"Zawsze była taka wrażliwa. To był dobry człowiek. Ale na wszystko reagowała bardzo emocjonalnie" - tak swoją dawną przełożoną wspomina Krystyna P., jedna z byłych szefowych wydziału z departamentu gospodarki mieszkaniowej. Mówi to, jakby chciała przemycić sugestię, że to najprawdopodobniej chwilowa emocja doprowadziła Barbarę Blidę do tragedii.

Ślązaczka o ostrym języku
Nie wiadomo, w jakim stopniu świadomie Barbara Blida swoimi wyborami realizowała mit lewicy o kobietach wyemancypowanych. W innych czasach oglądalibyśmy ją może jako przodującą murarkę albo rekordzistkę w wypracowywaniu norm. Była kobietą pełną temperamentu, a chwilami osobą o niewyparzonym języku. Dawała temu niekiedy wyraz w swoich felietonach zamieszczanych w "Trybunie Śląskiej".

W 2004 r. zrezygnowała z przynależności do SLD i została posłanką niezrzeszoną. Zrobiła to na znak protestu przeciwko - jak mówiła - "antyśląskości" kierownictwa swojej partii. Była lubiana na Śląsku, osiągała tam najwyższe spośród innych posłów poparcie wyborców. W 2001 r. zagłosowało na nią ponad 80 tys. Ślązaków. Pewnie brało się to z tego, że cały czas podkreślała, że czuje się ściśle związana z regionem.

Kiedy tylko wystarczało jej czasu, uczestniczyła we wszelkich możliwych imprezach ludowych i kulturalnych na Śląsku. Ani razu nie opuściła corocznych uroczystości miesięcznika społeczno-kulturalnego "Śląsk". Wraz z jego redaktorem naczelnym Tadeuszem Kijonką i prof. Andrzejem Bochenkiem tworzyła wpływową nie tylko w swoim regionie Radę Promocji Śląska. Jako ciekawostkę dodajmy, że była też honorowym prezesem znanego piłkarskiego klubu Ruch Chorzów.

Przez długi okres, zwłaszcza na początku lat 90., jako minister budownictwa była liderem śląskiego SLD. Od początku swojej kariery politycznej deprecjonowała wartość Leszka Millera jako polityka. Miała go za partyjny beton i mówiła o tym publicznie. Ten konflikt doprowadził do tego, że przed wyborami w 1997 r. wszystkich kandydatów ze Śląska skreślono z listy krajowej SLD, a ona została na pewien czas wykluczona z klubu.

Jej pozycja polityczna zaczęła słabnąć pod koniec lat 90., kiedy Miller stanął na czele partii. Ten czas naznaczyły między nimi liczne konflikty, m.in. na tle jej roszczeń finansowych na rzecz rozwoju Śląska. W wyniku tych tarć w 2001 złożyła rezygnację z funkcji wiceprzewodniczącej regionalnego SLD. A świadkowie mogli usłyszeć jej soczysty język, gdy premiera Millera nazwała rynsztokowym określeniem pewnej części męskiego ciała.

W ostatnich wywiadach podkreślała, że budownictwo, nie tylko mieszkaniowe, ale także budynków użyteczności publicznej oraz obiektów sportowych, jest lokomotywą gospodarki.
Nie wszystko, co wychodziło spod jej ręki, było udane. Jako prezes urzędu mieszkalnictwa w 1997 r. udało jej się błyskawicznie doprowadzić do oddania ponad 1000 domów dla poszkodowanych w słynnej powodzi z tego roku. Tylko że domki te okazały się jednym wielkim bublem. Żaden nie przetrwał pierwszej zimy.

Prężna pani prezes
Całe swoje dorosłe życie związała z postkomunistyczną lewicą. Do PZPR wstąpiła pod koniec lat 60., kiedy była studentką pierwszego roku Politechniki Śląskiej w Gliwicach, i pozostała w niej do momentu słynnego wyprowadzenia sztandaru partii w Sali Kongresowej PKiN w styczniu 1990 r.

