Dziennik Gazeta Prawana logo

Gilowska: Rząd może powiedzieć "a kuku!"

12 września 2009, 00:08
Ten tekst przeczytasz w 8 minut
Gilowska: Rząd może powiedzieć "a kuku!"
Inne
"Rząd od dwóch lat dezinformuje opinię publiczną lekko, łatwo i przyjemnie. Przetestował szerokie instrumentarium działania - może deficyt zmniejszać, zwiększać, może powiedzieć a kuku" - tak Zyta Gilowska, była minister finansów, komentuje zapowiedzi rządu o 52 mld złotych deficytu w budżecie.

Nie. Każdy, kto orientuje się w finansach publicznych, zaskoczony nie jest.


Nie taktyka, tylko PR. W rzeczywistości deficyt wzrastał, dług publiczny też.


Rząd oszukuje sam siebie, zważywszy na nerwową końcówkę ubiegłego roku. Teraz ministrowie bardzo się śpieszą i chaotycznie dysponują swoimi limitami wydatków. Przez siedem miesięcy 2009 r. wydali 175,1 mld zł, czyli o 21,5 mld zł więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Najwyraźniej obawiają się powtórki z ówczesnych cięć "na oślep" i nieformalnych blokad. Po nowelizacji w tegorocznym budżecie na okres sierpień-grudzień zostało do wydania maksimum 125 mld zł, czyli dokładnie tyle samo, ile zdołano wyasygnować z budżetu przez ostatnie pięć miesięcy roku ubiegłego. Wówczas ujawniły się dramatyczne niedobory i teraz może być podobnie. Popłoch sprzyja rozrzutności i marnotrawstwu. Nie wiem, dlaczego rząd ani razu nie skorzystał z ustawowej możliwości otwartego, przejrzystego zablokowania niektórych wydatków. Chaotycznie brniemy też w coraz większe długi - w pierwszym kwartale br. państwowy dług publiczny wzrósł o 30 mld zł. A więc w okresie 15 miesięcy - przez 2008 r. i trzy miesiące 2009 r. - państwowy dług publiczny powiększył się o okrągłe 100 mld zł.


Faktyczny deficyt budżetu mógłby być nawet większy, ale nie o to chodzi. Ważny jest deficyt całego sektora, a nie fragment, którym jest deficyt budżetu państwa. W budżecie rząd może wykazywać rozmaite deficyty, jeśli poprzesuwa część wydatków poza budżet, jak to zrobił w tym roku. Powinniśmy rozmawiać o deficycie sektora, ponieważ tylko ten deficyt jest naprawdę istotny. Skupianie uwagi na deficycie budżetu jest dezinformowaniem opinii publicznej.


Niewykluczone, że tak będzie. To jest możliwe, ponieważ rząd od dwóch lat dezinformuje opinię publiczną "lekko, łatwo i przyjemnie". Przetestował szerokie instrumentarium działania - może deficyt zmniejszać, zwiększać, może powiedzieć "a kuku". Mamy powtórkę ze świetnego dawnego programu telewizyjnego pt. "Parada blagierów". Niewykluczone, że to jest świadoma taktyka i chodzi o nastrojenie opinii publicznej przed decyzjami w zakresie prywatyzacji energetyki. A wiadomo, że masywna prywatyzacja w okresie dekoniunktury korzystna nie jest.


Bzdury. Rządzący ubiegali się o władzę, to niech rządzą. Opozycja nie jest dla pomocy rządu, tylko przeciwnie - musi rządzącym patrzeć na ręce. Chłodno i bezwzględnie. Od tego opozycja jest. Natomiast relacje rządu z prezydentem RP są dobrym papierkiem lakmusowym intencji rządu. Te relacje rząd buduje na lekceważeniu i prowokacji. To z założenia nie jest podstawa do dialogu i współpracy. Sądzę, że rząd nie liczy na jakąkolwiek pomoc, ponieważ zamierza w miarę komfortowo dotrwać do wyborów prezydenckich.


Przeforsowałam obniżkę kosztów pracy, to fakt. Dobrze, że to się utrzymuje. A jeśli chodzi o VAT, to cieszę się, że rządzący trzymają się rzeczywistości. Bo pojawiały się przecież sugestie, by podwyższyć podstawową stawkę podatku od towarów i usług o 4 punkty procentowe. Takie propozycje może składać tylko osoba nieodpowiedzialna. Byłaby to najwyższa stawka w kosmosie.


Bo można to było zrobić, ale już nie teraz. Jest na to za późno. Dwa lata temu przygotowywałam obniżkę stawki podstawowej VAT z obecnych 22 proc. do 18 proc. na wiosnę 2008 r. Chodziło o większy impuls fiskalny przed rozwinięciem się kryzysu gospodarczego. Niestety, kryzys okazał się potężniejszy, niż można było przypuszczać. No i wyborcy przekazali władzę innemu ugrupowaniu.


