Waldemar Skrzypczak: To prawda. Żałuję, że tego, co mówię dziś, nie powiedziałem wcześniej.
Myślałem, że będziemy mieli w końcu właściwy sprzęt, ale okazało się, że wierzyłem niepotrzebnie. Moja wiara była niewarta tego, co się stało.
>>> Sikorski: Nie wycofamy się z Afganistanu
Ból po stracie doskonałego dowódcy. I poczucie wstydu, że nie daliśmy żołnierzom potrzebnego sprzętu. To my, generałowie, jesteśmy odpowiedzialni za to, czy żołnierze mają wyposażenie
potrzebne na wojnę. My prosimy o broń, ale wszystko tonie w procedurach biurokratycznych. Decydują urzędnicy wojskowi, którzy front widzieli w filmie "9 kompania". My jesteśmy
stawiani pod pręgierzem przez przełożonych, którzy słuchają doradców mających mgliste pojęcie o szkoleniu i tkwią w schematach z lat 70. i 80.
Jestem bardzo zadowolony, że premier znalazł czas dla żołnierzy w Afganistanie i dostrzegł to, co jest dla nas największym problemem. Brakuje sprzętu, o który walczymy nieustannie od trzech
lat. Chodzi o bezzałogowe samoloty rozpoznawcze, śmigłowce i ich uzbrojenie. Rozumiem, że jest kryzys. Jednak wcześniej, gdy były pieniądze, nie kupiono tego, co trzeba. To, co było pilną
potrzebą operacyjną, nie dotarło na front wcale, bo pieniądze poszły na co innego.
To nie do mnie pytanie, bo nie ja te pieniądze dzieliłem. Dziwne jest, że kupuje się sanitarki, których w jednostkach mamy pod dostatkiem. Idzie pełną parą rozdmuchany program zakupów
mostów dla wojsk lądowych. Tymczasem śmigłowców, które są nam potrzebne, nie ma. A wystarczy, żeby uwzględniono to, cośmy pisali jako Dowództwo Wojsk Lądowych. Dwa lata temu dokonaliśmy
głębokiej analizy tego, co nas spotka w latach 2009-11. Stwierdziliśmy, że zabraknie nam śmigłowców na front i do szkolenia. Alarmowaliśmy, że trzeba nam kupić śmigłowce Mi-24 i Mi-17 lub
Mi-171. Generalnie wszyscy się z tym zgodzili, ale potem sprawa umarła śmiercią naturalną. Tymczasem już dziś piloci czekają w kolejkach, żeby móc uczyć się latać. Prawdziwy problem
zrodzi się w drugiej połowie 2010 roku.
Nie będzie na czym latać.
Na front sześć bojowych i sześć transportowych. Drugie tyle do szkolenia w kraju.
Bezpośrednio nie rozmawiałem na te tematy. U nas generalnie nie wysłuchuje się dowódców, przynajmniej mnie. Są inni doradcy. Nie wiem, czy moje informacje do ministra docierają. Podejrzewam,
że nie. Do ministra dociera zniekształcony obraz rzeczywistości. Wynika z niego, że wszystko jest OK, na piątkę.
W praktyce jest inaczej. Opinie na temat zakupów piszą ludzie, którzy technicznie są może dobrze przygotowani. Ale nie znają naszych oczekiwań. Nie czują pola walki. To my powinniśmy
decydować o tym, co jest nam na wojnie potrzebne. Tymczasem zawłaszczono nasze kompetencje. Oddano je ludziom, którzy nie ponoszą odpowiedzialności żadnej. Oczekuję, że ktoś odpowie przed
sądem za to, że nie mamy środków walki, które zapewniają bezpieczeństwo polskim żołnierzom. Za to moim zdaniem trzeba ponosić odpowiedzialność karną. Tymczasem oni siedzą teraz w
zaciszu domowym i nie przejmują się tym, co się stało. Panowie, to wy jesteście winni! Nie chodzi o to, że obcięto budżet MON. Pieniądze na sprzęt były, ale zwyczajnie go nie kupiono.
Proszę bardzo. Występowaliśmy o uzbrojenie śmigłowców w karabin automatyczny Dillon M134D, który w ciągu sekundy wystrzeliwuje 50 pocisków, to prawdziwy siewca śmierci. Ale ktoś napisał
opinię, że na burcie śmigłowca nie można zamocować takiego karabinu maszynowego, bo nie da się zbudować podstawy, która go utrzyma.
Kiedy to powiedziałem swoim pilotom, obśmiali się jak norki. Takie podstawy do mocowania można przygotować w dwa tygodnie. Dodam, że chodzi o dozbrojenie śmigłowców Mi-17, czyli tych, które
w zeszły poniedziałek poleciały z odsieczą dla oddziału kapitana Ambrozińskiego.
Ja mówię o procedurach. A procedury są tak skonstruowane, że przez ostatnie dwa lata niewiele kupiliśmy ze sprzętu potrzebnego na front. Nie będę wskazywał palcem winnych. Wiem, jakie
instytucje są za to odpowiedzialne i ludzie z nich powinni uderzyć się w piersi i posypać głowy popiołem.
>>> Niespodziewana wizyta Tuska w Afganistanie
Żyjemy od dawna w strachu. Każda decyzja jest sprawdzana: czy była dobra, dlaczego została podjęta, czy ktoś za tym stoi. Wynika to z braku zaufania do nas. Jeżeli się nie ufa wojskowym, to
ktoś powinien odejść: albo wojskowi, albo ci, którzy wojskowym nie ufają. Rozwiedźmy się, bo tak dalej się nie da. Armia jest zmęczona histerią strachu i braku zaufania. Burzy to normalne
funkcjonowanie wojska. To irracjonalne, że dowódcom się nie ufa. Każda operacja wojskowa, w tym operacje, w których są straty, objęta jest kontrolą organów MON. Żołnierze są
przesłuchiwani: dlaczego strzelali, dlaczego tak strzelali, dlaczego nie strzelali inaczej?
