Prezydent George Bush kompletnie lekceważy rady Tony'ego Blaira, a specjalne stosunki brytyjsko-amerykańskie to fikcja – te słowa doradcy amerykańskiego departamentu stanu Kendalla Myersa wstrząsnęły wczoraj Wielką Brytanią - pisze DZIENNIK.
Choć Blair we własnym kraju od dawna jest określany mianem „pudelka Busha”, to po raz pierwszy został publicznie skrytykowany przez człowieka
blisko związanego z amerykańskim rządem.
"Z zasady Brytyjczyków ignorujemy. Mówimy <Znów przyjeżdżają Brytole, żeby nas uczyć, jak rządzić naszym imperium. Usadźmy ich wreszcie>" – powiedział profesor Kendall Myers w czasie wykładu na prestiżowym uniwersytecie Johns Hopkins w Waszyngtonie. Jego zdaniem wina za taki kształt amerykańsko-brytyjskich stosunków spada na barki Tony'ego Blaira, który zaangażował się w wojnę w Iraku, nie domagając się i nie otrzymując nic w zamian.
"Prawdopodobnie miał nadzieję, że uda mu się przekonać Busha do swoich koncepcji rozwiązania kryzysu na Bliskim Wschodzie, ale Bush ma swoje uwarunkowania polityczne i intelektualne" - tłumaczył ironicznie Myers. I dodał, że w przekonywaniu opinii publicznej do inwazji brytyjski premier był nawet skuteczniejszy niż amerykański prezydent. "Wyjaśniał tę wojnę lepiej niż my sami. Kiedy występowali razem, to zawsze Tony Blair brzmiał bardziej sensownie" - mówił profesor Myers.
Wczoraj amerykański departament stanu gorączkowo starał się zdystansować od wypowiedzi swojego doradcy. "Opinie pana Myersa w żaden sposób nie odzwierciedlają stanowiska rządu USA " - napisano w oświadczeniu dla prasy.
Nie zmienia to jednak faktu, że na Wyspach od dawna panuje przekonanie, że Stany Zjednoczone traktują swojego najwierniejszego sojusznika bardzo protekcjonalnie. Brytyjskie media skrupulatnie odnotowały incydent w czasie ostatniego szczytu grupy G8 w Petersburgu, gdy Bush zwrócił się do Blaira słowami „Yo, Blair”, czyli „Ej ty, Blair”.
"Z zasady Brytyjczyków ignorujemy. Mówimy <Znów przyjeżdżają Brytole, żeby nas uczyć, jak rządzić naszym imperium. Usadźmy ich wreszcie>" – powiedział profesor Kendall Myers w czasie wykładu na prestiżowym uniwersytecie Johns Hopkins w Waszyngtonie. Jego zdaniem wina za taki kształt amerykańsko-brytyjskich stosunków spada na barki Tony'ego Blaira, który zaangażował się w wojnę w Iraku, nie domagając się i nie otrzymując nic w zamian.
"Prawdopodobnie miał nadzieję, że uda mu się przekonać Busha do swoich koncepcji rozwiązania kryzysu na Bliskim Wschodzie, ale Bush ma swoje uwarunkowania polityczne i intelektualne" - tłumaczył ironicznie Myers. I dodał, że w przekonywaniu opinii publicznej do inwazji brytyjski premier był nawet skuteczniejszy niż amerykański prezydent. "Wyjaśniał tę wojnę lepiej niż my sami. Kiedy występowali razem, to zawsze Tony Blair brzmiał bardziej sensownie" - mówił profesor Myers.
Wczoraj amerykański departament stanu gorączkowo starał się zdystansować od wypowiedzi swojego doradcy. "Opinie pana Myersa w żaden sposób nie odzwierciedlają stanowiska rządu USA " - napisano w oświadczeniu dla prasy.
Nie zmienia to jednak faktu, że na Wyspach od dawna panuje przekonanie, że Stany Zjednoczone traktują swojego najwierniejszego sojusznika bardzo protekcjonalnie. Brytyjskie media skrupulatnie odnotowały incydent w czasie ostatniego szczytu grupy G8 w Petersburgu, gdy Bush zwrócił się do Blaira słowami „Yo, Blair”, czyli „Ej ty, Blair”.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|