Prokuratura chce wsadzić za kratki Wu Shu-Chen, żonę prezydenta Tajwanu. Śledczy zarzucają jej, że ze specjalnego tajnego funduszu ukradła aż pół miliona dolarów (1,5 miliona zł).
Mało tego! Za kratki może powędrować i sam prezydent. Jednak dopiero gdy za dwa lata skończy urzędowanie. Bo sam Chen nie ma zamiaru zrezygnować z immunitetu, a opozycja nie ma wystarczającej liczby głosów w parlamencie, by prezydenta postawić przed sądem.
Jak pierwsza dama zgarnęła taką sumkę? Chen i jej trzej kumple wystawiali fałszywe rachunki za zagraniczne podróże i odbierali pieniądze z funduszu dyplomatycznego. W ciągu dwóch lat zebrało się okrągłe 500 tys. dolarów.
A z całej afery cieszą się Chińczycy z kontynentu. Bo komunistyczne władze w Pekinie mogą teraz pokazać, jak zachowują się władze w - jak nazywają Tajwan - "zbuntowanej prowincji". I dodają, że gdyby wyspa należała do Chin, to do takich skandali by nie dochodziło.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|