Sławomir Cichy: Była pani ostatnią osobą, z którą dzień przed śmiercią rozmawiała Barbara Blida. Czy była czymś zaniepokojona? Czy wyglądała na przestraszoną albo obawiała się czegoś?

Katarzyna Korzekwa: Ależ skąd. Po 22 rozmawiałyśmy na temat jej następnego felietonu do "Dziennika Zachodniego". Pytała mnie o park i zameczek w Michałkowicach. Pośmiałyśmy się i około 23 poszła do siebie. Tak nie zachowuje się osoba, która czegoś się obawia.



Mieszkałyście w jednym domu. Czy słyszała pani rano jakieś krzyki, strzały z broni?

Nic nie słyszałam. Potem nawet nie dopuścili mnie do Basi. I takie okropieństwa w telewizji o niej mówili. A ona na pewno, jeśli komuś nie dała, to nie zabrała. Była uczciwa i taką ją wszyscy znamy. Jakby pan wiedział, jakie kredyty trzeba było spłacać, żeby ten nasz familok wyremontować i zrobić z niego dom.



A jednak prokuratura twierdzi, że ma dowody obciążające panią Barbarę.

To po prostu niemożliwe. Nigdy w to nie uwierzę. Tylu osobom, co ona pomogła... Proszę popytać sąsiadów. Nie wierzę. Ją po prostu zaszczuli.



Kto?

Ci w mundurach. Bo za dobra była. Opowiadała mi, jak oddawali domy powodzianom, te po wielkiej wodzie z 1997 roku. W jednym z pokoi ktoś na ścianie powiesił duży krzyż. A po jednej i drugiej stronie portrety. Jej i Włodzimierza Cimoszewicza (ówczesnego premiera). Była wzruszona i zażenowana. Bo ona pochodziła z biednego domu. Wszystko, co miała, zawdzięczała swojej pracy. Jej największym majątkiem było dobre imię, które jej w środę odebrano.



Czy pani Barbara mogła do siebie strzelić w wielkim wzburzeniu lub w histerii?

Nikt, kto ją zna, w to nie uwierzy. Mam jedną głowę, starą, bo siedemdziesiątka na karku, ale jestem gotowa ją położyć. To niemożliwe. To była mocna kobieta. Nie uciekała od problemów, a starała się je rozwiązywać. Nigdy w jej samobójczą śmierć nie uwierzę.


Katarzyna Korzekwa jest starszą siostrą Barbary Blidy