Sporządzenie raportu nakazuje ministerstwu ustawa. Dokument powstał w . Tym samym, który zasłynął planem walki z podziemiem aborcyjnym przez rejestrowanie wszystkich ciężarnych kobiet. Tekst, który właśnie pojawił się na stronach internetowych ministerstwa, wywołał i organizacji zajmujących się problematyką planowania rodziny.
>>>W Sejmie jest już projekt ustawy o in vitro
Dlaczego? Można się z niego dowiedzieć m.in., że . Ministerstwo wylicza nawet trzy refundowane preparaty antykoncepcyjne. Czemu to oburza lekarzy? Bo , w dodatku najstarszy z dopuszczonych na polski rynek. "Ponadto jest on refundowany jako środek na zaburzenia miesiączkowania, a nie jako antykoncepcyjny. I tak powinien być stosowany" - twierdzi dr Grzegorz Południewski z Towarzystwa Rozwoju Rodziny.
>>>Wyścig o in vitro. Kto będzie pierwszy?
Ministerstwo przytacza też dotyczące stosowanych przez Polaków metod antykoncepcji. Wśród najpopularniejszych wymieniany jest . Seksuolog prof. Zbigniew Izdebski dziwi się, że w raporcie pojawiły się stare dane, skoro on sam przekazywał ministerstwu aktualniejsze. I dodaje: "Poza tym stosunek przerywany nie jest metodą antykoncepcji."
Zaskakują też dane o . W ubiegłym roku przeprowadzono . Od jednego z lekarzy usłyszeliśmy, że dane na pewno nie są rzetelne, bo . Kolejne rewelacje dotyczą badań prenatalnych. Autorzy przekonują, że od 2005 r. NFZ finansuje te badania . Wymienia wśród nich test PAPP-A (bezinwazyjna ocena ryzyka wad genetycznych). "To totalne . W Polsce z badaniami jest dramatycznie źle" - mówi prof. Romuald Dębski, kierownik kliniki ginekologii i położnictwa Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego w Warszawie. Czemu? , bardzo rzadko zalecane. "Można je wykonać tylko w kilku miejscach w Polsce, i to " - dodaje Dębski.
czytaj dalej
Według niego ministerialne raporty od zawsze były obarczone . "Przytaczano w nich nawet preparaty, których w antykoncepcji się w ogóle nie stosuje" - mówi prof. Dębski. Jak twierdzi, liczył, że kolejny rząd rzetelnie opracuje dane. - oburza się profesor.
Opozycja już zapowiada, że . "Wygląda na to, że sprawozdanie sporządzono " - podsumowuje Joanna Kluzik-Rostkowska.
Zapytaliśmy Ministerstwo Zdrowia, dlaczego w sprawozdaniu pojawiły się te wszystkie rewelacje.
p
Ustawa mówi o tym, jak być powinno. Ministerstwo czuje, że rzeczywistość od tego odbiega. Widzi też, że niewystarczająco dużo się w tej mierze dzieje. Więc
stara się pokazać, że jednak coś robi. I koloryzuje.
Oczywiście nie jest to metoda antykoncepcji i nie należy jej stosować. Jednak w praktyce i w mentalności Polaków ona wciąż istnieje. Stosuje ją 16 – 18 procent ludzi. Dlatego ją
wykazujemy, podczas gdy na świecie się tego nie podaje.
Nie ma przeszkód, by oszacować przybliżoną skalę zjawiska. Do tego potrzebna jest jednak wola polityczna.
czytaj dalej
Zwiódł resort, ale też posłowie. Bo w Sejmie nie ma konstruktywnej debaty o problemach, które porusza ustawa. Od 15 lat działania tej ustawy debata zawsze zmienia się w ideologiczną
awanturę. Problemy kobiet, zdrowia reprodukcyjnego schodzą na plan dalszy. Jakby nikomu nie zależało na ich rozwiązaniu.
Jeśli tym razem urzędnicy i posłowie zastanowią się, jak przygotować bardziej sensowne sprawozdanie. Powinno ono pokazywać słabe i mocne strony ustawy. Warto się zastanowić, jakich danych
do tego potrzebujemy. Bo w przeciwnym wypadku powstanie kolejny śliski raport, byle jaki, ale odfajkowany.
prof. Zbigniew Izdebski, seksuolog, kierownik podyplomowych studiów wychowania seksualnego UW