To była największa niespodzianka amerykańsko-niemieckiego szczytu w Stralsund nad Bałtykiem. W komitecie powitalnym, u boku kanclerz Niemiec Angeli Merkel, po raz pierwszy publicznie pojawił się jej mąż, niepozorny profesor Chemii Joachim Sauer. To był wielki dyplomatyczny egzamin dla Sauera - o którym z pewnością szybko będzie chciał zapomnieć.
Dzień zaczął się od uciążliwego czekania na doniosłego gościa. Świta niemieckich oficjeli przez blisko pół godziny, w palącym słońcu, wypatrywała limuzyny amerykańskiego prezydenta. Gdy wreszcie Bush wysiadł z czarnego samochodu, serdecznościom i przyjacielskim gestom nie było końca. „Serdecznie witamy, drogi prezydencie" - przywitała Busha Merkel.
Prezydent USA spontanicznie, wbrew protokołowi, czule objął gospodynię i pocałował ją w policzek. „Angela Merkel to wartościowy przyjaciel, o wielkim sercu i dobroci. Razem możemy wiele osiągnąć” - komplementował kanclerz najpotężniejszy człowiek świata. „Takie gesty nazywane są w dyplomacji maksymalną serdecznością i świadczą o zażyłości mężów stanu i chęci zacieśnienia bilateralnych kontaktów” - tłumaczy gesty polityków specjalista od dyplomatycznej etykiety ambasador Roman Czyżycki.
Wzajemnym czułościom polityków, w blasku fleszy, przypatrywał się Sauer. Mimo że z pewnością poinformowano go o etykiecie dyplomatycznej, patrzył bezradnie, jak żona zajmuje się doniosłymi gośćmi. Gdy Merkel i Bush oddali się pogawędce, widać było, jak głowi się nad znalezieniem wspólnego tematu z amerykańską pierwszą damą. Podczas przemówienia Bush, zamiast stanąć u boku Laury, wybrał bezpieczną pozycję obok żony. Z całej czwórki jako jedyny miał też przypięty do klapy marynarki identyfikator. Trudno się temu dziwić, służby bezpieczeństwa mogły wziąć nieznanego szerzej Sauera za niebezpiecznego intruza.
Po oficjalnym powitaniu mąż Merkel zniknął. Nie było go podczas uroczystości w zabytkowym ratuszu w Stralsund, nie towarzyszył też Laurze Bush w otwarciu biblioteki dla dzieci. Niemieccy dziennikarze w zachowaniu męża Merkel nie węszą jednak sensacji. Sauer jeszcze przed zaprzysiężeniem Merkel (na którym się zresztą nie pojawił) zapowiedział dziennikarzom, że nie będzie brać udziału w uroczystościach państwowych. Jedyną okazją, by zobaczyć niemieckiego kanclerza z mężem, był więc coroczny festiwal muzyki poważnej w Bayreuth.
To właśnie z racji tego wydarzenia i tajemnicy wokół życia prywatnego Merkel niemieccy dziennikarzy nazywają Sauera „upiorem w operze”. Media uszanowały jednak decyzję
męża szefowej niemieckiego rządu. Podobnie jak w wypadku adoptowanej córki Gerharda Schrodera Wiktorii w niemieckiej prasie nigdy nie ukazało się prywatne zdjęcie Sauera, przed uniwersytetem
nie czekali na niego paparazzi, a dziennikarze nie próbowali odkryć tajemnic akademika. „To taka wewnętrzna umowa mediów. Po prostu szanujemy apele rządzących” - twierdzi
Stefanie Bolzen, niemiecka dziennikarka specjalizująca się w polityce zagranicznej. Po szczycie w Stralsund trudno oczekiwać od Sauera, że przekona się do pracy swojej żony. Bez względu jednak
na dyplomatyczne gafy, jego pojawienie się u boku Merkel jest jasnym sygnałem, że po okresie oziębienia na linii Berlin - Waszyngton, Niemcy pragną ocieplenia stosunków ze Stanami Zjednoczonymi
i wzajemne relacje mają najwyższy priorytet. Bez względu na prywatne opinie profesora chemii Joachima Sauera.