Z kilku powodów. Po pierwsze, obniżka podatków i składek dała impuls fiskalny na ok. 2,5 proc. PKB. Ów impuls szedł w trzech transzach. Najpierw było podwyższenie progów w PIT (co znaczy, że później wchodziło się do wyższych stawek podatkowych) i obniżka składki rentowej dla pracowników o 3 pkt proc. od połowy 2007 r. Potem, od początku 2008 r., ponowne podwyższenie progów i ulga prorodzinna w PIT oraz obniżenie składki rentowej o 4 pkt proc. Natomiast od początku 2009 r. nastąpiło wprowadzenie tylko dwóch stawek w PIT. Zaprojektowałam i przeforsowałam te nowelizacje w Sejmie, następny rząd to przejął. Po drugie osłabianie naszej waluty dość długo pozwalało na utrzymywanie jako takiej konkurencyjności naszego eksportu. Po trzecie spore rozmiary i zróżnicowanie naszej gospodarki - ani w przemyśle, ani w rolnictwie, ani w usługach nie jesteśmy monokulturowi, np. związani z jedną dominującą branżą, jak np. Słowacja. Po czwarte jesteśmy przedsiębiorczy, w warunkach kryzysu kombinujemy na całego i rozwija się szara strefa. Dla gospodarki to dobrze, dla finansów państwa nie.


Są. Obecny rząd w wielu punktach wykonuje to, zaprojektował poprzedni rząd i co uchwalił Sejm poprzedniej kadencji z woli ówczesnej większości, czyli do czerwca 2007 r.


To jest możliwe. Jeśli nie będzie drugiego dołka i krzywa wzrostu utrzyma kształt litery U, a nie litery W, to będziemy mozolnie się gramolić. Ale jeśli - co nie daj Boże - nastąpi druga odsłona problemu tzw. toksycznych aktywów, to wprawdzie powtórki z września 2008 r. raczej nie będzie, bo aż tylu dolarów dodrukować się nie da, ale będzie długoletnia stagnacja, czyli rozciągnięta litera L. Jest też kwestia stabilizacji światowych rynków walutowych, bardzo silnie uwarunkowana politycznie. Polska po staremu potrzebuje wiarygodności, choćby po to, by nie pożyczać pieniędzy na paskarskich warunkach.


Powinna pomóc, o ile będziemy ostro budować drogi. Budowa stadionów nie jest wystarczająco szerokim frontem, by wspomagać wzrost gospodarczy.


Bardzo słabo. Po staremu szukamy oszczędności najpierw w inwestycjach. Przy nowelizacji tegorocznego budżetu zmniejszono planowane pierwotnie wydatki na drogi o 23,5 miliarda. Z czego tylko 9,7 miliarda "odnalazło się" w Krajowym Funduszu Drogowym. Ale reszta chyba przepadła. Wygląda na to, że w 2009 r. przyduszamy program budowy dróg - najważniejszy program dla perspektyw rozwoju gospodarczego. Jest to państwowy program na lata 2008-2012, uchwalony przez poprzedni rząd i opiewający na łączną kwotę 121,5 mld zł. Pytanie o ten program jest prawie tożsame z pytaniem o impuls prorozwojowy w związku z Euro 2012.


Bo fatalny stan dróg jest główną barierą rozwoju gospodarczego w Polsce. Tu nie ma co kombinować. Ważne są nauka i edukacja, ważne są zdrowie i policja. Ale nieszczęsne polskie drogi są teraz najważniejsze. Na drogach przemieszcza się wzrost gospodarczy, na drogach się kaleczymy i zabijamy. Cywilizowane państwo nie istnieje bez cywilizowanych dróg. Nadal łatwiej dojechać z Poznania do Berlina i z Wrocławia do Berlina niż z Poznania do Wrocławia. Zadziwiające.


Myśmy najbardziej smakowite kąski już dawno sprzedali. Teraz stoimy przed pokusą sprzedaży części firm energetycznych. W tej branży konieczna jest maksymalna ostrożność. I maksymalna przejrzystość - ile, komu, za ile, na jakich warunkach. Zgadzam się z prezydentem. Korona naszego orła musi mieć perły. Bez pereł jest korona cierniowa. Nie może się powtórzyć historia z prywatyzacją Stoczni Gdyńskiej i Szczecińskiej. Bo to był blamaż. Blamaż i prywatyzacji, i powagi instytucji państwa polskiego.


Tak. To jest nieuniknione. Także przeciętnemu Kowalskiemu coraz trudniej będzie pożyczyć i coraz trudniej pożyczone oddać. Stopuje wzrost płac w sferze budżetowej, która zawsze była punktem odniesienia dla wynagrodzeń w sektorze rynkowym. Zmaleje pula dochodów, wzrośnie bezrobocie. Przyzwyczajeni do szybkich wzrostów trochę posmutniejemy.


Nie. Czasami wypowiadam swoje zdanie.


Zapytana odpowiadam.


Zapytana zawsze odpowiadam. Zwłaszcza Prezydentowi RP.


Bez komentarza.


Słyszałam, to było miłe. Ale Rada Polityki Pieniężnej nie jest przecież ciałem politycznym.


U nas polityk powinien być bardzo silny, nie do zdarcia. A ja z trudem wykaraskałam się z powikłań po operacji serca. Żeby to przetrwać, musiałam politykę opuścić.


"Pojawić się" mogę bez trudu. Ale nie o to chodzi. W Polsce polityk musi złożyć ofiarę, być jak ćma lecąca ku świecy. I dopiero wtedy może mieć jakąś rację. Tę regułę sprawdziłam na sobie dwa razy.


Nie. Ale… człowiek strzela, a Pan Bóg kule nosi.

p

, była wicepremier i minister finansów

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj