Życie potrafi być niesprawiedliwe! Przekonał się o tym były wicepremier Przemysław Gosiewski. Nie chciał, by ochroniarze czekali na mrozie, gdy on będzie jadł sushi. Ci jednak nie mieli wyrzutów sumienia i porzucili swego szefa - ujawnia "Fakt".
Gosiewski gościł w jednej z warszawskich restauracji serwujących surową rybę. "Nie chciałem robić zamieszania, wprowadzając do środka oficerów Biura Ochrony Rządu" - zdradził Faktowi przewodniczący klubu PiS. Pozwolił im jechać do Sejmu, by tam się mogli ogrzać.
Szybko się okazało, że dobry uczynek wicepremiera odwrócił się przeciwko niemu. Bo kiedy z pełnym żołądkiem wyszedł z baru i chciał wsiąść do nagrzanego samochodu, oficerów nie było. Dwadzieścia minut przestępował z nogi na nogę, wydzwaniając do funkcjonariuszy. Może prościej byłoby zrezygnować z ochrony BOR i zamówić taksówkę na własny koszt - zastanawia się "Fakt".
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl