Zabójstwo działaczki praw człowieka Natalii Estemirowej jest testem dla prezydenta Miedwiediewa. Nie na to bynajmniej, czy Rosja przestrzega praw człowieka. Nie bądźmy naiwni. Jest testem, czy Miedwiediew w ogóle rządzi krajem, czy to tylko malowana kukła pozbawiona realnej władzy.
Znana aktywistka, przyjaciółka zamordowanych wcześniej obrońców praw człowieka Politkowskiej i Markiełowa, zostaje uprowadzona, zastrzelona i porzucona w przydrożnym rowie. Wiadomo, że zaszła za skórę prezydentowi Czeczenii Kadyrowowi. Wiadomo też, iż od paru lat w równie brutalnych okolicznościach giną jego oponenci. Trudno nie skojarzyć tych faktów.
Kadyrow zwykł mawiać: nie jestem człowiekiem Rosji, jestem człowiekiem Putina. Czytaj: jestem nietykalny. I rzeczywiście. Gdyby nie on, Rosjanom nie udałoby się spacyfikować niepokornej republiki. Paradoksalnie może też liczyć na poparcie Czeczenów, dał im bowiem pokój i względną stabilizację. Czeczenia pozostaje jednak częścią Federacji Rosyjskiej. Moskwa stoczyła w końcu dwie krwawe wojny, straciła tysiące żołnierzy, by utrzymać ten stan rzeczy. Prezydentem federacji, jej głową i symbolem, jest zaś Miedwiediew. Do tej pory jego ręce były czyste. To za Putina dochodziło do mordów politycznych, za Putina skazano Chodorkowskiego. Po objęciu urzędu Miedwiediew chciał uchodzić za liberała. Gdzie jest teraz jego wola przywrócenia w Rosji rządów prawa? Zabójstwo Estemirowej to jawna kpina z władzy prezydenta, pokazanie mu, że w gruncie rzeczy pozostaje nikim. Wystarczy być „człowiekiem Putina”, by mordować bezkarnie.
Kanclerz Angela Merkel powiedziała wczoraj na spotkaniu z Miedwiediewem, że śmierć działaczki zaszokowała ją. Ludzki gest. Może jednak warto było dołączyć do niego twarde polityczne pytanie, czy Miedwiediew kontroluje sytuację w swoim kraju. Jeśli nie – po co w ogóle z nim rozmawiać? Nadszedł czas, by pokazał, iż jest głową Rosji. Carowi nie pluje się w twarz jawnym ignorowaniem jego autorytetu. Chyba że to nie car, a pusta w środku rosyjska matrioszka.