Dziennik Gazeta Prawana logo

Zapalnik pod polski październik

9 stycznia 2009, 23:15
Ten tekst przeczytasz w 14 minut
Zapalnik pod polski październik
Inne
Józef Światło, zastępca dyrektora X Departamentu Ministerstwa Bezpieczeństwa Narodowego, który zajmował się tropieniem wewnętrznych wrogów partii komunistycznej w połowie lat 50. uciekł na Zachód i oddał się w ręce Amerykanów. O legendarnym stalinowskim funkcjonariuszu opowiada DZIENNIKOWI autor jego biografii Andrzej Paczkowski.

Najprawdopodobniej był przesłuchiwany przez Theodora Shackleya, oficera CIA, na terenie Niemiec Zachodnich, niedaleko Frankfurtu. Miesiąc wcześniej zdecydował się przekroczyć żelazną kurtynę w Berlinie Zachodnim, gdzie oddał się w ręce Amerykanów, którzy natychmiast zaczęli wykorzystywać wiedzę, którą im przekazał, ale też weryfikowali jego tożsamość. Musieli upewnić się, że Światło opowiada o sprawach, o których ma rzeczywistą wiedzę, a nie zmyśla. Był tam do kwietnia 1954 r., po czym wyjechał do USA.


Światło był zastępcą dyrektora X Departamentu Ministerstwa Bezpieczeństwa Narodowego, który zajmował się tropieniem wewnętrznych wrogów partii komunistycznej, człowiekiem, który wsadził do więzienia setki ludzi. Kazano mu wypisać nazwiska osób kiedyś przesłuchiwanych, a wówczas przebywających na Zachodzie. Uciekinier zaproponował, by odnaleziono Bolesława Biegę i spytano, czy przesłuchujący go w 1945 r. oficer nie zabrał mu złotej papierośnicy z napisem "With Love from Baba" (prezent od narzeczonej), co znany działacz emigracyjny potwierdził. Papierośnicę miał przy sobie Światło.


Był na wyjeździe służbowym w ramach poszukiwań i zwalczania trockistów, a za taką osobę uważano wówczas Wandę Brońską, przedwojenną komunistkę ze stażem łagrowym, która w 1949 r. wybrała wolność, od 1952 r. miała audycję w Radiu Wolna Europa i pisała do paryskiej "Kultury". Chyba nie chodziło, by ją zamordować, a raczej postraszyć, zaszantażować, namówić do powrotu lub porwać. Ale tego z kraju zrobić się nie dało, więc MBP poprosiło o pomoc swego niemieckiego odpowiednika, czyli Stasi. Światło pojechał ze swoim przełożonym Anatolem Fejginem omówić sprawy na miejscu.


W sobotę 5 grudnia 1953 r. mieli rano spotkanie z Erichem Mielke ze Stasi, potem wrócili do hotelu, przejrzeli gazety i postanowili zrobić zakupy, prezenty dla rodzin. Do centrum handlowego mieli niedaleko, ale jako że, jak pisał potem w raporcie Fejgin, było wilgotno, "przez chwilę bodajże mżyło", zeszli do metra. Po dwóch przystankach i kilku minutach znowu znaleźli się na ulicy, szybko zorientowali się, że coś jest nie w porządku, bo tak dobrze zaopatrzone sklepy nie mogły być socjalistyczne. Jak się okazało, wjechali do strefy francuskiej, ale żeby wrócić, musieli kupić bilety.


Tak, ale czasami można było zapłacić wschodnimi, a poprosić o resztę w zachodnich. Fejgin wszedł do małego sklepu, by kupić papierosy, nie dość, że sprzedawca odmówił mu westmarek, to ani przed trafiką, ani przed wystawą sąsiedniego sklepu Światły już nie było. Po godzinie czekania wrócił do hotelu, tam też oczywiście nikt na niego nie czekał.


Na posterunku policji zachodnioberlińskiej wylegitymował się, powiedział, kim jest, oddał, jak twierdzi, automatyczny pistolet służbowy i poprosił o kontakt z Amerykanami.


O ile potrafimy odtworzyć na podstawie zeznań Fejgina i opowieści Światły, jak doszło do ucieczki, to w przypadku pytania o motywy jesteśmy skazani wyłącznie na domysły. Po prostu brakuje wiarygodnych dokumentów, takie zapewne znajdują się w archiwach CIA i NKWD, ale i Waszyngton, i Moskwa nie dopuszczają do nich. Angielski dziennikarz Steven Stewart twierdzi, że Światło został zwerbowany w 1948 r. przez CIA, wykonał swoje zadania i przy nadarzającej się okazji opuścił Polskę. Jednak nie ma na to żadnych dowodów. Taka była zresztą linia propagowana przez ówczesne władze określające zbiega jako zdrajcę. To raczej fantazja dziennikarska. Druga hipoteza jest przeciwstawna - Światło uciekł, realizując polecenia KGB. Władze sowieckiej bezpieki miały uznać, że proces destalinizacji po śmierci wodza w marcu 1953 r. przebiega w Polsce za wolno i trzeba towarzyszom znad Wisły dostarczyć impulsu. Dlatego nakazały Światle, aby przeszedł na drugą stronę i opisał, co dzieje się w aparacie bezpieczeństwa, to miało wstrząsnąć naszą wierchuszką i wymusić zmiany. Tu też nie ma żadnych dokumentów.


Sądzę, że on zaczynał bać się nadchodzących zmian, odpowiedzialności za brutalne śledztwa, pozbawione podstaw aresztowania, samowolę, poza tym jako zadeklarowanemu żydowi doskwierał mu antysemityzm, który nasilał się zarówno w partii, jak i aparacie bezpieczeństwa.


Tak sądzę. Pytanie tylko, czy ucieczkę przygotowywał od dłuższego czasu, czy uległ impulsowi. Stawiam na to drugie, chociaż nie brakuje przypuszczeń, że realizował plan długofalowy. Wykonywał działania, które nie mieściły się w jego normalnej aktywności bezpieczniackiej: przeszedł krótki kurs fotografii szpiegowskiej, miał taki aparat, nie rozliczył się z taśmy fotograficznej, którą pobrał z ministerstwa, w jego szafach pancernych znaleziono wiele ważnych dokumentów, których tam nie powinno być, więc może je fotografował.


To prawda. To są tylko domysły.


Dla 99,9 procent polskiego społeczeństwa sprawy Światło nie było. Mało osób wiedziało, że taki człowiek istnieje, a jeszcze mniej, czym się zajmuje. Natomiast wyższe kręgi aparatu władzy snuły domysły: zdradził czy został porwany przez wywiad zachodni. W obu przypadkach zadawano pytanie, czy zacznie sypać swoich kolegów i towarzyszy. Kiedy robiono pierwsze wewnętrzne analizy, zbierano informację od rodziny, znajomych, przede wszystkim interesowano się, czy Światło był twardym ideowcem? Czy nie zdradzi? Na ogół mówiono, że jest dzielny, siedział jako komunista przed wojną, więc raczej pozostanie lojalny wobec systemu... Jako pierwszy ucierpiał Fejgin, którego wydalono z resortu za niedopełnienie obowiązków służbowych, że dopuścił do porwania mu podwładnego.


Tak, po śmierci Stalina zaczęto uważniej przyglądać się służbom bezpieczeństwa, dwa tygodnie po ucieczce stracono Ławrientija Berię, szefa NKWD, zaczęły pojawiać się w partii wątpliwości w sprawie niektórych aresztowań, głównie starych komunistów, zadawano pytania o wiarygodność wymuszanych siłą zeznań. Zapadła decyzja o reorganizacji służby i likwidacji właśnie Departamentu X, którego wicedyrektorem był Światło.


To była bomba. Paradoksalnie o tym wydarzeniu tysiące Polaków wiedziały wcześniej niż członkowie partyjnej wierchuszki. Pierwsi po prostu słuchali RWE i BBC, które wieczorem transmitowały konferencję, drudzy nie słuchali "wrogich szczekaczek", więc o wszystkim dowiedzieli się dopiero, gdy odpowiednie służby zrobiły z nasłuchów notatki służbowe i dostarczyły najwyższym władzom.


Na niej Światło powiedział rzeczy najbardziej sensacyjne: że Wiesław Gomułka siedzi w tajnym więzieniu i on wie, gdzie ono się znajduje; że prymas Wyszyński został internowany i wie, gdzie jest przetrzymywany; że to on aresztował Hermanna Fielda, obywatela amerykańskiego; że to Sowieci rządzą polską partią i bezpieką, o brutalnych metodach wymuszania zeznań od więźniów i samobójstwach w aresztach.


Reakcja partii była opóźniona, bo tego samego dnia delegacja rządowa z Bolesławem Bierutem i Jakubem Bermanem lądowała w Pekinie, a bez nich trudno było podjąć jakąkolwiek decyzję. Natomiast aparat bezpieczeństwa zareagował natychmiast. Wszystkie departamenty MBP i wojewódzkie urzędy bezpieczeństwa musiały przerzucać archiwa i dostarczyć informacje o Światle: kogo znał, z kim pracował, przesłuchano ponad 60 osób, wycofano parę osób z siatek wywiadowczych, które go znały, m.in. tajnego współpracownika z Austrii wywieźli Sowieci, trzeba było odwołać korespondenta PAP z Nowego Jorku, który był tam na jeszcze jednym etacie. Zlikwidowano lokale konspiracyjne, w wielu miejscach podsłuchy, o których wiedział Światło. Oczywiście, to wszystko było za późno, bo Amerykanie na wykorzystanie tych informacji mieli 10 miesięcy.


Trzy jego siostry, żona, jej siostra i brat mieszkali w Warszawie, mieli średnio wysokie stanowiska w administracji. Wszystkich wysiedlono do małych miasteczek, zakazano przemieszczania się, prowadzenia korespondencji, tym, którzy mieli nazwisko Światło, zmieniono nazwiska, mieli założone podsłuchy, agentów w pobliżu. Żona z dwójką małych dzieci najpierw trafiła do jakiejś leśniczówki pod Oleckiem, potem przeniesiono ich do Sokółki, była pomocą w sklepie. Zresztą ona przeżyła całą sprawę najbardziej, zapadła na zdrowiu, przeżyła załamanie nerwowe. Wszyscy do Warszawy wrócili na fali odwilży w 1956 r., ale oczywiście nie do tych samych mieszkań i nie na te same posady. Wszystkim pozwolono wyjechać do Izraela dopiero pod koniec lat 60. Światło nie skontaktował się z rodziną ani razu.


Owszem, faza propagandowego wykorzystania Światły przez Amerykanów była krótka, intensywna i dosyć chaotyczna. Od 28 września zorganizowano mu trzy konferencje prasowe, przesłuchanie w Kongresie, mieli do niego ograniczony dostęp dziennikarze, ale to wszystko po tygodniu ucichło. Amerykanie zresztą najbardziej interesowali się nie Polakami, a Fieldem, swoim obywatelem, architektem, którego Światło aresztował w 1949 r. w Warszawie. Przesiedział w polskim więzieniu 5 lat, a nasze władze odmawiały jakiejkolwiek informacji o nim.


Tak, wysłał do Waszyngtonu dobrego dziennikarza Zbigniewa Błażyńskiego, by ten zrobił z nim cykl audycji "Za kulisami partii i bezpieki". Panowie przyprowadzali rozmowę, Błażyński ją w nocy spisywał, redagował, nadawał kształt opowieści Światły. Ten rano tekst odczytywał do mikrofonu. Reporter dogrywał tylko wstęp i taśma leciała do Monachium, gdzie była nadawana. Cykl 9 - 11-minutowych audycji trwał od 20 października 1954 r. niemal przez 10 miesięcy.


To była wszechstronna kompromitacja elity rządzącej. Przede wszystkim Światło oficjalnie i wprost ujawnił istnienie aparatu bezpieczeństwa. Niby wszyscy wiedzieli, że on działa, ale nikt o nim nie mówił publicznie. A on przedstawił strukturę, szefów, metody, konkretne śledztwa. Krajowych polityków nazwał wasalami, którzy wykonują polecenia Moskwy. Powiedział o fałszowaniu referendum i wyborów. Obsmarował elitę, która korzystała z przywilejów.


Oszczędzał jedynie Gomułkę, może nawet na prośbę Amerykanów, którzy chcieli w ten sposób wpłynąć na polską politykę. Zarówno Jan Nowak, który wprawdzie Światły nigdy nie widział, ale zarządzał tą operacją od strony radia, jak i Jerzy Giedroyc, który chciał wydać wspomnienia Światły, twierdzili, że Amerykanie prosili go, by przejaskrawiał przykłady malwersacji, stylu życia elity partyjnej, Bieruta, Minca, Cyrankiewicza, Żymierskiego... W tym przypadku pedał został dociśnięty do końca.


W pewnym sensie tak. Przede wszystkim nie mówił o sobie jako funkcjonariuszu, a Błażyński go o to nie pytał. Oczywiście wspominał, że opiekował się tajnym więzieniem w Miedzeszynie, współpracował z rosyjskimi służbami przy likwidowaniu oddziałów AK w 1945 r., ale np. nic nie powiedział o udziale w aresztowaniu Wincentego Witosa. Relacjonował, że podczas śledztw bito więźniów, ale nie zająknął się nigdy, że sam używał przemocy.


