Pewna stołeczna redakcja, pewien wieczór. Autor przeżywa załamanie nerwowe. Zespół namawia go, aby robił sobie śmichy chichy z pana prezydenta i z pana premiera. Oczywiście a propos. Autor utrzymuje, że niskie loty naszych kaczek i Donaldów nikogo nie bawią - pisze w DZIENNIKU Jan Wróbel.
REDAKCJA: Janek, przestań sie mazgaić. Pisz i idziemy do domu.
JA: Nie. Nie i już. Nie umiem
REDAKCJA: Eee tam. Pomyśl tylko: "samolot"
JANEK: Hi, Hi...
REDAKCJA: A pomyśl: "poważny polski polityk"
JANEK: Rech, rech, rech...
REDAKCJA: A pomyśl: "szczyt"...
JANEK: Oj, nie mogę... ho ho ho...
REDAKCJA: "Jedzie premier z daleka, na nikogo nie czeka..."
JANEK: Hy, hy, hy! Błagam, stop...
REDAKCJA: "Sikorski i Kownacki, Kownacki i Sikorski"
JANEK: No dobrze! Uh, uh... Uff... No dobra, wymyślę jakąś zabawną, nieprawdopodobną scenę. Na przykład: polski prezydent biega dookoła gmachu Rady Europy, a Tusk mierzy mu czas...
Lech Kaczyński (z telewizora): "Jak tylko usłyszałem, że mówią o Gruzji, zacząłem biec, ale nie zdążyłem..."
JANEK: Poddaję się.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|