaleźć czuły punkt Rosjan. Po rozpadzie Związku Sowieckiego wielu z nich doznało poniżeń i rozczarowań. Jelcyn w ich mniemaniu rozwalił wielki kraj, doprowadził do biedy, spowodował, że świat przestał się z Rosją liczyć. Putin zaś rozprawił się z oligarchami, obiecał dobrobyt i przywrócenie Rosji dawnej świetności. On mami Rosjan wizją supermocarstwa z silną armią, pokazuje nowiutkie supernowoczesne myśliwce, walczy z "wrogami” i terrorystami. Ludziom się to podoba. Nie wiem, jak inaczej wytłumaczyć popularność Putina.

Swoją rolę odegrała również historia. Jakich przywódców pamiętają Rosjanie? Nikitę Chruszczowa, który ośmieszał kraj, waląc butem w stół na trybunie ONZ, Breżniewa ze starczą demencją, wiecznie pijanego Jelcyna. Aż pojawił się młody, wysportowany i pewny siebie Władimir Putin. Rosja po prostu od bardzo dawna nikogo lepszego nie widziała. Putin więc raz, dwa, trzy rozprawił się z wszelką konkurencją: opozycją i wolnymi mediami. Wszyscy jego przeciwnicy albo trafili za kratki, albo zostali wypędzeni z kraju.

Były kagiebista został sam na scenie politycznej. Gdyby odszedł, naród nie miałby kogo wybierać. Ale Putin oczywiście nie zamierza odchodzić. Jak inaczej wytłumaczyć jedno z głównych wyborczych haseł jego partii - walkę z biedą? Czy nie za późno na to po ośmiu latach sprawowania władzy, kiedy konstytucja nie daje mu kolejnej możliwości kandydowania na prezydenta? Oczywiście - żadnej walki z biedą nie będzie. Całe rzekome bogactwo narodowe Rosji od dawna jest za granicą. Putin rozdaje miliardy państwowych środków swoim poplecznikom kontrolującym najbardziej lukratywne branże - przede wszystkim ropę i gaz. W Związku Radzieckim petrodolary były jednak przeznaczane na produkcję broni. We współczesnej Rosji one są przelewane na konta w Szwajcarii i tropikalnych rajach podatkowych. O supermocarstwie można więc również zapomnieć. Rosja przegniła od dołu do góry, tak koszmarnej korupcji, jaka panuje teraz, nie było ani w carskiej Rosji, ani w Związku Radzieckim.

Opozycja nie jest w stanie niczego zmienić. Duma - rosyjski parlament - od dawna nie ma nic wspólnego z demokratycznie wybraną władzą ustawodawczą, każdego można kupić lub zastraszyć. Tak zwane wybory nie mają większego znaczenia. Jeszcze kilka lat temu w Rosji w kartach do głosowania była opcja "przeciwko wszystkim” - teraz jej nie ma. Kiedyś istniała dolna granica frekwencji, poniżej której wybory były nieważne. Teraz wystarczy, że zagłosuje sam Putin, oczywiście na siebie, i zgodnie z rosyjskim prawem będą to normalne demokratyczne wybory. Kiedyś ludzie mogli wybierać gubernatorów - najwyższe władze swoich regionów, teraz gubernatorzy są mianowani na Kremlu. Jaka to demokracja?

Jednak Rosjanie zagłosowali na Putina. Jestem pewien, że nie było potrzeby fałszowania wyników. Choć zgodnie z rosyjską tradycją do rzeczywistego wyniku zapewne dorzucono parędziesiąt procent, to taki zwyczajowy rosyjski gest. Rosjanie przecież nie są przyzwyczajeni do demokracji. Oni przez 70 lat żyli w totalitarnym komunistycznym kraju, a przedtem przez setki lat - pod absolutną władzą cara. Niewiele się od tamtych czasów zmieniło.