"Ani generał Jaruzelski, ani kierownictwo PZPR, a jeszcze bardziej aparat partyjny i resorty siłowe nie chciały jesienią 1981 r. zawarcia nowej umowy społecznej, która zaspokoiłaby
choć część roszczeń Solidarności, a władzy dałaby inny, na poły demokratyczny mandat" - komentuje historyk, profesor Andrzej Paczkowski.
Winnych wprowadzenia stanu wojennego nie osądzono do dziś. Przez proceduralne sztuczki, ci, którzy wyprowadzili czołgi na ulice, cały czas oceniają siebie jako obrońców Polski przed sowiecką
agresją. Wciąż nie można rozliczyć winnych jednej z największej zbrodni stanu wojennego. Krwawego stłumienia, 16 grudnia, strajku górników z kopalni "Wujek". Wtedy zomowcy
i żołnierze zamordowali 16 ludzi, których jedynym marzeniem była wolna Polska. Choć wiadomo, kto pociągał za spust, nie osądzono generała Kiszczaka i polityków, którzy wydali rozkaz
masakry.
Gdy niedzielnego ranka, 13 grudnia 1981 roku, Polacy wstali z łóżek - ich telefony milczały, a dzieci zamiast legendarnego już dziś "Teleranka", zobaczyły w telewizorze
generała Jaruzelskiego w mundurze. Czytał dekret o wprowadzeniu stanu wojennego. Polska była w szoku. Wojna? Z kim?
Gdy ludzie wyszli z domów, zobaczyli, że to wojna z nimi, reżimu z własnym narodem. Komuniści wyprowadzili na ulice czołgi, wojsko, ZOMO. Władza zdelegalizowała związki zawodowe,
stowarzyszenia studenckie i dziennikarskie. Do zakładów weszli komisarze wojskowi. Odmowę ich poleceń traktowano jako dezercję, a sądy wojskowe mogły za to skazać na śmierć.
Gdy już przywrócono łączność, komuniści podsłuchiwali rozmowy telefoniczne, czytali prywatne listy i telegramy, przeglądali paczki. Aby wyjechać z miasta, trzeba było dostać przepustkę.
Od 22 do 6 (a potem od 23 do 5) obowiązywała godzina milicyjna, a ludzi zmuszano do podpisywania "lojalek" - by nie sprzeciwiali się władzy. Esbecy internowali najważniejszych
działaczy opozycji i... byłych przywódców PRL. Bo Edwarda Gierka oskarżono, że to on i jego ludzie doprowadzili do załamania gospodarczego.
"Buntowników" karano surowo - wieloletnimi więzieniami. A strajki rozbijano czołgami. Jak w kopalni "Wujek". Zaczęli ginąć ludzie. Lała się krew. Co chwila
wybuchały protesty, a ulice zamieniły się w pola bitew. Ale władza w końcu krwawo stłumiła wszelki bunt. Więzienia zapełniły się zwykłymi robotnikami, którzy odważyli się powiedzieć
władzy: nie!
Niepokornych zmuszano do wyjazdu za granicę. Pozbywano się ich jak trędowatych. Zdrajców narodu władza premiowała wysokimi stanowiskami. Jesteś z nami, masz pracę, dobrą pensję, przywileje,
nie jesteś, masz same problemy. Ty i twoja rodzina. Esbecy szpiclowali wszystkich i wszędzie. Wtedy złamano wielu. "Zawodowych" opozycjonistów, duchownych, zwykłych
ludzi...
Ale stan wojenny zrodził też siłę, która w końcu pokonała komunistów. Ludzie zaczęli sobie pomagać nawzajem. W kościołach powstawały tajne komplety, gdzie nauczano prawdziwej historii, w
prywatnych mieszkaniach i na plebaniach niepokorni aktorzy wystawiali zakazane sztuki. Ulice wręcz zalepiono ulotkami i antyrządowymi plakatami. Mury pokryły napisy, które ujawniały zbrodnie
reżimu. Emigracja zorganizowała akcję dostarczania regularnej pomocy dla rodaków. Paczki z żywnością zalały kraj.
Powstało prawdziwe podziemne państwo. Wydawano gazety, książki, kasety z nagraniami zakazanych piosenek. Nawet znaczki pocztowe. Orężem walki z komuną był też humor. Coraz odważniej
satyrycy wyśmiewali absurdy PRL-u. Strach zaczął zanikać, pojawiła się godność i wróciła wiara w zwycięstwo.
Od początku rodaków wspomagał papież Jan Paweł II. Moskwa robiła co mogła, łącznie z próbą morderstwa, by odciąć Wojtyłę od ojczyzny. Na próżno. Siła papieża była zbyt wielka.
Kolejne pielgrzymki były jak objawienie. Komuniści mogli strzelać do ludzi, zabijać ich, ale nie mogli pokonać wiary w prawdę. I nie pokonali.
Stan wojenny wprowadziła Rada Państwa oficjalnie w nocy z soboty na niedzielę (12 na 13 grudnia 1981 roku), na żądanie Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego. W jej skład wchodził m.in gen.
Wojciech Jaruzelski, gen. Mirosław Hermaszewski, gen. Czesław Kiszczak i gen. Florian Siwicki.
Komuniści podpierali się artykułem 33 Konstytucji PRL: "Rada Państwa może wprowadzić stan wojenny na części lub na całym terytorium Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, jeżeli wymaga
tego wzgląd na obronność lub bezpieczeństwo państwa. Z tych samych powodów Rada Państwa może ogłosić częściową lub powszechną mobilizację".
Tylko że wtedy trwały obrady Sejmu, a dekrety Rada Państwa mogła wydawać tylko wówczas, gdy Sejm miał przerwę. Uzasadnienie dekretu? Proste - załamanie gospodarcze i groźba, że
Solidarność przeprowadzi zamach stanu. A w latach 90. Jaruzelski tłumaczył się, że musiał wprowadzić tan wojenny, by do Polski nie weszły wojska radzieckie.
Stan wojenny zawieszono 31 grudnia 1982 roku, a odwołano 22 lipca 1983.