:Gdyby nie moja anonimowość powodująca, że zastanawiają się, czy za tym blogiem nie kryje się jakiś polityk, i gdyby nie to, że był to pierwszy blog polityczny w Polsce, to
żaden Jarosław z kulawą nogą by się nim nie zainteresował.
Nie byłam na żadnej imprezie, zażartowałam sobie po prostu. A ludzie kupią wszystko.
Dość długo krążyła plotka, że jestem dziennikarzem "Gazety": Rafałem Kalukinem, ewentualnie Mikołajem Lizutem, i że "Wyborcza" później to ujawni,
ośmieszając wszystkich, którzy wierzyli w to, co wypisywałam.
Miałam być posłanką Śledzińską-Katarasińską, dziennikarką Katarzyną Kolendą-Zaleską, dopóki ktoś nie wytropił, że kiedy pisałam bloga, ona nadawała na żywo z Rzymu…
…
To akurat był dla mnie komplement. W trzy dni wytropiła w sprawie Rywina więcej niż "Wyborcza" przez pół roku.
Parę osób wie, parę następnych się chyba domyśla, podejrzewa coś. Wie głównie rodzina, a reszta stosuje zasadę "nie pytać".
Mnie zupełnie nie zależy, czy będę wśród zawodowców, czy nie. Swoją anonimowość sobie cenię i protesty prof. Sadurskiego tego nie zmienią. Nie będę się z nikim awanturowała.
Głównie ze względu na pracę. Mam taką, że spotykam się czasem z osobami publicznymi i nie chciałabym, by mnie postrzegali przez pryzmat moich poglądów. Poza tym nie chcę nikomu utrudniać
życia. Niedawno zrezygnowałam z zasiadania, społecznie, w radzie pewnej fundacji, bo dostała ona pieniądze z grantu rządowego, a nie chciałabym, by ktoś potem zarzucił: "Kataryna
popierała PiS, teraz bierze od nich miliony" albo "atakowała PO, a pieniędzmi się nie brzydzi".
Po trzydziestce, mieszkam w Warszawie, na peryferiach.
Z miasta wojewódzkiego, nie taka znowu wieś.
Czy ja to będę mogła wykreślić w autoryzacji?
Studiowałam i tam, i tu, w Warszawie, na dwóch kierunkach.
Grafitowym.
Zwyczajnym.
Wersja, że jestem gosposią u Rokitów, nie przejdzie?
Napisz, że nie jestem ani urzędniczką, ani bizneswoman. Nie pracuję też dla żadnej partii politycznej ani do żadnej nie należę. Raz chciałam się zapisać, ale nie odpowiedzieli na maila.
To była Unia Wolności.
Serio. Kiedy upadała Unia Wolności, to razem z przyjaciółką postanowiłyśmy ją ratować, bo tam trzeba ludzi aktywnych, którzy wierzą w Unię i tak dalej.
Do samego końca. Mojego lub jej. A tak poważnie, to do afery Rywina, która całkowicie zmieniła moje patrzenie na świat. Wcześniej to był stan nieświadomości, do którego teraz czasami
tęsknię.
Nigdy. Raczej akcjami społecznymi, ekologią i byłam dość lewicowa. Nawet raz głosowałam do Senatu na Mirosławę Kątną z SLD, bo podobała mi się jej działalność na rzecz dzieci, a ja
wierzyłam, że trzeba poprzeć człowieka i takie tam. Ale to wytniemy oczywiście!
Nie dopytuj mnie zbyt mocno, bo wiele rzeczy robiłam wówczas dość bezrefleksyjnie, nie zastanawiając się nad tym. Takie też były moje poglądy. Myślę, że byłam typowym czytelnikiem
"Wyborczej", mocno nią nasiąkniętym, produktem rozmaitych kampanii medialnych.
Tak i tego się wstydzę. Bo jak człowiek inteligentny…
…mógł być tak ślepy?! Ja po prostu wierzyłam w to, co mi mówiono, w to, co czytałam. I świat wydawał mi się prosty, nawet nie musiałam interesować się polityką, by wiedzieć, co o tym
myśleć, wiedzieć, że na pewno nic złego się tam nie dzieje, więc nie ma powodu się tym wszystkim zajmować.
"Gazeta Wyborcza" tak rozkręciła temat afery Rywina, że mnie wciągnęło. A jak już zaczęłam oglądać przed komisją śledczą szefa ABW mówiącego o "biernym
monitoringu" i o "neutralizowaniu poleceń premiera", jakieś babki opowiadające o konsultowaniu ustawy na grillu z Leszkiem, te tłumy ludzi, to ręce mi opadały i oczy
się ze zdumienia otwierały.
