Dziennik Gazeta Prawana logo

Platforma tylko mówi o reformach. Działania się boi

2 sierpnia 2010, 06:21
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
Nie będzie zapowiadanej reformy finansów publicznych. Zamiast tego rząd chce z prywatyzacji oraz sięgając do kieszeni podatników, zgromadzić ponad 38 mld zł. Te środki mają wystarczyć, by w przyszłym roku dług publiczny nie przekroczył poziomu 55 proc. PKB, co oznaczałoby zapaść finansów państwa. Zdaniem ekonomistów to jednak gra na czas, która nas wszystkich może drogo kosztować.

– Rząd wprowadza zmiany kosmetyczne, a potrzebujemy zasadniczej reformy finansów publicznych i przede wszystkim ograniczenia nadmiernych wydatków socjalnych – mówi Krzysztof Rybiński, były wiceprezes NBP.

Gdzie zatem minister finansów będzie szukał brakujących pieniędzy? Dochody ma przynieść przede wszystkim sprzedaż części udziałów PZU i PKO BP. Premier Donald Tusk mówi, że Skarbowi Państwa do zachowania kontroli nad obiema spółkami wystarczy po 25 proc. ich akcji.

Podwyżka podstawowej stawki podatku VAT i zabranie przedsiębiorcom możliwości odliczenia tego podatku od paliw ma przynieść prawie 7 mld zł, kolejne 3 mld zł da wprowadzenie reguły wydatkowej, czyli zasady, że wydatki budżetu państwa rocznie mogą rosnąć maksymalnie o 1 punkt procentowy ponad inflację. Natomiast zmniejszając nakłady na armię, budżet może zaoszczędzić 2 mld zł.

– Ten plan może się okazać niewystarczający, jeśli przyszłoroczny wzrost gospodarczy nie sięgnie zakładanych 4,8 proc. PKB. Wtedy konieczna będzie kolejna podwyżka podatków – mówi ekonomista Janusz Jankowiak.

Nieoficjalnie potwierdzają to politycy Platformy. Przyznają, że jeśli gospodarka nie przyspieszy, to podatek VAT już 2011 roku może wzrosnąć o kolejny punkt procentowy. Docelowo może sięgnąć poziomu 25 proc.

Brak reform może się okazać bardzo kosztowny. – Jeśli deficyt budżetowy nie spadnie poniżej 5 proc. PKB, to rynek może zażądać wyższego oprocentowania naszych obligacji – mówi profesor Stanisław Gomułka, główny ekonomista Business Centre Club. Jak szacuje, podniesienie oprocentowania naszych papierów skarbowych o każdy punkt procentowy oznacza wzrost kosztów obsługi długu publicznego o blisko 7 mld zł.

Ekonomiści uważają, że rząd mocno ryzykuje, odkładając jedynie konieczne reformy. – Bolesne cięcia wydatków socjalnych lepiej zaplanować z wyprzedzeniem i rozłożyć w czasie. Inaczej wszystkie trzeba będzie wprowadzić jednocześnie, co wywoła gwałtowne społeczne protesty podobnie jak w Grecji – mówi Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych „Lewiatan”.

Problem w tym, że tuż przed wyborami samorządowymi zaplanowanymi na jesień tego roku oraz przyszłorocznymi parlamentarnymi żaden z polityków nie kwapi się do wzięcia odpowiedzialności za bolesne reformy. – Ewentualne odrzucenie przez Sejm programu reform byłoby fatalnym sygnałem dla rynków finansowych. Dlatego wolimy wprowadzać ewolucyjne zmiany, np. cięcia wydatków, które nie wymagają zmian ustaw – tłumaczy jeden z polityków PO.

Ale jak zapewniają przedstawiciele SLD i PSL – partii, które potencjalnie mogłyby wesprzeć reformatorskie plany rządu – nikt im nie przedstawił propozycji reform. Dlatego ludowcy domagają się spotkania z premierem i ministrem finansów oraz informacji o stanie finansów publicznych.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj