Prasa europejska i amerykańska oraz tamtejsze instytucje analityczne konsekwentnie umieszczają nas w jednym koszyku z Ukrainą i Rosją, a nie na przykład z Niemcami i Holandią. Fatalne notowania gospodarcze wschodu rzutują na naszą ocenę, choć wcale nie zasługujemy na zaliczanie nas do grona bankrutów. Zakopanie podziału Europy okazuje się fikcją. i wysokiego ryzyka.
Inwestorzy uciekają z naszej giełdy, wykupują dolary i euro, transferując je za granicę. W konsekwencji złoty osiąga dno. "The Wall Street Journal", "New York Times" oraz prasa włoska uznają nas za kraj niemal upadły. Owszem, . Ani Rosja, ani Ukraina nie zaliczają się do naszych czołowych partnerów handlowych. Nasze systemy bankowe nie są połączone. Nie mamy wspólnych interesów wiążących nas na śmierć i życie. Wszytko to występuje natomiast w relacjach Polski z innymi krajami UE, szczególnie Niemcami. Gdyby ktoś zechciał uczciwie opisać rzeczywisty kontekst kryzysu w Rzeczpospolitej, powinien odnosić naszą gospodarkę, giełdę i ich parametry do naszego zachodniego sąsiada, a nie Ukrainy.
Nic innego jak . Bez cienia winy po polskiej stronie każdy krach w Kijowie czy Moskwie odbije się na kondycji Polski. Wschód jest niepewny, trzeba więc ratować, co się da z pieniędzy włożonych w ten rejon świata - oto przesłanie nie tylko kapitału spekulacyjnego, ale też poważnych inwestorów.
Ciąży nad nami cień ponurego wschodu. Najwyraźniej, nie możemy się go pozbyć.