Po rozwiązaniu PZPR należała najpierw do SdRP, a potem do SLD. Od czasu pierwszego Sejmu kontraktowego w 1989 r. aż do 2005 r. nieprzerwanie była posłanką. Stanowisko ministra budownictwa pełniła od 1993 r. do 1996 r. w kolejnych gabinetach: Waldemara Pawlaka, Józefa Oleksego i Włodzimierza Cimoszewicza. W 1997 r. została prezesem urzędu mieszkalnictwa i rozwoju miast, a od 2001 prezesem jednej z najpotężniejszych firm deweloperskich J.W. Construction Holding S.A.

Dziś dowiedzieliśmy się, że firmą interesowało się Centralne Biuro Śledcze. J.W. Construction powstało w 1993 r. Od momentu gdy na jego czele stanęła Barbara Blida, firma zaczęła zgarniać nagrodę za nagrodą. Zaraz po objęciu przez nią stanowiska szefa Holdingu J.W. Construction został laureatem konkursu "Teraz Polska". Rok później dostał nominację do Nagrody Gospodarczej Prezydenta RP. Niektórzy członkowie Buisness Center Club komentowali wtedy, że nominację firma zawdzięcza temu, że jej prezes jest bliską przyjaciółką żony prezydenta, Jolanty Kwaśniewskiej.

Przypomnijmy, że były to koleżanki po fachu, ponieważ Jolanta Kwaśniewska też prowadzi firmę deweloperską w Warszawie "Royal Wilanów". Na swym koncie ma też wyróżnienie ministra gospodarki za czasów rządu SLD. Nie owe nagrody i wyróżnienia interesowały jednak policję. Podejrzana wydała się jej nagła ekspansja budowlana Holdingu. Firma w cuglach wygrywała ze wszystkimi konkurentami w wyścigu po najbardziej atrakcyjne działki budowlane w stolicy. M.in. w Konstancinie, na Żoliborzu - w pobliżu planowej stacji metra, w prestiżowej części Mokotowa "Na Skarpie", gdzie powstają luksusowe rezydencje dla najbogatszych ludzi.


Kosztowna przyjaźń
Barbarę Blidę wsypała Barbara K., szara eminencja branży węglowej zwana Aleksis polskiego węgla. Związana od połowy lat 90. z politykami SLD. Śląska policja zatrzymała ją w lipcu 2005 r. Jej zeznania były sensacyjne. Twierdziła bowiem, że w zamian za łapówki zdobywała niezwykle korzystne kontrakty na handel węglem.

W zależności od ilości kupowanego węgla dawała w kopertach od 100 tys. zł. do nawet pół miliona. Dzięki łapówkom "Aleksis" dostawała od Skarbu Państwa rabaty, o jakich inni handlarze węglem mogli tylko śnić. Nie musiała też płacić kopalniom przy odbiorze surowca, lecz dopiero wtedy, gdy go sprzedała. To umożliwiało jej kilkakrotne obracanie tą samą gotówką. "Aleksis" w areszcie spędziła tylko miesiąc, prawdopodobnie już wtedy poszła na współpracę z policją i prokuraturą. Jeden z policjantów znających sprawę powiedział wówczas, że gdyby Barbara K. zechciała opowiedzieć o wszystkim, co wie, poważne kłopoty mogłyby mieć osoby z pierwszych stron gazet. Nikt jednak nie sądził, że w wyniku jej zeznań podejrzaną stanie się była minister budownictwa.

"Aleksis" miała przyznać m.in., że przychylność polityków lewicy kupowała drogimi prezentami i upominkami. Przy różnego okazjach chwaliła się swoją znajomością z Barbarą Blidą. Czasami mówiła wręcz, że są przyjaciółkami. W dużym stopniu te związki potwierdziła w śledztwie. Stwierdziła, że Barbara Blida brała łapówki za lobbing na rzecz prywatyzacji polskich kopalni. Miała też ją wspierać w staraniach o dotacje z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska.

