Gosiewski gościł w jednej z warszawskich restauracji serwujących surową rybę. "Nie chciałem robić zamieszania, wprowadzając do środka oficerów Biura Ochrony Rządu" - zdradził Faktowi przewodniczący klubu PiS. Pozwolił im jechać do Sejmu, by tam się mogli ogrzać.

Szybko się okazało, że dobry uczynek wicepremiera odwrócił się przeciwko niemu. Bo kiedy z pełnym żołądkiem wyszedł z baru i chciał wsiąść do nagrzanego samochodu, oficerów nie było. Dwadzieścia minut przestępował z nogi na nogę, wydzwaniając do funkcjonariuszy. Może prościej byłoby zrezygnować z ochrony BOR i zamówić taksówkę na własny koszt - zastanawia się "Fakt".