I są już nawet pierwsze wyroki - okazało się, że w grupie demonstrantów, którzy w nocy z 18 na 19 września zaatakowali w Budapeszcie budynek telewizji, byli policjanci. Jeden z nich,
który rzucał kamieniami w swoich kolegów, dostał 3 i pół roku w zawieszeniu. Kolejny uczestnik antyrządowych zamieszek - zawodowy żołnierz - trafił na 6 miesięcy za kratki.
W nocnych zamieszkach rannych zostało ponad 200 osób.
A demonstracje nie ustawały niemal do wyborów, które na Węgrzech odbyły się w minioną niedzielę. Ujawnienie treści tajnych rozmów premiera Gyurcsany'ego wyprowadziło dziesiątki tysięcy
ludzi na ulice największych miast. Gdy wyszło na jaw, że władza okłamywała naród co do faktycznego stanu gospodarki i państwa, zapłonęły samochody, a tłum zażądał głowy szefa
rządu.
Skompromitowana ekipa premiera wybory po prostu musiała przegrać. I choć Gyurcsany głowę popiołem posypał, to i tak szybko władzy nie odda. Już teraz grzmi: najpierw głosowanie w parlamencie, a potem... zobaczymy. Tyle że jego buta może skończyć się rewolucją wściekłych na władze Węgrów. Jeżeli w czasach żelaznej komuny nie bali się radzieckich czołgów, to z pewnością nie przestraszą się pohukiwania zakłamanych polityków.