Dziennikarze Herve Ghesquiere i Stephane Taponier oraz ich afgańscy towarzysze zostali porwani pod koniec grudnia 2009 roku, ok. 60 km na wschód od Kabulu.

Reklama

"Zostali oni aresztowani z dwóch powodów: po pierwsze bez skontaktowania się z nami weszli bez zezwolenia do strefy kontrolowanej przez talibów, a po drugie zbierali informacje wywiadowcze" - oświadczył w sobotę rzecznik talibów Zabihullah Mudżahid, który po raz pierwszy oskarżył zakładników o szpiegostwo.

"Informacje, które zbierali, nie były w rodzaju tych, jakich potrzebuje dziennikarz. Były to raczej informacje mogące zainteresować agencje wywiadowcze" - zaznaczył.

Francuskie MSZ natychmiast odrzuciło oskarżenia, formułowane przez - jak to określono - "samozwańczego rzecznika talibów". W oświadczeniu podkreślono, że obaj zakładnicy zostali porwani w czasie wykonywania pracy, tzn. przygotowywania reportażu.

Z kolei specjalny komitet poparcia dla obu zakładników ocenił, że zarzuty talibów są "całkowicie bezpodstawne" i zwrócił się do władz Francji z pytaniem, czy "rzeczywiście negocjowały z talibami" w sprawie uwolnienia dziennikarzy.

Zdaniem talibów, Paryż ignorował warunki i żądania, które porywacze postawili już przed rokiem. Gdyby francuski rząd "zaakceptował nasze warunki, zakładnicy już byliby wolni" - zapewnił Mudżahid, oceniając, że władze zachowują się w sposób "nieodpowiedzialny".