Mimo poniesionych strat, terroryści nadal mają w swoich arsenałach pociski, które mogą zabić ludzi w oddalonym od linii frontu Tel Awiwie. Rząd Izraela boi się też, że milicje, którymi dowodzi szejk, wspierane przez doradców z Iranu, mogą zaatakować tzw. brudną bombą, której głowica wypełniona jest materiałami radioaktywnymi.
"Najbardziej niebezpieczne są irańskie rakiety dalekiego zasięgu Zelazal, które bez problemu dolecą do Tel Awiwu" - przyznaje przedstawiciel izraelskich służb specjalnych.
Czy bojownicy posuną się tak daleko i skażą miasto?
"Jeśli tak, to muszą liczyć się z tym, że odpowiemy z całą siłą. Zrównamy z ziemią całą infrastrukturę Libanu" - mówi DZIENNIKOWI prof. Eyal Zissr z Centrum im. Moshe Dayana w Tel Awiwie.
400-tysięczny Tel-Awiw jest największym w Izraelu ośrodkiem finansowo-gospodarczym. Jego mieszkańcy od wielu lat są świadkami terrorystycznych zamachów. Mają też doświadczenie z ataki rakietowymi. Podczas pierwszej wojny w Zatoce Perskiej, Saddam Husajn rozkazał bombardować miasto. Nieba nad Tel-Awiwem strzegły wtedy amerykańskie systemy antyrakietowe Patriot.