Analiza akcji bojowych jest robiona zawsze, ale kontrola każdego ruchu, żandarmeria na każdym kroku - to jest chore. Bo pytania zadają osoby, które nigdy nie walczyły, które nigdy nie
ponosiły odpowiedzialności za organizację walki, za dowodzenie walką. To wywołuje paraliż dowodzenia. Wypaczamy młodszych dowódców. Kształcimy pokolenie oficerów, którzy będą bali się
podejmować decyzje. Decyzje odważne, które będą przesądzały o życiu żołnierzy na polu walki.
Krytykuję tylko system, który powoduje, że wojsko nie ma sprzętu. Pan premier sam powiedział, że na misjach brakuje wyposażenia. Dziękuję mu za to i w pełni podzielam ten pogląd. Ze swojej
strony staram się powiedzieć, gdzie leży przyczyna. Jeżeli ktoś próbuje mnie wmanewrować w sytuację, że ja jestem przeciw premierowi, to postępuje nieuczciwie. Ja chcę tylko, by ludzie
odpowiedzialni za dostawy sprzętu w końcu otrzeźwieli. Wierzę, że wizyta premiera w Afganistanie będzie siłą napędową, że stanie się to, czego od dawna oczekujemy.
Pan premier chyba wiedział, co robi, ale to już polityka, więc nie chcę tego komentować. Ja nie jestem politykiem, tylko żołnierzem.
100 - 150. Czyli dwukrotna przewaga. Gdyby nasi żołnierze mieli wiedzę, że jest tak silne zgrupowanie, na pewno nie prowadziliby operacji tak skromnymi siłami.
Wywiad polskiego kontyngentu wojskowego. Ale jest jedna ważna uwaga. Zespoły odpowiadające za szkolenie armii i policji afgańskiej - a takim dowodził kapitan Ambroziński - nie podlegają
dowództwu polskiego kontyngentu. Podlegają dowództwu amerykańskiemu. Powinni więc mieć informacje z dwóch źródeł: od polskiego wywiadu wojskowego i od Amerykanów. To musi być
szczegółowo zbadane. Jednak znów muszę wrócić do problemu ze sprzętem. Ważne jest posiadanie taktycznych bezpilotowych samolotów rozpoznawczych. My mamy bezzałogowe orbitery. Są dobre, ale
mają mały, kilkukilometrowy zasięg. Nie mamy tych bezzałgowoców taktycznych o zasięgu 150 km. Zabiegamy o nie ponad dwa lata. Zabiegamy bez powodzenia.
Istnieje duże prawdopodobieństwo, że mogliśmy tego uniknąć.
60 - 80 milionów złotych.
Wystarczą dwa.
Każdy bój jest inny. Nasi żołnierze odnieśli sukces. Wyszli z bardzo trudnej opresji przy minimalnych stratach. Przy tak przeważającej sile przeciwnika żołnierze świetnie sobie
poradzili.
Nasi żołnierze zostali okrążeni. Na bazie moich doświadczeń z Iraku twierdzę, że zostali wciągnięci w dobrze przygotowaną zasadzkę. Wobec milicji afgańskiej trzeba mieć ograniczone
zaufanie, gdyż wielu funkcjonariuszy współpracuje z talibami. Podejrzewam, że tak było i w tym przypadku.
Na miejscu były samoloty amerykańskie, wykonały uderzenie, ale chyba nieskuteczne. Być może był problem w naprowadzaniu, nie znam szczegółów. Za jakiś czas będzie to można wyjaśnić.
Nie odpowiem na to pytanie, nie znam szczegółów. Moim zdaniem nie było żadnych przeszkód. Mi-24 mogą operować na wysokości, na której doszło do walki, czyli 2500 - 2700 m. Trzeba to
wyjaśnić.
Według słów sanitariusza nie żył.
Doskonale wyszkolony snajper, który musiał przejść bardzo długie szkolenie, skoro potrafił tak celnie trafić, tuż ponad kamizelkę.
Rozmawiałem z nim jakieś półtora roku temu, będąc w Pierwszym Batalionie Kawalerii Powietrznej. Był świeżo po zagranicznym kursie piechoty górskiej. Bardzo dobry oficer, który dowodził w Iraku w czasie szóstej zmiany. Doskonale przygotowany dowódca plutonu rozpoznawczego. Żołnierz z jajami. Fachowiec po kursie rangersów.
>>> Żołnierze nie wiedzą, skąd przychodzi wróg
Są w bazie Rammstein, w piątek był u nich mój zastępca generał Edward Gruszka, zabrał też ich rodziny. Duch jest bojowy, wszyscy chcą wracać do szyku, na front. Wszyscy. Amerykanie otoczyli
naszych żołnierzy wyjątkową opieką. Głowię się nad tym, jak im wyrazić wdzięczność, jak ich uhonorować.
To była decyzja polityczna. Nie chcę o tym dyskutować.
To byłaby najgorsza z możliwych decyzji. Aktywność operacyjna to gwarancja bezpieczeństwa. Trzeba mieć cały czas inicjatywę.
Trzeba utrzymać taki poziom aktywności jak dotychczas i robić wszystko, by potrzebny sprzęt znalazł się na froncie jak najszybciej.Dziś nie mamy nic więcej, co moglibyśmy wysłać na
front.