Dzięki komisji śledczej. Bo przecież już wcześniej były raporty mówiące, że w Polsce można kupić ustawę za milion dolarów. Ale dopiero komisja obnażyła ten system. Dziś śmieję się
z tego, jak wcześniej łykałam ten cały kit, choćby to, że "Wyborcza" przeprowadziła jakiekolwiek śledztwo dziennikarskie w sprawie Rywina. Ja wówczas potrafiłam bronić
każdego głupstwa wyczytanego w "Gazecie". Kiedyś na spotkaniu służbowym ktoś, kto akurat dobrze znał to środowisko, powiedział: "Nie wierzę Michnikowi za
grosz". Zapadła grobowa cisza, a ja byłam wstrząśnięta, że można popełniać takie świętokradztwo!
Tak, choć ogromna większość moich znajomych to przyjaciele z poprzedniego życia, którzy nadal myślą jak ja niegdyś. Kiedyś jednej z koleżanek przyznałam się, na kogo głosuję, ale
pomyślała, że sobie z niej perwersyjnie żartuję. Ona nadal obraca się w środowisku, w którym wszyscy kochali Partię Demokratyczną i nie mogli zrozumieć - jak ja swego czasu - jakim cudem
nie ma ona 25 procent poparcia, skoro wszyscy, których znają, popierają Frasyniuka i Geremka.
Nie, ale mam fantastycznych znajomych, z którymi można beczkę soli zjeść, a którzy jednocześnie nie mogą dopuścić do świadomości, że ktoś głosuje na prawicę.
Wiem, że niektórzy się spotykają, ale ja nie szukałam w internecie ani atrakcji towarzyskich, ani nowych znajomości. Kiedy czytam artykuł w gazecie, który mi się podoba, to też nie mam
ochoty od razu umawiać się z autorem na piwo.
Nie wiem, ja się nie spotykam. Jest coś fajnego w tym, że autorem takiego bloga może być każdy. Nie łączę bloga z życiem prywatnym, mam zupełnie innych znajomych.
Wcale. Ani nie jestem biegła w komputerach, ani nie miałam pomysłu na bloga, nic. Trochę głupio mi się do tego przyznawać, bo może potwierdzać to teorię, że mój blog jest czyjąś
prowokacją i ściemą.
Na portalu Gazeta.pl czytałam forum sport i zabierałam głos w dyskusjach.
I pływaniem synchronicznym (śmiech). Kiedyś byłam namiętnym kibicem piłkarskim, chodziłam na Polonię. U mnie zresztą zainteresowanie piłką idzie po linii kobiecej. Moja ciotka, zakonnica,
jest namiętną, po prostu namiętną fanką piłki nożnej. Do tego stopnia, że zawsze gdy są mistrzostwa świata czy Europy, to bierze sobie urlop w zakonie, by mogła spokojnie oglądać
mecze.
W okolicach mistrzostw świata w Korei i Japonii w 2002 roku zaczęłam udzielać się na forum sport. Więc potem, w czasie afery Rywina, wiedziałam już, jak wygląda forum internetowe, że są
różne działy i przypadkowo zajrzałam na te poświęcone wydarzeniom.
Kiedy wybuchła afera Rywina, to kilka osób na bieżąco zaczęło ją komentować. Wciągnęłam się. To było pasjonujące! Zdarzyło mi się brać urlop na niektóre przesłuchania komisji
śledczej i komentować niemal na żywo.
Tak to wtedy funkcjonowało. I kiedy Gazeta.pl zakładała serwis blogowy, to jeden z administratorów spytał mnie, czy nie założyłabym bloga, a że jestem mało asertywna, czego dowodem ten
wywiad, to w końcu uległam.
Opierałam się, myśląc, że blogi to coś w rodzaju pamiętników, a że ja w ogóle nie jestem wylewna, więc siebie w tym nie widziałam. Ten administrator przekonał mnie, że miałby to być
blog polityczny, coś, co byłoby dalszym ciągiem moich dyskusji na forum.
Nie, to wynik tego, co nakręca człowieka. Po aferze Rywina czułam się, jakbym wstała po kilkunastoletnim śnie, zobaczyła, jaki jest świat, i uwierzyła głęboko, że to się wszystko może
zmienić. To intensywne blogowanie było właśnie nakręcane wiarą, że to początek jakiejś zmiany, naprawiania państwa. Dziś brzmi to strasznie naiwnie i pretensjonalnie…
A potem przyszło wielkie rozczarowanie PiS, Platformą, wszystkim. Mam wrażenie, że żadnego PO - PiS od początku miało nie być, każda z partii chciała rządzić sama i żadna nie miała
załatwić tego, o co człowiekowi chodziło. Wiara w PO - PiS to była skrajna naiwność.
Wiesz co, szlachetnej naiwności to ja miałam po uszy, kiedy wierzyłam w Unię Wolności.
Dziś sama nie wiem, jakie poglądy mają polskie partie, ale w 2005 roku moje poglądy powinny kierować mnie w stronę PO, a wiara w determinację - w stronę PiS, niemniej dziś przede wszystkim
czuję się rozczarowana. I poniekąd znowu jestem w punkcie wyjścia, bo uznaję - jak wtedy - że jest źle, ale nie ma już we mnie tej wiary, że to się zmieni. Szansa została bezpowrotnie
stracona, nadzieja prysła i już nie wróci. A my jesteśmy bandą frajerów, którzy się dali nabrać. I w takim stanie ducha trudno w sobie znaleźć entuzjazm i chęć do pisania.