Wielu ludzi na Zachodzie uważało, że to po prostu ubek, agent sowiecki z krwią na rękach, powinien zostać powieszony, oddany pod sąd, a on właściwie dostaje nagrodę, staje się sławny. Jan Nowak pisze we wspomnieniach, że gdy w zespole RWE odbyła się dyskusja, czy w ogóle zaczynać tę operację, większość była przeciwna, nie chciała występować obok takiego typa. Nowak przeforsował jednak swój plan, uzasadniając, że świadkiem oskarżenia może być nawet zbrodniarz. Oczywiście, Światło nie oskarżał siebie, ale innych i przede wszystkim system komunistyczny. Głosy przeciwników zamilkły po paru tygodniach, kiedy okazało się, że uciekinier ma naprawdę wstrząsające rzeczy do powiedzenia.


Tak i wysyłać ją pocztą do Polski: do bibliotek, szkół, urzędów, a nawet do funkcjonariuszy partyjnych, którym Światło pisałby dedykację. Akcja nie udała się, za to w lutym 1955 r. podjęto akcję balonową. Bałżyński napisał broszurę z rewelacjami Światły, wydrukowano 800 tysięcy egzemplarzy, załadowano na balony, które startowały z Bawarii. Ile doleciało do Polski? Nie sposób powiedzieć, ale zapewne w 1955 r. Światło był najbardziej popularną osobą w Polsce.


Uważał się za Żyda, deklarował to we wszystkich ankietach, choć większość kolegów z bezpieki, mając podobny rodowód, wpisywała: pochodzenie polskie. Wiedział, że wyróżnia się podwójnie: raz, że należał do elity aparatu bezpieczeństwa, dwa, że był właśnie Żydem. Wiedział, że takich ludzi uznawano w Polsce za podwójne zło. Nie zauważyłem u niego odruchów zemsty na polskich nacjonalistach, aresztowanych przedwojennych endekach. Owszem, nie patyczkował się z nimi jak z przedwojennymi komunistami, jednak jego odruchy zemsty miały raczej charakter klasowy, ideowy niż narodowy.


Prawie wszyscy z czołówki PPR wiedzieli, że taka sytuacja nie jest zdrowa, Gomółka mówił o tym wprost. Używano takich określeń jak "nadmierne zagęszczenie", dlatego wiele osób żydowskiego pochodzenia musiało - często na polecenie partii - zmienić nazwiska na polskie. Nie jestem pewien, czy istniało poczucie wspólnoty między Żydami pracującymi w służbie bezpieczeństwa. Oczywiście zdawali sobie sprawę ze swoistej nadreprezentacji ich narodowości w najwyższych władzach.


Bo on raczej robił w papierach, a nie ludziach, trochę jak Eichmann. Gdybym miał 30 wiarygodnych zeznań, jak katował ludzi, to bym to opisał, ale brakuje takich. Mam za to dziesiątki dokumentów, pod którymi widnieje jego podpis. On zarządzał inwigilację, aresztowanie, ale rzadko przesłuchiwał. Raczej łapał ludzi i oddawał innym.


Służył im jako ekspert, raczej nie pisał samodzielnych analiz. Jedyna znana mi praca dla amerykańskiej agencji to sylwetka generała Sierowa, kiedy ten przestał być szefem KGB i przeszedł na stanowisko szefa służb wojskowych. Poza tym wiedza Światły dezaktualizowała się błyskawicznie, przecież 1956 r. przyniósł takie zmiany, że opowieści, które miał do zaproponowania, należały już do innego świata, nie wzbudzały żadnych emocji.


Na pewno CIA zapewniło operację plastyczną, nową tożsamość. Co do formy współpracy zdania są podzielone, jedni uważają, że miał pensję z agencji do końca życia, inni, że służby umożliwiły mu rozkręcenie biznesu, mówi się o farmie, jatce koszernej... Nic pewnego jednak nie potrafię powiedzieć.


Były takie mgliste plany, ale nie wiadomo, czy chodziło o morderstwo, czy formę zastraszenia. Wydaje się, że polski wywiad w latach 60. nie miał warunków, by przeprowadzić taką akcję na terenie USA. W ogóle nie potrafili go namierzyć, poza tym po paru latach przestał się udzielać publicznie, więc przestał być też zagrożeniem.


Oficjalnie nie. Ale z trzech źródeł, które mają różne kontakty z amerykańskimi służbami, otrzymałem tę samą datę - rok 1985. Podobno zawał serca.

*Andrzej Paczkowski, profesor historii, autor książek o PRL, m.in. "Od sfałszowanego zwycięstwa do prawdziwej klęski: szkice do portretu PRL"; "Wojna polsko-jaruzelska". 15 stycznia ukaże się biografia "Trzy twarze Józefa Światły. Przyczynek do historii komunizmu w Polsce"

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj