Jeszcze przed wyjazdem do Berlina Władysław Bartoszewski mówił, że możliwe jest nawet anulowanie niektórych zaplanowanych na ten rok polsko-niemieckich imprez, jeśli szefowa Związku Wypędzonych zasiadłaby w radzie fundacji.
>>> Wypędzeni: Polska szantażuje Niemcy
A co by oznaczało dla Niemiec wycofanie zaproszenia do udziału w uroczystościach w Gdańsku z okazji rocznicy wybuchu wojny, które mają się odbyć na kilka tygodni przed wyborami do Bundestagu? "Nie mam wątpliwości: czołowi politycy obu partii rządzących uważaliby niezaproszenie za despekt, a cofnięcie zaproszenia za obelgę" - powiedział DZIENNIKOWI Władysław Bartoszewski.
p
Władysław Bartoszewski: To naprawdę było spotkanie w cztery oczy. Mamy takie ustalenie z panią kanclerz: szczegółowa treść rozmowy jest tylko dla premiera i dla mnie. Koniec. Nikt inny o tym
nie usłyszy. Nawet prezydentowi nie wysłałem relacji z mojego spotkania.
Ona przywiązuje ogromne znaczenie do poprawy stosunków z naszym krajem. Znam ją od kilkunastu lat. A jak zna się kogoś tyle czasu, to się wie, czy w rozmowie mówi prawdę, czy to jest lipa.
Nie ujawniając treści rozmów, powiem jednak, że pani kanclerz zależy szczególnie na zaakceptowaniu dobrych stosunków z Polską w roku jubileuszowym wybuchu przed 70 laty II wojny
światowej.
Nie mam wątpliwości: czołowi politycy obu partii rządzących uważaliby niezaproszenie za despekt, a cofnięcie zaproszenia za obelgę.
Każda z demokratycznych partii niemieckich przywiązuje ogromną wagę do przypadków, gdy ktoś, kto miał tragiczne doświadczenia z narodem i państwem niemieckim, mimo wszystko wykazuje
gotowość do dialogu. To bowiem potwierdza przemiany Niemiec, które przecież chcą być sojusznikiem Ameryki. Oni starają się na każdym kroku akcentować przynależność do światowego obozu
demokracji.
Z pewnością nie zrezygnujemy z udziału przywódców państw w ważnym dla nas akcie przypomnienia agresji na Polskę przed 70 lat. Nie wolno też dotykać żadnych wielkich projektów współpracy
polsko-niemieckiej: stosunków konsularnych, handlowych, zaopatrzenia w energię. Bylibyśmy wariatami, gdybyśmy chcieli to naruszać. Ale jak się chce komuś dać do zrozumienia, że się jest z
niego niezadowolonym, nie trzeba koniecznie mówić: ty chamie! Można na przykład nie uśmiechać się albo skrzywić brwi. Jeżeli pan premier posłucha moich sugestii, będziemy znajdowali formy
dawania pewnych sygnałów, które nazwałbym łagodnie ostrzegawczymi.
Pani Merkel nie jest dyktatorem, a Niemcy są krajem zróżnicowanym. I na wszelki wypadek należy dbać o to, by niemiecka opinia publiczna nie miała żadnych wątpliwości, że jest pewna linia,
której z nami przekroczyć nie można! I że pewne pomysły personalne należą właśnie do takiego przekraczania linii.
Na razie to zależy przede wszystkim od strony polskiej. Wciąż nie wiadomo, czy gospodarzem uroczystości w Gdańsku będzie premier, prezydent czy też premier i prezydent razem. A od tego
zależy, kto będzie reprezentował zaproszone na te obchody państwa, w tym Niemcy.
Na kilka godzin przed moim spotkaniem z panią kanclerz szef naszego MSZ Radosław Sikorski dzwonił do ministra Steinmeiera, by uświadomić mu, jak poważne niepokoje budzą w Polsce doniesienia
tygodnika „Der Spiegel”, że Erika Stienbach może zostać mianowana do Rady mającej budować Widomy Znak. Chciał na czas powiedzieć mu, jakie będą skutki takiego kroku dla
stosunków polsko-niemieckich. Markus Meckel, poseł SPD i przewodniczący polsko-niemieckiej komisji Bundestagu, powiedział mi także, że Socjaldemokraci, których przywódcą jest Frank-Walter
Steinmeier, zablokują wszelkie decyzje, które urażałyby stronę polską.