Patrzę, co się porobiło z ludźmi na forach internetowych, którzy jeszcze kilka lat temu mieli te same poglądy na aferę Rywina co ja. Dziś cieszą się, że przeszukują dom Bączka, kpią z
weryfikacji WSI, klaszczą Dukaczewskiemu. Platforma Obywatelska rzeczywiście dokonała cudu, bo przywróciła tym ludziom stan świadomości sprzed Rywina. Dukaczewski powinien być im
wdzięczny.
Może, nie chcę się spierać. Na PiS też się zawiodłam.
A skąd wiesz? Jeszcze przed wyborami 2005 roku zgłosiło się pewne wydawnictwo, by wydać w formie książki fragmenty mojego blogu poświęcone aferze Rywina. Nie byłam tym zachwycona, a w
końcu pomysł upadł. A poza tym unikam dziennikarzy: raz mnie o coś podpytał TVN 24, raz radio publiczne, jakaś babka z "Przekroju" i to wszystko. Ale z nikim nie rozmawiałam,
najwyżej odpowiadałam na maile.
Pojawiały się propozycje, żebym pisała felietony, ale jak raz już się prawie zgodziłam, to pismo padło. To nie fałszywa skromność, ale ja mam wrażenie, że nie mam zbyt wiele do
powiedzenia. Nie na tyle, by brać za to pieniądze i zajmować miejsce w gazecie. Najfajniejszym działem dziennikarstwa jest…
Nie, dziennikarstwo śledcze, czyli coś, czego prawie nie można u nas wykonywać rzetelnie. Prawdziwe poznawanie świata, wgryzanie się jest ciekawsze niż powierzchowne komentowanie. Ale to
akademickie rozważania.
To nikt się nie znajdzie, naprawdę. Ale ja nie szukam pracy. Nigdy nie byłam dziennikarką, nie mam doświadczenia, a nie jestem typem człowieka, który "chciałby się sprawdzić w
biznesie" jak Staszek.
No bo jak DZIENNIK… Nie wiem, może to nieeleganckie?
Dziennikarze śledczy DZIENNIKA opisują taśmy Oleksego i znajdują w nich tylko tyle, że Jola zrobiła sobie lifting, a wątek, w którym on mówi o jakichś zamachach, o służbach, całkowicie
pomijają i nie drążą. To nie dziwne?
To trzeba było choćby poinformować o tym, co jest na taśmach.
Nie, sama mam poczucie, że bycie dziennikarzem może być frustrujące, bo coś wiesz i nie możesz napisać.
.
Właśnie. Ale jako blogerka jestem skazana na wiadomości z trzeciej ręki. Bo najpierw jakiś polityk lub ktoś sprzedaje temat dziennikarzowi, potem on filtruje to przez swoje poglądy i interesy
swojej gazety, a na końcu ja to mam komentować?! Jaki jest sens, by komentować coś, co umoczonemu do cna redaktorowi C. z pewnej gazety sprzedał jakiś oficer WSI? Mam to na poważnie
analizować? Czasami więc łapię się na tym, że to nie ma sensu. Zresztą nie tylko to. Zawsze chciałam być prokuratorem i myślę, że bardzo trudno być w Polsce uczciwym prokuratorem. Tak
samo służby specjalne - to nie jest zawód na Polskę.
Jeszcze mnie nie grzeb.
Nie sądzę, by tak mogło być w Polsce. Politycy i mainstreamowi dziennikarze uważają, że Polakami można tak łatwo manipulować, wcisnąć im wszystko. Po co im blogerzy? By ich
kontrolowali?
Nie, zupełnie mnie to nie interesuje.
Mam kilka ulubionych, politycznych, bo inne mnie nie ciekawią.
Nie aż tak, ale miałam kilka dziwnych sytuacji. Jeden z moich adwersarzy, człowiek skądinąd stateczny, o wysokiej pozycji zawodowej, przysyłał mi bardzo nieprzyjemne maile, że mnie śledzi,
że mnie odnajdzie, i rzeczywiście wpadł na mój trop.
Też. Inna osoba, która mnie rozpoznała, wpadała do pracy z jakimiś dziwnymi prezentami. Nie chcę prowokować takich akcji.
Nie wiem. Ja jestem tępa komputerowo, ale jeśli ktoś jest bystrzejszy, to pewnie potrafi kogoś wyśledzić. Poza tym jako osoba prostolinijna na początku więcej o sobie mówiłam, ktoś mógł
się domyślić.
Bo mnie podszedłeś i już nie miałam jak się wykręcić. No chwila słabości po prostu.
Kryminały. Zresztą polska polityka ma wiele z kryminału, z rozwiązywania zagadki: kto zabił. Czasem nawet dosłownie.