Tymi łapówkami - twierdziła w śledztwie "Aleksis" - były drogocenne podarki. Miała kupować Barbarze Blidzie najdroższe kosmetyki i luksusowe perfumy, a także kobiece kreacje z najdroższych domów mody, m.in. garsonki, w których pani poseł występowała w Sejmie. Sama Blida, do której docierały echa zarzutów, jakie stawiała jej "Aleksis", twierdziła, że oskarżenia te "są tak niedorzeczne, że aż nie chce jej się ich komentować". Dodawała, że skoro Barbara K. twierdzi, iż mówi prawdę, będzie to musiała udowodnić w prokuraturze. Oświadczała, że jest spokojna, bo niczym nie zawiniła.

Barbarę Blidę obciąża jednak nie tylko "Aleksis". Były wiceminister przemysłu i handlu i zarazem były senator SLD Jerzy Markowski twierdzi, że pamięta następującą historię. W połowie lat 90. został wezwany do gabinetu posłanki Sojuszu, kiedy ta była ministrem budownictwa. Markowski opowiadał policji: "Blida zganiła mnie za to, że chciałem wprowadzić przepis wykluczający z rynku handlu węglem pośredników, jakim m.in. była słynna <Aleksis>".

Zdaniem Markowskiego kopalnie traciły znaczną część możliwych zysków, które zgarniali pośrednicy. Co dla niego było zaskakujące i zarazem bulwersujące, to to, że pani minister nie ukrywała, iż jego propozycje nie podobają się Barbarze K. "Wyraźnie zrozumiałem" - opowiadał dalej śledczym Jerzy Markowski - "że znalazłem się w gabinecie swojej partyjnej koleżanki w wyniku skargi <Aleksis>. Uważałem jednak, że mam rację i wprowadziłem zakaz handlu węglem przez pośredników, ale wkrótce przepis został uchylony przez urząd antymonopolowy". Swoją decyzję urząd podjął po zażaleniu, jakie złożyło Polskie Towarzystwo Węglowe. Towarzystwo założyli baron śląskiego SLD Andrzej Szarawarski i Barbara K.

Osobnym wątkiem było postępowanie karno-skarbowe wobec Barbary Blidy. Prokuratura dowiedziała się od "Aleksis", że w 1998 r. ta osobiście sfinansowała wykończenie basenu w górskiej willi posłanki SLD. Koszt tych kosmetycznych wykończeń wyniósł - bagatela - 100 tys. zł. W zamian Blida obiecała, że będzie u siebie wynajmowała "Aleksis" za darmo pokój przez 10 lat. Wzajemne usługi w gruncie rzeczy były legalne, ale nie tu jest pies pogrzebany - Barbara Blida nie zgłosiła tego w urzędzie skarbowym.

Zabójcze emocje
Poranne wtargnięcie ekipy oficerów ABW do mieszkania Barbary Blidy było związane z zarzutami korupcyjnymi wysuniętymi wobec niej przez jedną z jej "przyjaciółek" Barbarę K. zwaną Aleksis.

Nie znamy jeszcze dokładnie wszystkich szczegółów śmierci byłej posłanki Sojuszu. Wiele wskazuje na to, że postrzeliła się pod wpływem silnej emocji. Podobnie silnymi emocjami zareagowała kiedyś w Sejmie, kiedy zaprotestowała przeciwko stanowisku parlamentu nieskłonnemu przyznać jej resortowi dodatkowych kredytów na budowę mieszkań dla byłych powodzian. Barbara Blida niespodziewanie wybuchnęła wtedy płaczem. Jej histeryczną wręcz reakcją byli zdumieni nawet koledzy z partii. Dziś w rozmowach posłowie SLD też nie potrafią zrozumieć jej czynu.