Przechwala się, jak rzekomo robił w balona naiwnych i łagodnych jak baranki oficerów SB. Ale prawda jest inna. Esbecy to nie pajace, tylko zdolni do wszystkiego zbrodniarze, którzy nie dawali
się wodzić za nos. A sam Piwowski, jak ujawnia "Wprost", był dla nich cennym i dobrze opłacanym agentem.
Wytrawny filmowiec obsadził się w roli aktora esbeckiej komedii. Niemal w ostatniej chwili przed otwarciem przez IPN teczek PRL-owskich donosicieli sam przyznał się do współpracy z bezpieką.
Czyżby po latach zatajania tego faktu nagle obudziło się w nim sumienie i dojrzał do skruchy? Nic z tego! Piwowski snuje kabaretowe opowieści o tym, jak wodził za nos esbeków. Ponoć sam się
do nich zgłosił, by dostać paszport. Pomocną dłoń wyciągnął do niego kumpel z podwórka Tadeusz Zakrzewski - były oficer SB, a potem dziennikarz reżimowej telewizji, ten sam, który
usiłował nakłonić Lecha Wałęsę do poparcia stanu wojennego - pisze "Fakt".
Zakrzewski miał założyć Piwowskiemu fikcyjną teczkę i zapełniać ją idiotycznymi donosami wyssanymi z palca kolegi. Reżyser przechwala się na przykład, że preparował dla esbecji nagrania
z gadającym przez sen pisarzem Januszem Głowackim.
"Nauczyłem się mówić ni to, ni sio, najlepiej coś śmiesznego. Nie wyrządziłem nikomu krzywdy" - opowiada Piwowski. A o swoich kontaktach z SB mówi, że były to wesołe i
groteskowe spotkania.
Czyżby? Według dzisiejszego "Wprost" Piwowski za swe usługi brał od SB pieniądze - co najmniej cztery wypłaty dla niego opiewały w sumie na 2,5 tys. zł. Reżyser jednak
się wypiera. Ale fałszywy jest również rysowany przez niego lekką kreską obraz nieszkodliwych pajaców z SB - czytamy w "Fakcie".
"O agenturalnych kontaktach z bezpieką nie można mówić frywolnie czy z przymrużeniem oka. To była zbrodnicza organizacja, która bardzo serio traktowała swoje niecne zadania"
- mówi Jan Żaryn, historyk z IPN.
To przecież nie kto inny, tylko zwyrodniali esbecy zamordowali ks. Jerzego Popiełuszkę (†37 l.). A na swych rękach mają krew wielu innych niewinnych ofiar. "Zabójstwo
księdza Popiełuszki nie było jedyne. W niewyjaśnionych do dziś okolicznościach zginęło wielu innych duchownych. Dochodziło też do napadów i podpaleń" - przypomina ks. Tadeusz
Isakowicz-Zaleski, który sam był obiektem brutalnych napaści SB. "To nie była formacja gamoni i nieudaczników, lecz ludzi groźnych i zdolnych do wszystkiego" - dodaje Antoni
Mężydło z PiS, dawny opozycjonista uprowadzony i torturowany przez SB.
Perfidni esbecy potrafili zrobić użytek ze wszystkich docierających do nich donosów. Nawet tych z pozoru niewinnych i błahych, o których Piwowski mówi, że nie mogły komukolwiek zaszkodzić -
pisze "Fakt".
"Dla SB nie było nieistotnych informacji. Wydawałoby się bzdurne doniesienia o tym, że ktoś gra w szachy, lubi chodzić do kina lub przesiaduje w kawiarni służyły do opracowywania
portretu psychologicznego ofiary i pomagało ją osaczyć" - podkreśla ks. Isakowicz-Zaleski.
I wie, co mówi. Oprawcy z SB zanim napadli Isakowicza, wyciągnęli od jednego ze swych kapusiów drobiazgowe informacje o psie księdza. "Tajny informator relacjonował, jakie ten pies ma
zwyczaje i jak się zachowuje. Pozornie absurdalne informacje były jak znalazł, gdy organizowano napaść" - opowiada historyk Antoni Dudek.
Czy Marek Piwowski rzeczywiście mógł wodzić za nos esbeków i zbywać ich niczym? "Myślę, że on chce jakoś zachować twarz. Bo współpraca z SB była rzeczą haniebną" -
mówi "Faktowi" Antoni Mężydło.